Związek Powiatów Polskich sprawdził, na jakim poziomie szpitale zrealizowały ryczałt, czyli pieniądze, jakie dostają na leczenie pacjentów, w pierwszym półroczu tego roku (patrz infografika). Przypomnijmy, że optymalne wykonanie roczne to 98–102 proc., a jego poziom decyduje o tym, ile środków szpital dostanie w kolejnym roku. Zebrane w raporcie dane, gdzie średnia nie dochodzi nawet do 40 proc., pozwalają prognozować, że na koniec tego roku osiągnięcie przez lecznice poziomu 85 proc. będzie dużym sukcesem.

Wyzwania dla systemu

Przez pierwsze miesiące pandemii NFZ wypłacał placówkom część ryczałtu, niezależnie od tego, czy wykonywały świadczenia, czy wstrzymywały działalność (tzw. jedna dwunasta). Na początku września jednak z tego zrezygnowano, wskazując, że szpitale powinny wrócić do zwykłej działalności. Szefowie placówek medycznych spodziewali się tego, zdawali też sobie sprawę, że jest to swoista zaliczka – w jakiś sposób trzeba będzie to odpracować. Dziś wszyscy stoją przed wyzwaniem przygotowania rozwiązania, które nie doprowadzi do załamania systemu. Wskazane w raporcie ZPP rozbieżności w poziomach uzyskiwanego ryczałtu tego nie ułatwiają. Potwierdzają, że sytuacja szpitali jest bardzo zróżnicowana, a fundusz powinien to uwzględnić i do tego dostosować finansowanie.

– Najważniejsza w tej sytuacji jest elastyczność – przekonuje Marek Wójcik, ekspert Związku Miast Polskich.

Dyrektorzy chcieliby, żeby ten rok był potraktowany wyjątkowo. Dlatego wciąż prowadzą negocjacje z resortem zdrowia i NFZ. Pierwsze spotkanie przedstawicieli szpitali powiatowych z nowym ministrem odbyło się we wtorek. Na razie nie zapadły żadne decyzje, kolejne zaplanowane jest na 30 września. Dziś z kolei w resorcie ma odbyć się spotkanie poświęcone funkcjonowaniu sieci szpitali. Niezależnie bowiem od pandemicznych zawirowań jej obecny kształt jest ustalony do połowy przyszłego roku.

Pół roku ekstra

Marek Wójcik zwraca uwagę, że NFZ unika twardych deklaracji, żeby nie osłabić woli do nadrabiania zaległości. – Ale do końca roku jest mało czasu, zwłaszcza że duża część grudnia to w szpitalach martwy okres – dodaje.

Jarosław Fedorowski, prezes Polskiej Federacji Szpitali (PFSz), która zrzesza wszystkie typy placówek, zwraca uwagę, że na razie przedstawiono jedynie możliwość, aby okres rozliczeniowy był wydłużony do połowy przyszłego roku. – Wszystko w rękach szefa NFZ, zatem nie jest tak, że jeśli szpital się zwróci z takim wnioskiem, automatycznie otrzyma zgodę – zastrzega. Podkreśla, że zrzeszeni w PFSz dyrektorzy w przeprowadzonej na początku pandemii ankiecie w większości opowiedzieli się właśnie za wydłużeniem okresu rozliczeniowego o pół roku, a ok. 25 proc. była nawet za wydłużeniem go o kolejne sześć miesięcy. – A badanie to było przeprowadzane, gdy jeszcze działała „jedna dwunasta”, gdybyśmy je teraz powtórzyli, to pewnie jeszcze więcej osób by się opowiadało za tym drugim rozwiązaniem – wskazuje Jarosław Fedorowski. Dodaje, że 95 proc. dyrektorów przewidywało też ujemny wynik finansowy swojego szpitala, m.in. ze względu na spodziewane zakończenie wypłaty części ryczałtu.

Dodatkowe pół roku jest ważne ze względu na konieczność odpracowania zaległych świadczeń. To jednak skomplikowane – dyrektorzy wyliczają, że proste nadrobienie oznaczałoby konieczność wykonywania po kilka dodatkowych zabiegów dziennie. A to niewykonalne, choćby ze względu na braki kadrowe czy lokalowe. Szpital nie może też sam regulować wykonywanych przez siebie procedur: zmniejszyć liczbę tych mniej opłacalnych, a skupić się na tych lepiej płatnych. W dodatku wciąż zdarzają się przypadki koronawirusa wyłączające z pracy personel i całe oddziały.

