To koniec. Po 34 latach jedna z najmłodszych kopalń w Polsce – Krupiński – przestaje istnieć.
Nie pomogły przyjazdy do Warszawy ani na rozróby, ani na rozmowy w Sejmie. Nie pomogły apele, także te z PiS. Nie pomogły też dwie msze odprawione na Wawelu. Należącą do Jastrzębskiej Spółki Węglowej kopalnię Krupiński w Suszcu zamknięto. Zlikwidowano. Wygaszono. Lub wyciszono. Jak kto woli.
Reklama
I zrobił to rząd, który w kampanii obiecywał, że zamykania kopalń nie będzie. Rząd, który w czerwcu 2016 r. zapewniał, że nie ma mowy o przekazaniu Krupińskiego do Spółki Restrukturyzacji Kopalń (czyli de facto do likwidacji). Rząd, który dwa miesiące później dał zielone światło zarządowi Jastrzębskiej Spółki Węglowej do podjęcia decyzji o zamknięciu zakładu wydobywczego – bo choć JSW jest spółką giełdową, to dominującym akcjonariuszem jest w niej Skarb Państwa.

Reklama
Państwowy właściciel w przypadku zamknięcia Krupińskiego był zdeterminowany. Kopalnia – przekonywał – która w 10 lat przyniosła 1 mld zł strat, zagraża stabilności finansowej całej JSW. Dla osłody dodawał, że nikt nie straci pracy, gdyż załoga trafi do innych kopalń Jastrzębskiej Spółki Węglowej. A dziś to praca jest dla górników najważniejsza. Ważniejsza niż ta jedna konkretna gruba (w gwarze – kopalnia).
******
Suszec. Niewielka miejscowość między Pszczyną a Żorami. Ładne domy, równe ulice i chodniki – i to mimo sąsiedztwa kopalni węgla kamiennego. A takie zakłady słyną z wyrządzania szkód górniczych. Kopalni trudno nie zauważyć, bo szyb windy widać już z daleka. Na ulicy prowadzącej do zakładu po dwóch stronach ulicy konkurujące ze sobą duże markety. Nie da się ukryć – górnicza gmina to jednak bogata gmina. Cały sektor węglowy odprowadza rocznie ok. 6–7 mld zł do budżetów: państwa i gmin. W Suszcu dobrze wiedzą, co tracą. – 5 mln zł rocznie, szybko licząc – mówi mi Marian Pawlas, wieloletni wójt gminy. Zrezygnowany kręci głową, wspominając, jak wielkie pielgrzymki pojawiały się w gminie, gdy trzeba było załatwić pozwolenia dla kopalni. – A o jej zamknięciu dowiaduję się z mediów – mówi rozgoryczony.
A ludzie? Gdy pod koniec lutego pojechaliśmy z Radiem Wnet na audycję z kopalni Krupiński, do jej zamknięcia pozostał niewiele ponad miesiąc. Wiara w uratowanie zakładu gasła w górnikach, zaczęły już się przeniesienia do innych zakładów spółki. Chcieliśmy porozmawiać z nimi na dole, w ich miejscu pracy. Od 6 września 2016 r. prosiliśmy JSW o zgodę na zjazd pod ziemię – bo tam mówią szczerze. W przeciwieństwie do przedstawicieli innych mediów, m.in. TVP, takiej zgody jednak nie uzyskaliśmy.
Postanowiliśmy więc sprawdzić, jak radzą sobie górnicy z Krupińskiego w nowej pracy. Problemu ze zjazdem na dół w kopalni Pniówek w Pawłowicach nie było. Dlaczego tam? Aż 70 proc. ok. 2 tys. załogi Krupińskiego zadeklarowało, że chce pracować właśnie w tym zakładzie. Trafia doń jednak ok. 500 osób, pozostali są przeniesieni do innych kopalń JSW, a ok. 360 osób skorzysta z osłon socjalnych gwarantowanych ustawą. Chodzi o urlopy górnicze (dla pracowników dołowych, którym do emerytury zostały cztery lata lub mniej) oraz jednorazowe odprawy pieniężne. Świadczenia te gwarantowane są z pieniędzy z budżetu państwa za zgodą Komisji Europejskiej na pomoc publiczną dla likwidowanych kopalń.
