Z Warszawy do Delhi polecimy już we wrześniu. Na połączeniach z Azją ma w dużej mierze rosnąć siła naszego narodowego przewoźnika
Indyjski portal Swarayja podał informację, że polska linia zacznie latać do Delhi latem. Rejsy mają się odbywać pięć razy w tygodniu. Nasz narodowy przewoźnik jeszcze nie chce tego oficjalnie potwierdzić. Konrad Majszyk z biura prasowego LOT-u mówi tylko, że spółka jest mocno zainteresowana tym kierunkiem. Według naszych informacji regularne rejsy do Indii mają się rozpocząć we wrześniu.
O uruchomieniu tego połączenia LOT wspominał od dłuższego czasu, ale przeciągnęły się negocjacje ze stroną indyjską w sprawie dogodnej pory lądowania. Do tego dołożyły się problemy z silnikami w dreamlinerach, co wymusiło wyłączenie z ruchu niektórych maszyn na czas kontroli. Teraz szczegóły zostały wreszcie dogadane, a start połączeń ułatwią też dostawy czterech kolejnych dreamlinerów.
Reklama
Przewoźnik liczy, że z połączenia będą korzystać zarówno turyści, jak i biznesmeni. Indie to jeden z najbardziej dynamicznie rozwijających się krajów na świecie. Od pewnego czasu mamy też coraz żywsze kontakty gospodarcze. Tysiące Hindusów zaczyna do nas przyjeżdżać do pracy, coraz mocniej w Polsce inwestują indyjskie firmy, a nasi przedsiębiorcy interesują się tamtejszym rynkiem.
Połączenie do Indii będzie piątym azjatyckim kierunkiem LOT-u. Wprawdzie dla naszego narodowego przewoźnika strategicznym rynkiem długodystansowym pozostaje wciąż Ameryka Północna, do której realizuje 10 połączeń z Europy (z Polski i Węgier), jednak to właśnie z Azją spółka wiąże największe nadzieje na przyszłość.

Reklama
O połączenia na Daleki Wschód bije się teraz większość znaczących linii. LOT na dobre zaczął rozwijać tam skrzydła dwa–trzy lata temu. Strzałem w dziesiątkę stały się zwłaszcza uruchomione w 2016 r. rejsy do Tokio. Korzystają z nich zarówno turyści, jak i osoby podróżujące w celach służbowych. Latem 2017 r. LOT zwiększył częstotliwość lotów do pięciu tygodniowo. Średnie wypełnienie na tej trasie w okresie od kwietnia do sierpnia zeszłego roku osiągnęło 89 proc. Dlatego od końca marca do Japonii będzie można latać codziennie.
W 2016 r. wystartowało też połączenie do Korei Płd. W rok po uruchomieniu okazało się ono najszybciej rozwijającym się w całej siatce polskiej linii. W 2017 r. średnie wypełnienie samolotów na trasie do Seulu osiągnęło 83 proc., a w sezonie letnim doszło do 88 proc. Jak informuje LOT, znaczna część pasażerów to Koreańczycy, którzy często w Warszawie przesiadają się na loty do innych miast w tej części Europy – Pragi, Budapesztu czy Wiednia. LOT chciałby zwiększyć częstotliwość rejsów do Seulu (teraz pięć razy w tygodniu), ale na razie ograniczają to umowy.
Od maja 2018 r. z LOT-em można też dolecieć do Singapuru. Dzięki umowom z innymi przewoźnikami podróżni mogą tam na jednym bilecie przesiąść się na loty m.in. do Tajlandii, Malezji, Laosu, a nawet Australii.
LOT ma jednak silnych konkurentów na trasach azjatyckich. Wśród Polaków coraz popularniejsze są zwłaszcza linie arabskie – Emirates i Qatar Airways, które przewożą podróżnych do Dohy i Dubaju, czyli swoich portów przesiadkowych. Tam można wsiąść do samolotów lecących m.in. do dziesiątków azjatyckich miast. Polscy turyści lubią wynajdywać promocyjne połączenia. Przykładowo liniami Qatar do Szanghaju czy miast w Wietnamie i z powrotem można czasem polecieć za niewiele ponad tysiąc złotych. Dodatkowo w ramach biletu lotniczego można skorzystać z kilkugodzinnego zwiedzania Dohy. Promocje można także „łowić” w liniach Emirates, które między Okęciem i Dubajem latają codziennie wielkim Boeingiem 777, zabierającym 428 pasażerów.
