Polacy na wakacjach prześcigają się w wymyślaniu absurdalnych próśb, życzeń i reklamacji. Na Malediwach klientka skarżyła się, że podczas przypływu, żeby wejść na hamak, musiała zamoczyć nogi.
Na ten pomysł wpadła, kiedy zatrudniła się w biurze SkyClub (upadło w 2012 r.). Była pilotką wycieczek i wracała z polską grupą z Turcji. – Kiedy po dotarciu na lotnisko okazało się, że samolot ma duże opóźnienie, a potem, że w ogóle tego dnia nie poleci, rozwiozłam prawie 200 osób do pobliskich hoteli. Żeby mogli się odświeżyć, przebrać, coś zjeść. I się zaczęło. Awantura za awanturą – przypomina sobie Kinga Nowak, z turystyką związana od ponad 10 lat. Jedni chcieli zmieniać hotel („Wywiozła nas pani na koniec świata!”), inni – pokoje („To skandal! Widziała pani ten widok z okna?!”). – Tłumaczenia, że to sytuacja awaryjna i lepiej czekać w hotelu niż na lotnisku w ogóle do nich nie trafiały. To wtedy razem z koleżanką stwierdziłyśmy, że takie sytuacje trzeba opisać – opowiada.

Rosolaki na walizkach

Reklama
Takich jak one jest w Polsce więcej: zamknięta grupa na FB, którą utworzyły, liczy teraz ponad 5 tys. członków, głównie pilotów wycieczek, animatorów i rezydentów. Stale dopisują nowe opowieści, a co jedna, to lepsza.
Bo na wakacjach Polacy do rezydentów potrafią dzwonić w różnych sprawach. „Jeden z gości zapytał mnie, czy aby zmienić ustawienia klimatyzacji, musi połączyć się z internetem. Aż mnie zamurowało” – opisuje Marta Zarychta. Natalia Podolska usłyszała: „Proszę panią, proszę zwrócić uwagę obsłudze muzeum, że na eksponatach jest kurz. Płacimy, zwiedzamy, a tu syf! A poza tym, dlaczego w chrzcielnicy nie ma wody?!” (pisownia oryginalna – red.). „Pomijam telefony w środku nocy, bo ktoś zgubił klucz lub nie pamięta numeru pokoju, lub nad ranem, bo ktoś zabłądził w miasteczku i nie może trafić do hotelu. Lub inne pijackie interwencje, w których brałam udział jako tłumacz… Czy telefon: gdzie można kupić spinkę do włosów lub to wino w kartonie, które piją sąsiedzi na balkonie obok” – to już Katarzyna Koper.

Reklama
Polacy do rezydentów zgłaszają też uwagi osobiście. „Nowy przylot, spotkanie informacyjne. Kończąc pytam: – Czy macie Państwo jakieś pytania? – Tak – odpowiada śmiertelnie poważnym tonem jedna z turystek – dlaczego w katalogu nie piszecie o tym, że tu są komary?”. Albo taka sytuacja: „Młoda dziewczyna przymierza się do zważenia swojego bagażu na wadze przy recepcji. I nagle pada jedno z ciekawszych pytań w mojej dotychczasowej kolekcji: – Czy ta waga pokazuje w polskich kilogramach?”.
Z wpisów na zamkniętej grupie na FB oraz opowieści zasłyszanych od tych, którzy zgodzili się ze mną porozmawiać, wyłania się obraz (części) krajowych turystów: zagubionych, roszczeniowych i skorych do awantury. Gdy chodzi o zgłaszanie absurdalnych próśb, życzeń i reklamacji, Polacy są bardzo kreatywni. Dlatego, kiedy zapytać o najczęstsze określenia, jakie padają w branży pod ich adresem, to słychać m.in.: „pachoły” – bo gorszy sort, „stonka” lub „stado” – bo są jak plaga, „sandałowcy” i „all inkluzmi” – nadal przed nimi dużo nauki, a także „rosolaki” – typ niedzielny, zjadł domowy obiad, a teraz jazda na wakacje.

