Oddelegowanie do pracy przy epidemii jest możliwe na mocy ustawy o zwalczaniu chorób zakaźnych. Wojewoda może do takiego zadania skierować każdego, nie tylko osoby wykonujące zawody medyczne. Ustawa określa warunki, na jakich ma to się odbywać, a także katalog wyłączeń. Nie można kierować seniorów powyżej 60 lat, rodziców dzieci do lat 14, a także osób z chorobami przewlekłymi. Dotychczasowy pracodawca musi oddelegowanemu udzielić urlopu. W nowym miejscu zawierana jest umowa na czas określony, gwarantująca zarobki w wysokości przynajmniej 150 proc. przeciętnego wynagrodzenia zasadniczego przewidzianego na danym stanowisku i nie niższe niż płaca skierowanego pracownika w poprzednim miesiącu. Od decyzji wojewody przysługuje odwołanie, które jednak nie wstrzymuje jej wykonania. Zatem nawet jeśli wydana została bezprawnie, do pracy trzeba się stawić.

– Policja dostarczyła mi pismo o godz. 17. Mam 11-letniego syna i akurat byłam na zwolnieniu ze względu na chorobę dziecka. Mimo to dostałam przydział na miesiąc do placówki Caritas w Warszawie, w której przebywali zakażeni – relacjonuje Iwona Jańczyk, pielęgniarka i zastępca dyrektora centrum medycznego w Warszawie. – Dowiedziałam się, że urzędy wojewódzkie typują kandydatów na podstawie list zatrudnionych w POZ. I kierują się zasadą, że skoro przychodnie zawiesiły działalność, są tu ręce do pracy. Ale to nie jest reguła. Moja przychodnia pracuje – dodaje.

Pani Dorota, pielęgniarka, która też dostała powołanie do domu pomocy społecznej, odwołała się, bo ma problemy zdrowotne. Jej odwołanie uwzględniono, ale wcześniej i tak musiała stawić się do pracy. Przypłaciła to omdleniem po wielogodzinnej pracy w specjalnym kombinezonie, który zresztą dostała z opóźnieniem. Po wszystkim trafiła na zwolnienie. – Jaki był sens tego zamieszania? Powołano mnie niesłusznie, brakowało środków ochrony bezpośredniej i trafiłam do nowego miejsca pracy i nieznanych mi pacjentów bez żadnego wprowadzenia. Nie wiedziałam, gdzie są leki, gdzie kroplówki – relacjonuje.

– Wojewoda zaczął wydawać skierowania chaotycznie. Bywało, że policja pukała do lekarzy o północy. Interweniowaliśmy w resorcie i dostaliśmy zapewnienie, że będą one wręczane między 7 a 22. Ale nadal były one wystawiane w stosunku do przypadkowych osób, np. karmiących matek – mówi Łukasz Jankowski, szef stołecznej izby lekarskiej. Z drugiej strony przyznaje, że wojewoda może mieć problem z dostępem do informacji, że ktoś ze względu na osobistą sytuację czy chorobę nie może zostać oddelegowany. Samorząd takich danych nie zbiera. – Doradzaliśmy koleżankom i kolegom, żeby dzwonili do nas, kiedy otrzymają skierowanie niezgodnie z prawem, ale jako izba przyjęliśmy, że nie zbieramy informacji o ich sytuacji, bo są to dane wrażliwe. Nie jesteśmy do tego uprawnieni – podkreśla Jankowski.

Na Mazowszu jest najwięcej zakażeń, więc tamtejszy wojewoda wydał najwięcej skierowań. Do piątku oddelegował do lecznic, domów pomocy i zakładów opiekuńczo-leczniczych 155 osób. Dotychczas do pracy stawiło się 19 z nich. Wojewoda lubelski wydał 11 decyzji – wszystkie dotyczyły lekarzy, których skierowano do dwóch placówek. Żaden nie odmówił. W Wielkopolsce do ZOL w Kaliszu skierowano dwie pielęgniarki, z których jedna przedstawiła L4. Skierowań nie było dotychczas m.in. na Podlasiu i w Lubuskiem. Jednak wszyscy zapytani przez nas wojewodowie – zgodnie z zaleceniem MSWiA – wysłali pod koniec zeszłego tygodnia prośby do samorządów zawodowych, by chętni sami się zgłaszali do takiej pracy. Do wczoraj mieli czas na odpowiedź.

– My z kolei zobligowałyśmy izby do wysyłania do wojewodów próśb o określenie konkretnych warunków pracy dla pielęgniarek, które zdecydują się ją świadczyć – mówi Mariola Łodzińska, wiceprezes Naczelnej Izby Pielęgniarek i Położnych. Jej zdaniem zasady określone w ustawie nie są wystarczające. – Stawki w DPS często były zatrważająco niskie i mam sygnały od pielęgniarek, że trafiały do miejsc, gdzie oferowano im mniejsze pieniądze, niż zarabiały dotychczas. Pytanie też, kto ostatecznie ma ustalać wysokość stawek, bo np. wojewoda podkarpacki zaproponował osobom, które miały trafić do DPS w Stalowej Woli, 120 zł za godzinę, a starosta obniżył stawkę o połowę. Tam ciągle trwają negocjacje, które w ogóle nie powinny mieć miejsca – dodaje.

Na tę samą kwestię zwraca uwagę Krajowa Izba Fizjoterapeutów, która jeszcze przed wysłaniem pism przez wojewodów zebrała deklaracje o gotowości do podjęcia takiej pracy od swoich członków. – Lista ochotników trafiła do resortu zdrowia. Z czterech województw zgłosiło się ok. 200 osób, i to nie tylko do pracy przy rehabilitacji, ale także innych czynności medycznych, które fizjoterapeuci mogliby wykonywać pod nadzorem lekarzy. Zależy nam na tym, by wiedzieli, na co dokładnie się decydują. Bo ochotnik, jeśli dostanie skierowanie od wojewody, nie może się wycofać – mówi Dominika Kowalczyk, rzeczniczka KIF. Przedstawiciele samorządów podkreślają, że priorytetem powinny być środki ochrony osobistej.

– Wciąż zdarza się, że pielęgniarka idąca do pracy w DPS dostaje fartuch i maseczkę fizelinową – mówi Mariola Łodzińska. Łukasz Jankowski dodaje, że izba apelowała o tzw. walizkę medyka, czyli zaopatrzenie oddelegowanej osoby w środki ochrony na co najmniej pięć dni. Poza tym pracownik powinien mieć zagwarantowane ubezpieczenie (takie jak w szpitalach jednoimiennych) oraz test po skończonej delegacji i miejsce do odbycia kwarantanny przed powrotem do rodziny. Świadczy o tym historia pani Agnieszki, pielęgniarki, która zachorowała na COVID-19 w marcu, a teraz kończy izolację domową. Zakaziła męża, syna i mamę. – Jeśli mamy iść na pierwszą linię, musimy mieć gwarancję bezpieczeństwa na tyle, na ile jest to możliwe. Straszenie nas karami finansowymi i konsekwencjami jest nieludzkie – przekonuje. 

Na Mazowszu wojewoda do DPS oddelegował 155 osób. Stawiło się 19