******
W poniedziałek rano przyjeżdżamy do Pawłowic. Nasi przewodnicy po kopalni patrzą nieufnie. Ale gdy słyszą, o czym piszemy, zaczynają się uśmiechać. Na korytarzu, jeszcze przed zjazdem, spotykam znajomych związkowców z Krupińskiego. – No to koniec – rzucamy. Grupa górników, których jeszcze na powierzchni podpytuję o Krupińskiego, mówi tylko jedno słowo: „skur....two”.
EKG, mierzenie ciśnienia, wizyta lekarska, szkolenie z użycia aparatu ucieczkowego, wypełnione dokumenty – możemy zjechać. Po kilkunastu minutach podróży kolejką i kilku minutach podziemnego spaceru trafiamy na przodek. To Krupiński na Pniówku. Na porannej zmianie pracuje tu brygada przeniesiona z kopalni Krupiński pod okiem swojego kierownika i na swoim kombajnie, który został przywieziony z Suszca. – Jak w domu – śmieją się górnicy. Przekonują, że są zadowoleni. Ba, niektórzy dodają nawet, że gdyby ktoś dziś cofnął decyzję o likwidacji Krupińskiego, to i tak nie chcieliby wracać.
– Tam się mieszało jak w kotle, to już za długo trwało, dostaliśmy przeniesienia i trzeba było skorzystać, bo zamknięcie kopalni było pewne. Każdy dostał propozycję nowej pracy, była możliwość wyboru kopalni, większość chłopaków poszła tam, gdzie chciała – mówi Tomasz Goik, górnik, kombajnista pracujący na dole 14. rok. – Ja akurat jestem z Pawłowic, więc praca na Pniówku jest mi na rękę, bo mam blisko. A 13 lat dojeżdżałem na Krupińskiego. Żal jest, wiadomo, tyle lat się pracowało, lecz takie są koleje losu, nie mamy na to wpływu, my po prostu chcemy pracować – tłumaczy.
Dziś górnicy do decyzji podejmowanych w ich branży podchodzą inaczej niż kilka czy kilkanaście lat temu. Wtedy informacja o zamknięciu kopalni kończyła się marszem na Warszawę i demolką, a w najlepszym razie strajkiem pod ziemią. Pamiętam, jak o swoje zakłady walczyły załogi przygotowywanych do likwidacji kopalń Bolesław Śmiały czy Silesia. Wygrali. Ta pierwsza radzi sobie całkiem dobrze w Polskiej Grupie Górniczej, druga fedruje pod szyldem czeskiego koncernu EPH. A w Krupińskim zabrakło chyba wiary.
– Walka? Proszę pani, my dwa lata temu mieliśmy w firmie potężny strajk, trwał dwa tygodnie, co odbiło się na pensji, bo dostaliśmy połowę wypłaty. A każdy z nas ma rodzinę, którą trzeba utrzymać – mówi Dawid Biela, górnik przodowy, kombajnista. – Ja mieszkam w Suszcu. Dzisiaj muszę dojeżdżać kilkanaście kilometrów, to godzina więcej poza domem. Koszty paliwa się rozkładają, bo z kilkoma kolegami jeździmy, auta na gaz się pokupowało. Ale dzisiaj wstałem o 4.20, wyjazd 4.50, do pracy na 6.00, a w domu będę przed 15. Żal, no pewnie, bo kopalnia była na miejscu, ale do emerytury mam jeszcze 15 lat, muszę mieć miejsce pracy – tłumaczy.
– Każdy chyba miał dosyć tego zamykania, niezamykania. Przecież Krupińskiego od lat 90. ciągle zamykali. No ile można. Tego nie szło wytrzymać – mówi Krzysztof Janda, górnik, kombajnista, cieśla. – 11 lat tam pracowałem, tam zaczynałem, Pniówek to moja druga kopalnia. Tam jechałem 17 km z Wisły Wielkiej, tu tak samo, bez różnicy. Chciałem iść na Pniówek, bo do Budryka miałbym 42 km, za daleko – tłumaczy.