Umowy z delfinami

Kindze Nowak do dziś zdarza się przecierać oczy ze zdumienia. – Na przykład wtedy, kiedy do odprawy na lotnisku podchodzi osiem osób i każda z nich prosi o miejsca obok siebie. I jednocześnie każda przy oknie – wspomina. Sama w określaniu polskiego turysty nie jest już tak dosadna: – Choć prawdą jest, że pax (kolejne określenie na turystę, tym razem neutralne, wzięte z list przewoźników lotniczych), jadąc na urlop, mózg i dobre maniery nierzadko zostawia w domu.
Kiedyś wyjeżdżała głównie na Kretę – jeszcze jako animatorka do opieki nad dziećmi. Organizowała też zajęcia dla dorosłych, w tym z siatkówki plażowej, piłki wodnej, a także np. zawody w ping ponga. Nie było tego wiele, ale robiła, co mogła i ciągle coś się w hotelu działo. – Niestety, jeden z klientów przyleciał z nadzieją, że będzie tam profesjonalna grupa animacyjna, która zorganizuje wielkie show, a on nie będzie się nudził. Twierdził, że tylko po to przyjechał – opowiada. – Już pierwszego dnia na spotkaniu informacyjnym zrobił awanturę o brak animacji, wyśmiał moją pracę, napisał reklamację i próbował zbuntować przeciwko mnie pozostałą część grupy. Na tym się jednak nie skończyło: choć nie miał małych dzieci, to codziennie przychodził sprawdzać, co robię, komentował głośno zabawy z maluchami, pisał raporty o mojej aktywności i obserwował każdy krok. Także podczas zajęć dla dorosłych wytykał mi brak profesjonalizmu, próbował zniechęcić grupę do udziału w zajęciach, a na koniec sam czynnie brał w nich udział.
Codziennie rano, jak opowiada, gdy wchodziła do restauracji na śniadanie, słyszała ironiczny okrzyk: „O, nasza wspaniała pani animatorka się już obudziła, ciekawe, co nowego nam dziś zorganizuje”. Sytuacja trwała dwa tygodnie; obrażanie, wyśmiewanie, kontrolowanie, zniechęcanie – stało się to na tyle przykre także dla innych gości, że zaczęli stawać w jej obronie. – Pewnego razu podczas gry w waterpolo panowie, którzy widzieli, jak bardzo ten klient jest upierdliwy, zgadali się i go znokautowali. Dostał, niby przez przypadek, piłką w twarz i zalał się krwią. Panowie, wychodząc z basenu powiedzieli jeszcze do mnie: „Pani Kingo, teraz będzie pani miała spokój”.
Podobnych klientów spotkała niemało, głównie na najbardziej obleganych kierunkach – m.in. w Grecji, Bułgarii i Turcji. Mariola Kośmińska, właścicielka biura podróży w Turcji, potwierdza jej obserwacje: – Lat temu 15, a może i więcej, jak zaczęło się all inclusive, swoją drogą, coś strasznego, przychodzi pańcia do kawiarni w centrum Alanyi, zamawia kawusię i ciasteczko, zjada, po czym wstaje od stolika i wychodzi, jak gdyby nigdy nic. Kelner zrywa się na nogi, biegnie za nią, na co ona pokazuje opaskę na ręku i mówi cieniutkim głosikiem: „Przyjechałam na all inclusive, to mam wszystko za darmo”.
Albo: – Państwo z pięciogwiazdkowego hotelu są zainteresowani kupnem rejsu wzdłuż wybrzeża. Nagle pada: „W innym biurze to mi powiedziano, że u nich zawsze są delfiny, jeśli pani mi to obieca, to kupię u pani”. Odpowiedziałam krótko: „Umowy z delfinami jeszcze nie podpisałam, ale rozmowy są w toku...”.
Z czasem większość sytuacji przestała ją dziwić – a byli i tacy, którzy 200 metrów od morza pytali: „Pani Mariolko kochana, w którą stronę do plaży? Bo se tam zdjęcia musimy porobić”. Albo np. fotografowali pająka w rogu pokoju za łóżkiem, po czym wracali do Polski, biegli prosto do biura, w którym kupili wycieczkę za 900 zł z hotelem all inclusive, i prosili o zwrot części kosztów z powodu pajęczyny.
Ale mimo to zdarza się, że Polacy nadal potrafią ją zaskoczyć. – To przypadek pod tytułem „Damy w opałach”. Przyszły kiedyś cztery z ochotą na spływ górską rzeką. Tipsy, sztuczne rzęsy itp. Powiedziałam, co mają ze sobą zabrać, jak się ubrać, i pojechały. Nagle dzwonią chłopaki z raftingu: „Mariolka, powiedz tym wariatkom, żeby zdjęły szpilki, bo nam pontony podziurawią!” – śmieje się. – Kazałam im założyć buty, które trzymają się nóg, nie klapki. To się posłuchały, szpilki nóg się trzymały. Moja wina. Nie powiedziałam, że pontony są z gumy.

