Przepełnione grupy, bezużyteczne zajęcia, niskie wymogi – na to narzekają osoby, które studiują prawo. Doceniają natomiast to, że uczelnie coraz bardziej starają się dostosować program do potrzeb rynku pracy.
Maciej Mrowiec student Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego / Dziennik Gazeta Prawna
Marek Tumiel student Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu w Białymstoku / Dziennik Gazeta Prawna
Karolina Golba absolwentka Wydziału Prawa i Administracji Wyższej Szkoły Menedżerskiej w Warszawie / Dziennik Gazeta Prawna
Reklama

Reklama
Na moim wydziale doceniam kontakt z władzami – wiem, że wszelkie postulaty, jakie zgłaszamy w imieniu studentów, są rozpatrywane, mamy wpływ na siatki zajęć, opiniujemy propozycje konwersatoriów czy wykładów monograficznych, nasze postulaty są uwzględniane przy tworzeniu programu studiów. To daje nam komfort studiowania, dobrze wiedzieć, że jakoś można wpłynąć na swoje studia.
Staramy się budować dobre relacje z pracownikami wydziału – przekładają się na wsparcie, jakie od nich dostajemy. Opiekun koła naukowego to nie jest człowiek podpisany na papierze, pracownicy wspierają nas organizacyjnie i merytorycznie. Pracownicy promują też swoich studentów i pomagają im zacząć w zawodzie – zapraszają na praktyki do swoich lub zaprzyjaźnionych kancelarii czy urzędów, gdzie pracują. To ważne, bo niestety praktykanci są często wykorzystywani do zadań, które w żaden sposób nie wpływają na ich rozwój (np. kserowania dokumentów). Jeśli zaprasza nas profesor czy doktor, to wiadomo, że na stażu będzie się można naprawdę czegoś nauczyć. Wydaje mi się, że rynek powoli nasyca się prawnikami. Na razie nie ma problemu – ludzie, którzy skończyli nasz wydział, mają pracę w zawodzie, ale nie wiadomo, co będzie później.
Oczywiście nasz wydział nie jest idealny – cały czas staramy się coś zmieniać. Niektóre katedry mają np. zajęcia, które zupełnie nie trafiają do odbiorców.
Nie jesteśmy dużym ośrodkiem, więc mamy tu bliższy kontakt z wykładowcami niż to możliwe na dużych uczelniach. Ponadto został opracowany nowy program studiów, który jest zbliżony do wzorców amerykańskich. Student już od początku studiów będzie miał szeroki wybór fakultetów, które go interesują i będą przydatne w dalszej karierze zawodowej. Pozwoli to na wyprofilowanie absolwenta zgodnie z jego ambicjami oraz potrzebami. Takie podejście odpowiada współczesnym wyzwaniom rynku zawodów prawniczych i w ogóle na rynku pracy. Niestety w Polsce takie eksperymenty prowadzą do tego, że student ma tylko pozorny wybór i nadal musi się uczyć przedmiotów, które się mu kompletnie nie przydadzą. Mam nadzieję, że dzięki temu, że tworzyliśmy ten pomysł razem z władzami wydziału, w tym przypadku tak nie będzie.
Nasz wydział mógłby poprawić zdawalność na aplikacje, choć coraz mniej moich kolegów o niej myśli. To droga, która zakłada, że przez kilka lat trzeba być na utrzymaniu rodziców albo chwytać się innych zajęć, a i tak nie ma pewności, czy potem będzie praca. Przez to, jak rynek – nawet białostocki – jest nasycony, profil absolwenta powinien iść bardziej w kierunku biznesu. Powinniśmy móc wybierać fakultety związane z PR, audytem, business relations, rachunkowością, mediacjami, polubownym rozwiązywaniem sporów.
Zaczęłam prawo na Uniwersytecie Warszawskim, studiowałam je tam przez trzy lata. Na studiach wieczorowych okazało się, że zajęcia były płatne, odbywały się w tygodniu, w godzinach przedpołudniowych. To był dla mnie duży zawód, bo nikt nie ostrzegał przed tym przy zapisach. Myślę, że to było nie w porządku nie tylko w stosunku do nas, ale też do tych, którzy dostali się na studia dzienne. Mieli przepełnione grupy, raczej bez szans na indywidualne podejście. Można było to inaczej rozwiązać.
Po trzech latach uznałam, że nie da się tak dłużej i przepisałam się na prawo do jednej z prywatnych szkół. Tak, by studiować w trybie zaocznym i nie musieć rezygnować z pracy. Dopiero tam doceniłam, jak dobre było prawo na UW.
Uczyłam się mimo wszystko, bo pochodzę z prawniczej rodziny i nie chciałam robić sobie wstydu przed nimi. Szkoła zupełnie tego nie wymagała. Na egzaminy wystarczyło przyjść, żeby je zaliczyć. Zdawałam jeden już po urodzeniu dziecka. Przyszłam na egzamin ze śpiącym maluchem, a pracownik naukowy bez pytania wstawił mi zaliczenie. Rozumiem ułatwienia dla rodziców, ale to przesada. Moja praca magisterska wróciła do mnie bez żadnych poprawek. Niewątpliwymi zaletami tej uczelni było to, że była tania i łatwo ją skończyć.
Gdybym mogła jeszcze raz decydować, to zagryzłabym zęby i próbowała na UW.