Autopromocja

Off inclusive, wczasy dla masy

Turyści
TuryściShutterStock
8 lutego 2013

Czy dzisiaj można zostać Indianą Jonesem? Nie, ale można kupić wrażenie, że się nim zostało.

Myślisz, że podróżując z plecakiem, „poza utartymi ścieżkami”, dotykasz odmiennych kultur i poznajesz autentyczne życie odwiedzanych krajów? Jesteś przekonany, że wyjazd na koniec świata wyklucza cię z grona entuzjastów all inclusive, którzy wakacje spędzają naprzemiennie nad hotelowym basenem i na hotelowej plaży w Hurgadzie, na Gran Canarii albo wszystko jedno gdzie, bo baseny i plaże w zasadzie wszędzie są takie same? Błąd. Turystyka offowa to turystyka masowa. Taki sam biznes jak zorganizowane wczasy z biura podróży. A backpacker szukający absolutu jest takim samym gringo jak facet z walizką, który spędza 2 tygodnie w zamkniętym beach resorcie w Cancun. Inny jest tylko program rozrywek. „Offowemu” daje się takie, które w nazwie mają słowa klucze: autentyczny, dziki, tubylczy, backpackerski, podróżniczy, globtrotterski czy „off the beaten track”. Tak, żeby łatwo i przyjemnie utwierdzić go w przekonaniu, że stał się kolejnym wcieleniem Indiany Jonesa.

W Cancun sztucznie

Gdy się wychodzi z klimatyzowanego terminalu w Cancun, fala ciepłego wilgotnego powietrza o mało nie przewraca na ziemię. Z lotniska do strefy hotelowej biegnie szeroka, wysadzana palmami dwupasmówka. Jak pod linijkę strzyżona trawa razi nienaturalną w tym słońcu zielenią. Cancun to duma patrycjatu z Meridy i rządu federalnego. Zbudowane w ciągu kilku lat blokowisko ekskluzywnych hoteli, restauracji i butików ciągnie się przez 20 kilometrów wybrzeża Morza Karaibskiego. W strefie hotelowej nie ma skrawka niewykorzystanej plaży. Mrówkowiec przy mrówkowcu. Czysty, sterylny świat stworzony od podstaw na początku lat 70. jako konkurencja dla Acapulco. Strefa hotelowa została zaprojektowana z myślą o Amerykanach. Nieniepokojeni przez tubylców mogą napawać się widokiem palm, szumem jasnobłękitnego morza i uprawiać aquarobic na basenie. W hotelach gości witają przylepione uśmiechy i jednolite uniformy śniadej obsługi. Recepcjonista dyskretnie spogląda na nasze nadgarstki, by upewnić się, że opinające je opaski mają odpowiedni kolor. Kawałek plastiku z nazwą hotelu otwiera tu drzwi do jadalni, restauracji i dyskotek. A przede wszystkim ściąga drużyny kelnerów, którzy bez przerwy proponują „something to drink, senor”. Nieważne, czy gość wyleguje się na patio, czy też opala się koło basenu – zawsze znajdzie się ktoś, kto wciśnie mu do ręki margaritę, tak by nie był w stanie ruszyć się za próg hotelu. Zresztą wielu turystom tak ekstrawaganckie pomysły nie przychodzą nawet do głowy. – Przyjechałam tu na urlop. Nie do Meksyku – opowiada Jane, 29-letnia pracowniczka banku z Detroit. – Nie zamierzam ryzykować wychodzenia. Tyle się słyszy o tutejszej przestępczości – dodaje. „Obrzydliwe” – myślimy sobie. Trudno sobie wyobrazić większą sztuczność. Wyruszamy zatem na poszukiwanie czegoś autentycznego – prawdziwego Meksyku.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.