Od A(ntykoncepcji) do Z(akupów)

Po każdym kolejnym sezonie Kinga Nowak liczyła na to, że będzie tylko lepiej. Lżej, serdeczniej, spokojniej. Ale nie było. – Nie pamiętam, żebym w sezonie spokojne przespała noc. Zawsze ktoś czegoś chciał, a przykłady można mnożyć – mówi. Opowiada, że w zeszłym roku kobieta zadzwoniła do rezydenta, żeby ten kupił jej dziecku smoczek. Bo zapomniała zabrać z domu, jak tłumaczyła. Ten odmówił, bo nie należy to do jego obowiązków. Więc złośliwie wydzwaniała do niego przez całą noc, po czym rano telefon zadźwięczał jeszcze raz: – Wyspał się pan? Bo ja nie. Bo całą noc mi dziecko płakało.
– A najdziwniejsza z opisanych historii? – dopytuję.
– Na dalszych kierunkach, to chyba były Malediwy, klientka skarżyła się, że podczas przypływu, żeby wejść na hamak, musiała zamoczyć nogi. „Co to ma znaczyć. Więcej z tym biurem nie pojadę” – groziła.
– To wszystko? Bardziej absurdalnych nie było?
– A skąd. Kiedyś jedna z pań już po powrocie z Grecji do Polski poprosiła, żeby rezydent kupił jej obraz. Wyjaśniła, gdzie ma go znaleźć: „Taki biały sklepik, koło palmy, ma niebieskie drzwi”, jak to na Santorini. A do tego dobrał bransoletkę z lawy i pozbierał trzy rodzaje skał, a potem to wszystko wysłał jej do Polski. Jako powód podała: na wyspie było za mało czasu, żeby zrobić zakupy. Poza tym skupiła się na robieniu zdjęć. I w końcu: wycieczka szła za szybko. – W Grecji też było ciekawie. Pan zdobył numer rezydentki, po czym poinformował, że jego żona wraca dziś do Polski i ma urodziny. Dlatego prosi o kupienie bombonierki i kwiatów, złożenie życzeń na lotnisku i przeproszenie, że nie może jej osobiście odebrać, bo coś mu właśnie wypadło.
Na porządku dziennym były też prośby o: wypisanie recepty, podwiezienie do bankomatu, kupienie nocnika/papieru toaletowego/tabletek antykoncepcyjnych („bo klient się wstydzi”, „bo przecież pan/pani w końcu od czegoś tu jest”), a nawet rozsądzenie małżeńskich sporów. Wszystko na już, bo przecież rezydent czy organizator powinien być zawsze pod ręką. Czy to na lotnisku, czy w recepcji. A najlepiej, kiedy tuż po wylądowaniu odprowadzi do pokoju, zaniesie jeszcze walizkę, sprawdzi, czy wszystko jest OK. Jeśli tak, to może iść dalej. Ale jeśli nie, ma wrócić i poszukać lepszego pokoju. Takiego z łóżkiem małżeńskim, a nie dwoma złączonym materacami. Brodzikiem, a nie wanną. Ze szklanym parawanem, a nie plastikową zasłonką…
– Najbardziej absurdalna prośba, którą pani sama usłyszała? – podpytuję na koniec.
– Zdarzyło się, że o 2 w nocy zadzwonił do mnie mężczyzna, wiadomo, samoloty lądują o różnych porach, z pretensjami: „Właśnie wyszedłem na balkon i nie widzę morza!”. Moje tłumaczenia, że jest ciemno, że lepiej wstrzymać się do rana, na nic się nie zdały.

„Bo morze szumiało za głośno”