– My nie przyjęliśmy decyzji o likwidacji naszej kopalni ze spokojem – zapewnia Goik. – Teraz to poszło tak daleko, że wiedzieliśmy, że to już koniec. Argumenty nikogo na górze nie przekonywały. I Kościuk (Mieczysław Kościuk, szef Solidarności w kopalni Krupiński – aut.) jak bronił zakładu, wszyscy widzieliśmy. A co się stało w Sejmie tydzień temu na komisji skarbu i energii? Posłowie nie przyjęli informacji rządu o likwidacji naszej kopalni. I co? I nic. Przewodniczący komisji powiedział, że informacja nieprzyjęta i do widzenia. To co my możemy zrobić? My nie jesteśmy od decyzji, a od wydobywania węgla – denerwuje się.
******
Gdy pytam, czy dzisiaj – mimo trudnej i niepewnej sytuacji w górnictwie – wybraliby ten sam zawód, niemal chórem odpowiadają, że tak. Co ciekawe, nie tłumaczą tego wcale byciem górnikiem z dziada i pradziada, co na Śląsku pokutowało latami. Mówią wprost – pracują, by zarobić. A przy okazji po prostu to lubią.
– Ojciec pracował na Ziemowicie. Ale wolałem Krupińskiego, bo tam wcześniej w firmie zewnętrznej pracowałem, znałem kopalnię. To było stabilne miejsce pracy. Wie pani, jak się u prywaciarza robi, 16 godzin, 2000 zł, bez sensu. A że górnictwo jest niebezpieczne? Jak idzie pani przez ulicę, to może panią samochód potrącić. Ja lubię swoją pracę – mówi Janda.
U Tomasza Goika w rodzinie są górnicy, ale ojciec tej drogi nie wybrał. Trudno więc mówić o górniczych tradycjach rodzinnych. – Za ciężką pracę zawsze były dobre pieniądze. Wtedy praca była pewna, ale dziś to nie ma nic pewnego. Jednak nie wybrałbym inaczej – tłumaczy. W kopalni Pniówek, podobnie jak koledzy z brygady, jest od 10 lutego. – Ten zakład jest na pewno inny, przede wszystkim większy. I jest tu sucho, bo na Krupińskim zagrożenie wodne było duże. Jestem mile zaskoczony, bo ludzie z Pniówka przyjęli nas dobrze i nie było z tym żadnych problemów ani z pracownikami fizycznymi, ani z dozorem – dodaje.
Zdaniem Dawida Bieli górnictwo nie jest lekkim zawodem, ale gdy się mieszka w górniczej gminie, to tak naprawdę trudno myśleć o innej pracy. – Dziś wybrałbym tak samo, mnie się to podoba po prostu. Rodzinna tradycja nie miała tu wpływu, zarobki były zawsze dobre, teraz spadły, bo wszędzie cięcia. Zobaczymy, czy na Pniówku będzie podobny pasek jak na Krupińskim, bo jeszcze nie dostaliśmy nowej wypłaty – mówi. – Mój tata i brat też pracowali na Krupińskim. Tata jest już na emeryturze, a brat został przeniesiony, jest na Boryni (Borynia-Zofiówka-Jastrzębie to kopalnia zespolona JSW – aut.). W Krupińskim pracowaliśmy w jednym oddziale, tylko w innych brygadach. Brat też musi dojeżdżać, to taka sama droga, jak i tu z naszego Suszca – tłumaczy. I podkreśla, że dla jego gminy likwidacja zakładu to finansowa katastrofa. – Stracimy przecież wpływy z podatków. A z nich buduje się chodniki, drogi, utrzymuje szkoły – wylicza.
