Jeździłem w życiu wieloma samochodami. Szybkimi i wolnymi, dużymi i małymi, tanimi i drogimi, świetnymi i beznadziejnymi, a także skodami. Jedne zrobiły na mnie ogromne wrażenie, inne trochę mniejsze, a część z nich była tak nijaka, że w ogóle ich nie pamiętam.
Niewiele jest jednak wozów, które wyryły się w mojej pamięci tak bardzo, że mimo upływu lat nadal potrafię sobie wyobrazić, jak siedzę za ich kierownicą i co czuję. Tak naprawdę to tylko pierwsze BMW 535d, Audi R8, Porsche GT3 RS, Ford Fiesta ST i Lexus IS-F. A od paru dni również Rolls-Royce Phantom.
Znam parę osób, które uwielbiają stare rollsy za to, że – cytuję – „mają duszę”. Ale, na Boga, jak może mieć duszę coś, co śmierdzi petem po cygarze, spróchniałym drewnem i starą wełnianą marynarką w połowie zjedzoną przez mole? Ja starych rollsów nie znoszę. Wyglądają jakby zaraz miały się rozpaść i – sądząc po tym, ile kosztują (używany egzemplarz z lat 70.–80. kupicie za 30 tys. zł) – zrobią to, zanim dojedziecie do najbliższego skrzyżowania. Stary RR jest spoko, pod warunkiem że macie 120 lat, szklane oko, sztuczną szczękę i codziennie wcieracie w siebie butelkę formaliny. Przyda się wam również dźwiękoszczelny garaż, bo w przeciwnym razie nie zmrużycie oka – całą noc słuchali będziecie, jak waszego klasyka zjada rdza na przemian z kornikami.