Turyści z Polski są jednak innego zdania. Zapłacili, więc wymagają. Niektórzy przyznają, że nie chcą czuć się oszukani – stąd drobiazgowe sprawdzanie, czy wszystko jest tak, jak to opisano i sfotografowano czy to w katalogu, czy na internetowej stronie. O formularz reklamacyjny proszą już w autokarze, bo – jak przekonują – na pewno coś się znajdzie.
Organizatorzy wyjazdów obstają przy swoim: opis i zdjęcia w broszurach czy w sieci, to tylko przykłady. Standard hotelu może się różnić w zależności od kraju – cztery gwiazdki w Egipcie to co innego niż cztery gwiazdki w Hiszpanii.
Marta Knasiecka, autorka bloga Specjalistka od wakacji, który prowadzi od czterech lat, otwarcie przyznaje, że w kwestii reklamacji jak było, tak jest nadal: – Mierzą tę odległość od plaży, metraż pokoju czy samej łazienki; a to z miarką w ręku, a to krokami, a to „na oko”. Skarżą się na zamknięte sklepy podczas sjesty i zakaz sprzedaży alkoholu poza hotelami w Omanie. Zżymają się na brak polskich kanałów w telewizji, polskiego menu i polskiej flagi przed hotelem. Polakom nic się nie podoba i wszystko są gotowi obsmarować, tłumacząc to stratami moralnymi.
I to do tego stopnia, że w reklamacjach można wyczytać nawet: „Morze szumiało za głośno, więc nie mogłam spać”, „Zbyt wysokie fale nie pozwalały się kąpać”, „Piasek był za gruby i dziecko nie mogło robić babek”. Albo: „Pilotka nie znała meandrów serialu »Wspaniałe stulecie«. Nie oglądała”, „Zabrakło prezentu dla nowożeńców, chociaż w biurze kilka razy mówiliśmy, że niedawno się pobraliśmy”, „Mimo zostawiania pieniędzy w pokoju panie nie układały łabędzi z ręczników”, „Wino podawano w nieodpowiedniej temperaturze. Według standardów światowych powinno mieć 18 stopni, a było cieplejsze”. Czy: „Ja i mój narzeczony zamówiliśmy pokój z dwoma oddzielnymi łóżkami. Dostaliśmy jedno podwójne. Pociągam państwa do odpowiedzialności za ciążę, w którą zaszłam, a której by nie było, gdybyśmy otrzymali to, o co prosiliśmy".
– Śmierdzące powietrze to też był hit. Do centrali jednego z biur podróży rozgoryczony klient wysłał powietrze w słoiku – przypomina sobie Knasiecka. – Z kolei do koleżanek z salonu trafił 2–3-tygodniowy lunch pakiet z dopiskiem: „Proszę zobaczyć, czym nas karmiono”. Z prośbą o przekazanie przysyłki prezesowi – podaje kolejne przykłady. Na blogu skwituje cierpko: „Towarzystwo w skarpetach i sandałach, żłopiące piwo w hotelowych barach i wygłaszające kulturoznawcze tyrady o brudzie i zapóźnieniu cywilizacyjnym kraju, w którym gości”.
Pytam, dlaczego rodacy to robią. Dlaczego na wyjeździe zajmują się głównie szukaniem dziury w całym? – Inne nacje jeżdżą dłużej i częściej. Zachód robi sobie wakacje 2–3 razy w roku, więc są bardziej obyci i wiedzą, czego się spodziewać na miejscu. Tymczasem Polacy nadal żyją w przeświadczeniu, że za granicą znaczy tyle co luksusowo. A przecież to, że ktoś jedzie do Grecji czy Hiszpanii, nie oznacza od razu, że czeka tam na niego kamerdyner, a wszyscy będą stać na baczność lub kłaniać się w pas – tłumaczy. – Trzeba mierzyć siły na zamiary – jeśli kupujemy hotel za 1,3 tys. zł, to ciężko oczekiwać luksusów jak w siedmiogwiazdkowym Burdż al-Arab.
Poza tym taki nasz charakter narodowy – po prostu lubimy narzekać. – Często jest tak, że klient, który kupił superhotel – wiem, bo sama byłam i widziałam – wraca i mówi: „A bo tam nie było polskiego schabowego, w sumie fale były za duże, a o godz. 23 to bar zamykali...”.
Knasiecka sporządziła nawet listę grzechów głównych polskich turystów. Obok pychy („Kowalski staje się panem, władcą i imperatorem. Oto on, czapeczka z orzełkiem, slipki i bransoletka uprawniająca do korzystania z hotelowych barów”) i bezmyślności („Tryb relaksu włączony, tryb myślenia – off. Hulaj duszo, piekła nie ma. Na wakacjach nie trzeba zastanawiać się i poddawać refleksji”), jest też np. zazdrość. „Kowalski musi wiedzieć, gdzie jego sąsiad z samolotu ma pokój. I czy w tym pokoju jest większe łóżko, i czy też ma prysznic, czy może wannę. Czy też ma bidet? A białą zasłonę ma? A dlaczego on ma pokój piętro wyżej? Może piętro wyżej pokoje są lepsze? A kto płacił więcej? Dostał w biurze podróży przewodnik? Miejsce na parkingu? No niemożliwe! Będę zgłaszał reklamację! A na jakie wycieczki jedzie? Aż dwa fakultety? No to ja wezmę jeszcze rejs katamaranem, nurkowanie i quady! Faktycznie w pokoju ma dodatkowo stolik! I telewizor jakby nowszy! To nic, że nie oglądam telewizji w trakcie urlopu – jak to możliwe, że ma nowszy model telewizora?!”.

