– Spadek nie jest duży mimo spowolnienia gospodarczego. Popyt na niektóre umiejętności nie kurczy się gwałtownie nawet przy pogorszeniu koniunktury – mówi Karolina Sędzimir z PKO BP. Dodaje, że w wielu firmach, zwłaszcza małych, są prace (np. związane z księgowością), które stale trzeba wykonywać, ale nie wymagają one tworzenia pełnych etatów.

Przedsiębiorcy zatrudniają więc na część etatu osoby z doświadczeniem, które w pełnym wymiarze pracują w innych przedsiębiorstwach bądź w administracji. – Zmniejszenie się liczby osób, które mają dodatkową pracę, może wynikać także z tego, że część pracowników mogła zrezygnować z drugiego etatu, ponieważ poprawiła się ich sytuacja finansowa – twierdzi Sędzimir. Tak mogło być np. w przypadku niektórych informatyków, prawników czy lekarzy. Jednak z drugiej strony dodatkowe zajęcie ma też dużo osób, które mają stabilne zatrudnienie, ale niskie dochody. Są wśród nich: rolnicy, nauczyciele, pielęgniarki, pracownicy pomocy społecznej oraz osoby z innymi zawodami, głównie młodzi, którym zarobki w jednej firmie nie wystarczyłyby na spłatę np. kredytu mieszkaniowego.

Z danych GUS wynika, że wśród dorabiających najwięcej jest rolników (48,1 proc.). Nie jest to przypadkowe. Gospodarstwa rolne są w większości małe i na ogół trudno się z nich samych utrzymać. Nie dziwi też to, że na drugim miejscu wśród dorabiających są osoby zatrudnione w edukacji (10,2 proc.), a na trzecim pracownicy zatrudnieni w opiece zdrowotnej i pomocy społecznej (9 proc.) – mają oni większe możliwości podejmowania dodatkowego zatrudnienia. Ich wymiar podstawowego czasu pracy jest często krótszy niż np. w przemyśle.