Kierownik brygady wtóruje kolegom. – Każdy idzie do pracy zarobić na rodzinę. My bardziej bronimy miejsca pracy, a nie danej kopalni. A żaden górnik z Krupińskiego pracy nie stracił, taka jest prawda. Na Krupińskim pracowałem 9 lat, ale wcześniej 3,5 roku w firmie zewnętrznej, właśnie w kopalni Pniówek. Wróciłem tu więc z dalekiej podróży. No i dyrektor się też za załogą stęsknił, bo za nami przyszedł – śmieje się nadsztygar Krzysztof Rempega. A mówi o Józefie Jaszczyku, byłym kierowniku Krupińskiego, który został teraz dyrektorem Pniówka. – Ojciec i dziadek pracowali w branży, obaj tutaj, na Pniówku, bo jesteśmy z Pawłowic. Ja skończyłem studia w tym kierunku, taki zawód wybrałem, dziś decyzji bym nie zmienił. Sytuacja górnictwa była stabilna, zakład pracy był blisko, zarobki były rozsądne, to po co kombinować. Ta kopalnia ma perspektywy. Wiadomo, różnie może być, ale tu są złoża, są inwestycje, węgiel koksowy, który jest potrzebny, więc większa pewność na przyszłość – tłumaczy Rempega.
Żywotność kopalni Pniówek oceniana jest na ok. 50 lat. Zakład zatrudnia ok. 4,5 tys. osób i w ciągu doby wydobywa ok. 12 tys. t węgla. Przede wszystkim typu hard 35, to paliwo najlepszej jakości. Surowiec pożądany przez koksownictwo jako baza do produkcji stali. Często brakuje go na rynku, więc musi być importowany, a to właśnie JSW jest największym w UE producentem węgla koksowego.
*****
Kończy się proces przeniesienia pracowników z Krupińskiego do innych kopalń JSW, teraz trafi do nich największa grupa. 764 osób. – 1 kwietnia ma zostać podpisana umowa notarialna w sprawie nieodpłatnego przekazania kopalni do Spółki Restrukturyzacji Kopalń. Pracownicy, którzy skorzystają z urlopów górniczych i jednorazowych odpraw, trafią wraz z kopalnią do SRK. Na terenie zakładu pozostanie grupa pracowników JSW zajmujących się odzyskiwaniem maszyn i urządzeń, które trafią do innych zakładów spółki. Będą pracować pod szyldem Ruchu Suszec KWK Pniówek – mówi rzeczniczka JSW Katarzyna Jabłońska-Bajer.
Choć zamknięcie Krupińskiego to warunek umowy restrukturyzacyjnej JSW z bankami (zgodziły się na dłuższą spłatę obligacji za ponad 1 mld zł pod warunkiem zamknięcia kopalń Jas-Mos i Krupiński), to jednak pozostaje niepewność, czy za tą decyzją stała tylko ekonomia. Wyjaśnienia wymaga to, dlaczego latami w Krupińskim inwestowano w złoża węgla energetycznego, a nie koksowego oraz dlaczego – mimo decyzji o likwidacji kopalni w 2016 r. – do pracy przygotowano trzy nowe ściany wydobywcze (za kilkadziesiąt milionów złotych), które miały wyprodukować 1,7 mln ton węgla, a które właśnie są wyzbrajane (czyli demontowany jest tam wcześniej ulokowany sprzęt).
Trudno zrozumieć, że pod ziemią zostawia się złoża warte przy dzisiejszych cenach ok. 40 mld zł. To złoża węgla koksowego, który w tej kopalni nie był wydobywany, choć zakład w takim celu został przecież zbudowany w latach 80. XX w. Dojście do tych złóż dziś kosztowałoby ok. 400 mln zł, których JSW nie ma. Zwłaszcza że to niełatwa inwestycja – Krupiński jest trudny geologicznie, pokłady są mocno nachylone. Z drugiej strony to także decyzja czysto polityczna – kopalni broni np. posłanka PiS Izabela Kloc, ale to jej okręg wyborczy. Z Krupińskiego natomiast zupełnie zrezygnował wiceminister energii Grzegorz Tobiszowski, który wprost powiedział, że Suszec to nie Ruda Śląska. A on z Rudy pochodzi, więc tam kopalń się nie będzie zamykało, choć niektóre roczną stratę Krupińskiego znacząco przebijają.