Nic dziwnego, że skoro szefowa resortu koncentruje się na bieganiu dookoła stadionu (i to zarówno w rzeczywistości, jak i w przenośni), nie ma ustaw regulujących rynek turystyczny oraz precyzujących, kto ma ściągać klientów upadłych biur podróży. Ale co innego zabiegana pani minister, a co innego urzędniczy aparat. Zapewne gdyby na takim ściąganiu można byłoby coś zarobić albo coś zyskać, odpowiednie akty prawne byłyby już dawno. Tymczasem jak na razie jest z tym dużo roboty, zysków niewiele, a na dodatek wkurzeni turyści mogą jeszcze robić nieprzyjemności.

Nieco inaczej zapewne będzie w przyszłości. W końcu urzędnicy resortu pracują nad powołaniem turystycznego funduszu gwarancyjnego, który będzie ściągał pechowych turystów z zagranicy. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby z przepisów wynikało, że nowa instytucja potrzebuje sporej liczby etatów. Oczywiście dobrze płatnych, bo wiadomo, że przy takich zadaniach konieczni są profesjonaliści. I to najlepiej wyszkoleni w resorcie.

Mimo to trzymam kciuki za powołanie funduszu, bo mam nadzieję, że jego założenie doprowadzi do likwidacji Ministerstwa Sportu i Turystyki. Choć samą funkcję pani minister Muchy chciałbym zachować. Pod warunkiem oczywiście, że będzie ona zgodna z rzeczywistością. Czyli pani Mucha będzie ministrem do ganiania dookoła stadionu.