„W żadnym wypadku nie chciałbym, żeby Amerykanie płacili wyższe rachunki za prąd z powodu centrów danych. Dlatego moja administracja pracuje z wiodącymi koncernami technologicznymi, aby zabezpieczyć z ich strony zobowiązania na rzecz narodu amerykańskiego” – oświadczył w zeszłym tygodniu Donald Trump.
Kryzys energetyczny w USA. Porozumieli się demokraci i republikanie
Szczegóły planu – firmowanego wspólnie przez prezydenta i jego Radę Dominacji Energetycznej oraz reprezentujących obie amerykańskie partie gubernatorów stanowych – poznaliśmy w piątek, 16 stycznia. Zakłada on m.in., że największy operator systemu energetycznego w USA, działający na Północnym Wschodzie kraju PJM, zorganizuje specjalną aukcję, która sfinansuje budowę nowych źródeł wytwórczych o wartości przeszło 15 mld dol. Jej adresatem są przedstawiciele „Big Tech” i inni operatorzy energochłonnych instalacji IT, którzy mają dołożyć się do kosztów rozbudowy infrastruktury koniecznej do zaspokojenia generowanego przez siebie popytu (wyjątkiem będą te podmioty, które zawczasu zapewniły sobie własne źródła energii albo zgodziły się na możliwość redukcji przez operatora). W zamian zabezpieczą sobie kontrakty na 15 lat.
Na silnie zliberalizowanym amerykańskim rynku energii to interwencja na skalę niewidzianą od dawna. Jej krytycy stoją na stanowisku, że zaproponowane rozwiązania niosą ze sobą ryzyko segmentacji rynku, tylko częściowo rozwiązując istniejące na nim problemy. Stworzenie instrumentu do sfinansowania nowych mocy wytwórczych nie zniweluje bieżących nierównowag na rynku, a w połączeniu z mrożeniem cen może uderzyć w pozycję istniejących wytwórców – przekonuje waszyngtońskie Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych (CSIS).
Według prognoz federalnej Agencji Informacji Energetycznej (EIA) w ciągu dwóch najbliższych lat w USA należy spodziewać się wzrostu zapotrzebowania na energię elektryczną o 166 terawatogodzin – niemal tyle, co całe polskie zużycie prądu. Jak przyznaje EIA, „w dużej mierze” można przypisać ten trend „dużym jednostkom obliczeniowym, w tym centrom danych”. Ten dynamiczny wzrost popytu nie pozostanie bez wpływu na rachunki gospodarstw domowych, zwłaszcza tych w pobliżu energochłonnych instalacji. W skali całego kraju, według EIA, do 2027 roku ceny energii dla gospodarstw domowych mają urosnąć o ok. 7 proc., tylko nieco bardziej niż wynikałoby to ze spodziewanej stopy inflacji konsumenckiej. Ale na obszarach największej koncentracji centrów danych mówi się o podwyżkach dwu, a nawet trzycyfrowych.
Wina Bidena, operatora czy koncernów? Wojna o narrację
Zdaniem sekretarza energii Chrisa Wrighta konieczność podjęcia takich kroków to następstwo błędów popełnionych przez PJM w poprzednich latach oraz polityki administracji Joego Bidena. Wymuszane przez nią zamknięcia bloków węglowych i gazowych bez zapewnienia dla nich alternatyw – przekonywał polityk – „pozostawiły USA w stanie kryzysu energetycznego”. Departament Energii wskazuje, że w latach 2020-25 PJM wycofał z eksploatacji niemal 17 GW dyspozycyjnych mocy, a kolejne 40 GW jest zagrożone wygaszeniem w perspektywie 2030 roku. – Nasze wytyczne pozwolą na przywrócenie przystępnych cenowo i niezawodnych dostaw energii elektrycznej, dzięki którym amerykańskie rodziny będą mogły prosperować, a amerykański przemysł wytwórczy ponownie rozkwitnąć – stwierdził Wright. Sekretarz ds. zasobów wewnętrznych Doug Burgum, który stoi na czele Rady Dominacji Energetycznej, akcentował z kolei ponadpartyjny charakter inicjatywy. – Jesteśmy zjednoczeni w naszym żądaniu natychmiastowej reformy – powiedział.
Demokratyczny gubernator Pensylwanii Josh Shapiro podkreślił, że to wspólne działania władz stanowych przyczyniły się do podjęcia inicjatywy przez rząd federalny. W jego ocenie za krytyczną sytuację w obszarze cen energii odpowiada m.in. opieszałość operatora, który nie dość sprawnie reagował na dynamicznie rosnące zapotrzebowanie. Shapiro podkreślił również, że za sprawą działań prawnych podjętych przez gubernatorów wobec PJM spółka zobowiązała się już do zamrożenia cen dla gospodarstw domowych na dwa lata. Ustępujący republikański gubernator Wirginii Glenn Youngkin przekonywał natomiast, że rozwiązania popierane przez stany i rząd federalny idą naprzeciw także interesom inwestorów technologicznych, którym też zależy na bezpiecznej i przystępnej cenowo energii.
Jednoznacznie do kierunków nakreślonych przez władze federalne i stanowe nie odniósł się na razie ich główny adresat, spółka PJM, poprzestając na deklaracji, że je analizuje. Tego samego dnia operator przedstawił jednak własny plan umożliwienia integracji centrów danych i innych nowo powstających dużych odbiorców. Składa się na niego poprawienie zdolności PJM do prognozowania zapotrzebowania, ułatwienia dla klientów realizujących własne źródła wytwórcze i godzących się na możliwość ograniczeń poboru na żądanie operatora, uruchomienie postępowań aukcyjnych na nowe moce, a także przyspieszona ścieżka przyłączeniowa dla elektrowni realizowanych przez władze stanowe.