Potwierdza to Dorota Gołąb-Bełtowicz, dyrektor Specjalistycznego Szpitala im. Żeromskiego w Krakowie. Wylicza, że u niej wykonanie ryczałtu wynosi 70 proc. tego, co w zeszłym roku w tym samym okresie. Powód? Wstrzymywane były – zgodnie z zaleceniami NFZ – planowe operacje, spadła też np. liczba porodów, pacjentki odstraszało to, że szpital ma oddział zakaźny, więc rodziły gdzie indziej. Na tym nie koniec – część oddziałów wypadała z pracy, bo ktoś z personelu był chory i cała załoga szła na kwarantannę.

I choć pieniądze z NFZ szpital Żeromskiego otrzymywał, to teraz musi to „odpracować”. W sumie 9,5 mln zł. To oznacza, że powinien przyjąć o ok. 30 proc. pacjentów więcej niż zwykle. – Takie dodatkowe 1,5 miesiąca pracy. A szpital nie jest fabryką, nie da się ot tak nagle zwiększyć przyjęć. Choćby z prostego powodu: ograniczonej liczby lekarzy – wylicza Dorota Gołąb-Bełtowicz.

Na razie zgodnie z zasadami przyjętymi przez NFZ, jeżeli do 31 grudnia lecznice nie nadrobią różnicy, to będą musiały zwracać „zaliczkę”.

Trudne analogie

Jarosław Fedorowski podkreśla, że niemal wszystkie szpitale znalazły się przez pandemię w trudnej sytuacji, choć generalnie gorzej jest tam, gdzie już wcześniej były problemy z zarządzaniem. Nieco inaczej wygląda położenie placówek specjalistycznych – np. szpitale onkologiczne działały w miarę normalnie, a położnicze wykonywały nawet więcej świadczeń, bo porody się odbywały niezależnie od koronawirusa. Chociaż pacjentki wolały rodzić tam, gdzie nie było pacjentów z innymi chorobami i ryzyko zakażenia było w związku z tym mniejsze.

Autorzy raportu ZPP wskazują w tym kontekście również na liczbę przypadków COVID-19 w danym województwie. Ich zdaniem istnieje powiązanie pomiędzy nią a procentem wykonania ryczałtu. – Województwo śląskie, które dwukrotnie pojawia się wśród regionów o najniższym procencie wykonania ryczałtu, ma największą w Polsce liczbę zakażonych. Jednak w tym zestawieniu znalazły się też województwa lubelskie, warmińsko-mazurskie i świętokrzyskie, gdzie liczba zakażeń była stosunkowo niska. Natomiast województwo lubuskie, w którym liczba zakażonych jest najniższa w Polsce, ma jeden z najwyższych procentowych wskaźników wykonania ryczałtu. Pozostałe województwa, w których średni procent wykonania ryczałtu jest wyższy, należą do regionów, w których liczba zakażonych w porównaniu do pozostałych województw jest niższa – przekonują.

Te analogie nie wszędzie jednak się sprawdzają. W powiecie kieleckim szpitale mają wykonanie na poziomie ok. 30 proc. planów całorocznych – pomimo że akurat województwo świętokrzyskie zostało „oszczędzone” przez koronawirusa, nie było też takich ognisk jak w Małopolsce czy na Śląsku. – W szpitalu w Chmielniku wykonanie wynosiło 34 proc. tego, co w poprzednim roku w Świętokrzyskim Centrum Matki i Noworodka 31 proc. – mówi Dominika Kąsek, dyrektor wydziału departamentu zdrowia w powiecie kieleckim. To efekt wstrzymania wielu planowanych przyjęć oraz zmniejszenia wizyt w poradniach przyszpitalnych. Sytuacji nie ratuje również to, że np. świetnie radził sobie oddział położniczy. Porodówka w Świętokrzyskim Centrum Matki i Noworodka była wręcz oblężona. – Sporo zainwestowaliśmy w modernizację oddziału położniczego i wyliczaliśmy, że dzięki temu będzie około 130 porodów miesięcznie. Okazało się, że średnio jest aż 190 porodów – wylicza Stefan Bąk, starosta powiatu kieleckiego.

Zarówno samorządy, jak i szpitale podkreślają, że liczą, iż postulat „elastycznego” ze strony NFZ podejścia do finansowania lecznic zostanie spełniony – również dlatego, że nikt nadal nie wie, jak będzie wyglądała sytuacja epidemiczna jesienią. – Gramy w grę, w której nie znamy reguł – podsumowuje jeden z dyrektorów. ©℗

Dziś w resorcie ma się odbyć spotkanie dotyczące sieci szpitali