Otóż takie opłaty wzmocniłyby Krajowy Fundusz Drogowy, dzięki któremu w Polsce buduje się tak dużo nowych tras i powstawałoby ich więcej. To pobudziłoby gospodarkę, a budżet zbierałby więcej pieniędzy z podatków. Dzięki temu żylibyśmy wszyscy w dostatku i szczęśliwości jak za czasów zielonej wyspy.

Oczywiście na pewno byłoby spore grono kierowców, które dla uniknięcia opłat zaczęłoby jeździć przez miasta, co szybko by je zakorkowało. Wówczas samorządowcy uzyskaliby znakomity argument za wprowadzeniem opłat za wjazd do miast. W szybkim tempie urosłyby budżety naszych miast i ich mieszkańcy cieszyliby się z nowych inwestycji.

Jednak nie tu upatruję sukcesu, który mógłby zachwycić Europę. Bo wiadomo, Polacy płacić nie lubią, więc spora część zrezygnowałaby z samochodów. Jako że jednocześnie koleje rezygnują z pociągów i torów, a miejskie zakłady autobusowe z połączeń w ramach oszczędności, to ci, którzy nie zechcą wspomagać gospodarki, będą musieli do pracy docierać na piechotę albo rowerem. Niech sobie Państwo wyobrażą, jakie wrażenie zrobi na Europie, kiedy miliony Polaków przesiądą się na bicykle. I zdrowie populacji także się poprawi, bo przecież jazda rowerem hartuje, zwłaszcza w zimie. Same korzyści, a trzeba tylko trochę odwagi.