Zamieszkiwane przez 67 mln Amerykanów tereny podlegające temu operatorowi uważane są za najsłabsze ogniwo na styku energetyka–centra danych. Wygenerowany przez te ostatnie popyt może w największym stopniu przewyższyć tu potencjał wytwórczy.
Amerykanie kontra Big Techy. Inwestycje pod pręgieżem
Tutaj też zogniskowała się większość społecznych protestów przeciwko energochłonnym inwestycjom IT. Według serwisu Heatmap News w ubiegłym roku na ich skutek w USA anulowano realizację co najmniej 25 instalacji, których moc sięgnąć miała niemal 5 gigawatów. Przedmiotem lokalnych sporów jest prawie 100 kolejnych projektów. Zdecydowana większość skupiona jest na Wschodnim Wybrzeżu i Środkowym Zachodzie USA, czyli w strefie PJM.
Tymczasem brak równowagi pomiędzy inwestycjami w energetyce i w sektorze cyfrowym może zagrozić nie tylko cenom, ale także bezpieczeństwu dostaw energii – zwłaszcza w przypadkach nagłych skoków zapotrzebowania. Na Północnym Wschodzie USA – jak ocenia w „Wall Street Journal” Mark Christie, b. przewodniczący Federalnej Komisji Regulacji Energetyki (FERC) – widmo to nie jest już "gdzieś na horyzoncie", lecz dosłownie „za rogiem”.
Negatywne skutki uboczne rozwoju AI (to przede wszystkim ta technologia stoi za inwestycyjnym boomem) będą odczuwalne na znacznie większą skalę, jeśli zrealizują się prognozy Departamentu Energii, które mówią o osiągnięciu przez sektor centrów danych 12-proc. udziału w ogólnym wykorzystaniu energii elektrycznej już w 2028 roku. Dlatego ze strony części aktywistów pojawiają się postulaty moratoriów na budowę nowych instalacji tego typu. Oprócz cen prądu i potencjalnych ograniczeń jego dostępności źródłem napięć wokół centrów danych jest ich wysokie zużycie wody – w wielu rejonach towaru coraz bardziej deficytowego – wykorzystywanej do chłodzenia instalacji.
Taktyczny odwrót cyfrowych gigantów. Koncerny robią dobrą minę do złej gry?
Studzić rozgrzane nastroje starał się już przed ogłoszeniem planów władz jeden z czołowych koncernów technologicznych, Microsoft, który ogłosił przyjęcie przy rozwoju infrastruktury AI polityki „community first” (najpierw społeczność), deklarując gotowość do wzięcia na siebie kosztów rozbudowy infrastruktury energetycznej i ograniczenia tym samym wpływu działalności swoich centrów na portfele okolicznych mieszkańców. Koncern zobowiązał się ponadto do sukcesywnego ograniczania zużycia wód gruntowych i wprowadzania systemów chłodzenia opartych na obiegu zamkniętym. O pełnej zgodzie, że centra danych powinny pokrywać generowane przez siebie koszty w piątek zapewnił też Google. A agencja Bloomberga sugeruje, powołując się na ekspertów, że inicjatywa aukcji dla Big Tech stanowi w swojej istocie rozwiązanie narastającego problemu wizerunkowego branży.
Jeszcze do niedawna wiodące koncerny odżegnywały się jednak od dyskryminacyjnych, ich zdaniem, pomysłów obciążenia ich kosztami budowy nowej infrastruktury energetycznej czy wymuszonych ograniczeń poboru mocy, gdy wymaga tego bezpieczeństwo systemu, przekonując nawet, że rozwój centrów danych będzie sprzyjał obniżkom cen. Badacz z Johns Hopkins University Abraham Silverman ocenił, komentując nowe podejście Microsoftu, że stanowi ono „zerwanie z większością branży”, która głosiła dotąd, że centra to „odbiorca jak każdy inny”.
Już po ogłoszeniu szczegółów inicjatywy przychylnie odniosła się do próby „wypracowania rozwiązań, które obniżą rachunki za energię” grupująca największe podmioty sektora Rada Przemysłu IT. Koalicja Centrów Danych, zapewniła z kolei, że sektor „jest gotowy, żeby przyjąć swoją część odpowiedzialności”. „Branża centrów danych pozostaje gotowa ponosić pełne koszty usług związanych ze zużywaną przez siebie energią oraz na współpracę z decydentami i operatorami sieciowymi na rzecz budowy niezbędnej niezawodnej i przystępnej cenowo infrastruktury” – czytamy w oświadczeniu sygnowanym przez prezesa grupy Josha Leviego.
Jak odnotowują amerykańskie media różnych orientacji, kwestia centrów danych i ich wpływu na rachunki już wpływa na politykę lokalną i regionalną. Był to m.in. jeden z leitmotivów zwycięskiej kampanii wyborczej demokratycznej gubernatorki Wirginii – największego ośrodka rozwoju tego sektora – Abigail Spanberger. W wielu okręgach może to być jeden z kluczowych tematów także przed nadchodzącymi wyborami śródterminowymi do Kongresu (na nowo obsadzana będzie Izba Reprezentantów oraz 35 miejsc w Senacie).