Według Bartosza Bacy, eksperta lotniczego z firmy BBSG, ta konkurencja sprawia, że dla LOT-u połączenia azjatyckie nie będą wiązać się z łatwym zarobkiem. – Oprócz przewoźników z Półwyspu Arabskiego zagrożeniem mogą być też np. linie Norwegian, które zakupiły niemal 30 dreamlinerów i przez Oslo przewożą pasażerów także do Azji. Spory konkurent wyrasta LOT-owi całkiem blisko – w Kijowie, gdzie tamtejsze linie Ukraine International Airlines wyleasingowały właśnie boeingi 777, którymi będą latać do Pekinu czy Bangkoku – wylicza Bartosz Baca.
Przyznaje jednak, że dla LOT-u ekspansja azjatycka wydaje się dobrym ruchem. – Dotychczasowe dalekie trasy, czyli te do USA, nie mają już takiego potencjału rozwojowego. Ruch między Europą i Azją będzie za to przyrastał jeszcze długo. Tyle że latanie na ten kontynent jest nieco trudniejszym biznesem niż w przypadku rejsów do Stanów Zjednoczonych, bo na wschód lata więcej turystów, którzy zwykle nie chcą dużo płacić za bilety – zaznacza.
Według zapowiedzi rządu naszą bramą do Azji ma być także Centralny Port Komunikacyjny, który według bardzo optymistycznych założeń ma powstać w 2027 r. w Baranowie. Siłą tego lotniska jako portu przesiadkowego ma być jego lokalizacja. Zwolennicy inwestycji podkreślają, że wielu mieszkańcom Europy Środkowej nie będzie się opłacać lecieć najpierw na zachód, np. do Frankfurtu czy Paryża, by lecieć w przeciwnym kierunku, czyli na Wschód. Tyle że z tego samego powodu dynamicznie rozwinęły się wspomniane arabskie linie lotnicze. ©℗
Naszą bramą do Azji ma być Centralny Port Komunikacyjny
Okęcie się zatyka
Miniony rok był znowu rekordowy dla warszawskiego Lotniska Chopina. Obsłużyło ono 17 mln 755 tys. podróżnych. To o niemal 2 mln więcej niż przed rokiem. Jak podkreśla Piotr Rudzki z biura prasowego portu, wzrosty zanotowano we wszystkich segmentach, zarówno w ruchu krajowym, międzynarodowym, jak i czarterowym. Władze lotniska jednocześnie podkreślają, że jest ono bliskie osiągnięcia maksymalnej przepustowości, która szacowana jest na ok. 20–22 mln podróżnych rocznie. Już teraz w niektórych porach samoloty lądują tak często, jak to możliwe. Wykonywane są wtedy 42 operacje lotnicze w ciągu godziny. I właśnie dlatego według szefów Przedsiębiorstwa Porty Lotnicze najpierw konieczne jest powiększenie Okęcia, a potem przeniesienie ruchu na całkiem nowe lotnisko, które ma powstać między Łodzią i Warszawą.
Prezes PPL Mariusz Szpikowski przekonuje, że z powodu bliskości osiedli na Okęciu nie jest możliwa zbyt duża rozbudowa. Nie da się m.in. zbudować kolejnego pasa startowego, który mógłby znacznie poprawić przepustowość. PPL chce przede wszystkim powiększyć terminal i wytyczyć nowe miejsca dla samolotów. Pod koniec grudnia wreszcie udało się podpisać porozumienie z resortem obrony w sprawie przekazania lotnisku gruntów. Dzięki temu zostanie m.in. powiększony terminal po stronie północnej. Rozbudowa zakończy się w 2021 lub 2022 r.
Jednocześnie PPL brnie w dość kontrowersyjny pomysł rozbudowy lotniska w Radomiu. Za niemal pół miliarda złotych uda się tam m.in. zbudować nowy terminal do obsługi 3 mln pasażerów rocznie i wydłużyć pas startowy. Z zatykającego się Okęcia do Radomia miałyby się przenieść np. linie czarterowe, choć wcale nie palą się do przeprowadzki.