Masowo kupujemy nie tylko mydło i makarony, lecz także leki.

– Coraz częściej ludzie przychodzą do apteki, by kupić nie to, co im potrzebne, lecz w zasadzie cokolwiek na zapas – wskazuje Marek Tomków, wiceprezes Naczelnej Rady Aptekarskiej.

Mówi, że niektórzy mylą epidemię koronawirusa, którego przecież nawet jeszcze nie ma w Polsce, z III wojną światową.

Ministerstwo Zdrowia wie o kłopocie. Wojciech Andrusiewicz, rzecznik resortu, potwierdza, że do ministerstwa docierają sygnały z izb aptekarskich, że „w niektórych miejscach rzeczywiście pojawia się problem nadmiernego zakupu leków bez recepty”. I dodaje, że ministerstwo apeluje o zachowanie spokoju i zdrowego rozsądku przy zakupach w aptekach. Zdaniem rzecznika MZ mamy w Polsce epidemię paniki, a nie koronawirusa.

– Przed laty przy okazji ptasiej i świńskiej grypy mieliśmy już sytuacje, że ludzie kupowali leki na zapas, a po pewnym czasie wszystkie lądowały w śmietniku – przypomina Andrusiewicz.

Farmaceuci informują pacjentów, że ibuprofen i paracetamol nijak nie pomogą w walce z koronawirusem.

– Jest kłopot, bo ludzie już nie tylko leki kupują, lecz także zaczynają profilaktycznie je zażywać. Informujemy pacjentów, że nie ma to żadnego sensu, lecz niektórzy wiedzą lepiej – wskazuje Marek Tomków.

Na receptę i bez – przyda się wszystko

Farmaceuci zwracają uwagę na to, że ludzie wykupują nie tylko leki sprzedawane bez recepty, lecz także z przepisu lekarzy. Często wystawiają oni druki pozwalające na zakup medykamentów na pół roku. Do niedawna większość pacjentów realizowała zakupy sukcesywnie – miesiąc po miesiącu. W ostatnich dniach coraz więcej osób prosi jednak o receptę na możliwie najdłuższy czas i od razu realizuje całe zamówienie.

Sporo zamieszania wynika z braku euthyroksu. To jeden z najpopularniejszych leków w Polsce. Stosuje się go przy leczeniu chorób tarczycowych. W ostatnich tygodniach zaczęło go brakować. Bynajmniej nie z powodu związanego z koronawirusem. Jego producent Merck poinformował Ministerstwo Zdrowia o przejściowych trudnościach w zapewnieniu ciągłości dostaw już na początku lutego.

Trudności z dostępem do euthyroksu w niektórych dawkach występują co kilka miesięcy. Wielu pacjentów uważa jednak, że to zwiastun kolejnego kryzysu lekowego i z tego powodu starają się kupić jak najwięcej medykamentów – zarówno na własne schorzenia, jak i „na wszelki wypadek”.

Samospełniająca się przepowiednia

– Niestety, może to wywołać efekt samospełniającej się przepowiedni. Kupujemy leki, bo boimy się ich niedostępności, a przez swoje zakupy doprowadzimy do rzeczywistych kłopotów z dostępem do produktów leczniczych – zauważa Marek Tomków.

Marcin Wiśniewski ze Związku Aptekarzy Pracodawców Polskich Aptek (ZAPPA) potwierdza, że w ostatnich dniach widać znacznie zwiększone zainteresowanie pacjentów zakupem leków.

– Kupowanie na zapas może doprowadzić do trudności z dostępem do popularnych produktów. Stany magazynowe są swoistego rodzaju estymacją, prognozą potrzeb. Nie jesteśmy przygotowani na wielotygodniowe wzmożenie ze strony pacjentów – tłumaczy Wiśniewski. I dodaje, że trzeba wskazać jasno: nie ma powodów, by robić zapasy na wiele miesięcy.

Jednocześnie cały czas niejasne jest to, jak będzie wyglądała produkcja substancji czynnych do leków. Ponad 70 proc. surowców do tych sprzedawanych w Polsce produkowane jest w Chinach. Na razie tamtejsze fabryki nie wstrzymały produkcji, lecz istnieje takie ryzyko.

Co musisz wiedzieć o koronawirusie?

Nie ma potrzeby mieszania w prawie

Podczas ostatniego kryzysu lekowego (na przełomie czerwca i lipca 2019 r.) pojawiał się pomysł ograniczeń prawnych w możliwości kupowania leków. Część prawników sugerowała, by np. na recepcie można było przepisać produkty jedynie na dwa miesiące, a nie na sześć (zgodnie z przepisami na recepcie w postaci elektronicznej osoba uprawniona może zapisać lek na okres 360 dni kuracji, natomiast osoba realizująca receptę wydaje je jednorazowo na 180 dni kuracji).

Przedstawiciele branży farmaceutycznej uważają to za zły pomysł.

– Jestem przeciwny ingerencji legislacyjnej, np. poprzez ograniczenie dostępności na jedną osobę. Spowodowałoby to jeszcze większą panikę wśród pacjentów, a ceny leków, także sprzedawanych nielegalnie, mogłyby wzrosnąć – mówi Marcin Wiśniewski.

Marek Tomków dodaje, że nie ma powodu, by dodatkowo obciążać lekarzy pracą. Wprowadzenie kolejnych ograniczeń nie tylko mogłoby zwiększyć ryzyko paniki wśród pacjentów, ale skutkowałoby również tym, że ludzie częściej chodziliby do lekarza jedynie po receptę.

Ministerstwo Zdrowia chce stawiać na edukację. Z nadesłanej DGP odpowiedzi wynika, że resort „będzie ściśle współpracować z Naczelną Izbą Aptekarską, ze wszystkimi farmaceutami w kraju celem edukacji społecznej, w tym edukacji jak postępować w sytuacji możliwego zetknięcia z koronawirusem”. Wojciech Andrusiewicz zapewnia, że urzędnicy reagują na wszelkie zgłaszane kłopoty. Tak też jest w przypadku nadmiernego kupowania leków przez Polaków.