Lejdi panterka i rodzinka Addamsów

Swoje zestawienia budują także eksperci. – Jeśli chodzi o sposób zachowania, Polaków dzielę na ponad 10 typów – mówi dr Bartłomiej Walas, dziekan Wydziału Tury styki i Rekreacji z Wyższej Szkoły Turystyki i Ekologii. – Ich cechy ujawniają się już podczas rozmów w biurze podróży.
A jacy są? To np. m.in. mięśniak i towarzysząca mu lejdi panterka. On „wybór wakacji powierza swojej kobiecie, tak jak ona, jest typem awanturniczym i spędza czas na leżaku lub w barze przy basenie”. Ona „zawsze wybiera wyjazd z najwyższej półki, o ile tylko będzie tani i oczywiście all inclusive. Czas spędza na pogłębianiu opalenizny z solarium, nie interesują jej atrakcje miejsca docelowego. Zwykle typ klienta, który wszystko wie najlepiej i kłóci się o wszystko” – opisuje już w mailu.
Obok nich pojawia się maruda: „Narzeka na wszystko. Po przyjeździe na miejsce szuka wszystkiego, co mu się nie podoba i oczywiście nie omieszka o tym powiadomić telefonicznie bądź mailowo pracownika biura i agenta, u którego wykupił wakacje. Po powrocie zawsze zwykle zgłasza reklamacje”. Uprzykrzający: „Podobnie jak maruda, narzeka na wszystko od samego początku, jednak w przeciwieństwie do niego będzie informował o tym wszystkich dookoła i uprzykrzał im pobyt. Reklamacje złoży jeszcze przed powrotem do kraju”. I typ roszczeniowy: „Klient, który uważa, że wszystko mu się należy. Wychodzi z założenia, że skoro płaci, to wymaga. Jeśli coś nie idzie po jego myśli wszczyna awantury z pracownikami i obsługą, za każdą błahostkę domaga się zadośćuczynienia”.
– Od kilku lat jest coraz gorzej – zgadza się Violetta Hamerska, hotelowa audytorka, w branży od około 30 lat. – Oczywiście zdecydowanie więcej jest osób, które znają savoir vivre, ale to źle zachowujący się nadają ton. Są za głośni i za bardzo widoczni. A już najgorszy jest typ „mój mąż tak ma” – konfrontacyjny, który czeka na wpadkę, a wtedy rusza do ataku: krzyczy, grozi pozwami i nigdy nie dopuszcza innych do słowa. Z kolei ona przez cały ten czas: cicha, skromna, siedzi jak trusia i na koniec tylko przeprosi za partnera.
Tylko nieco lepsze są: rodzinka Addamsów – z reguły model 2 plus 2, ludzie głośni, zachłanni, od których wszyscy uciekają, i kosmici – wiecznie zdziwieni, zaskoczeni, ale niezłomni. Niezależnie od tego, co się dzieje, z ich ust padnie: „Ale jak to??? Przecież za wszystko zapłaciłem”. „Oczekują, że hotel doceni fakt, że go zaszczycili swoją obecnością, bo oni lubią standard 5 gwiazdek w cenie 1 gwiazdki. Nie mogą zrozumieć, że pakiet to tylko wybrane usługi, a za wszystkie dodatkowe zamówione (…) trzeba oddzielnie płacić. To zdziwienie na długo pozostaje na ich twarzach, po czym jadą do kolejnego hotelu i rozpoczynają swoją zabawę od początku” – szczegółowo opisuje Walas na swojej stronie.
– Mam jeszcze trzy nowe typy, z nazwami roboczymi i ogólną charakterystyką – zastrzega na koniec rozmowy. O ile jedni (pan i pani gratis) liczą, że wszystko im się należy – bezpłatnie lub z rabatem – już od momentu przekroczenia progu hotelu, o tyle inni (hotelowi paparazzi) cały urlop spędzą na drobiazgowym audycie i szczegółowej dokumentacji. – Będą robić zdjęcia od pokoju po każdy zakamarek hotelu i oceniać bardzo drobiazgowo sposób prowadzenia zajęć, czy np. poszczególne składniki menu – tłumaczy. I wreszcie typ ostatni – światowy, który nigdzie nie był, nic nie widział, ale i tak wszystko wie najlepiej. „Ja znam właściciela hotelu i zaraz was zwolnię” – krzyknie przy tym.
Ja i mój narzeczony zamówiliśmy pokój z dwoma oddzielnymi łóżkami. Dostaliśmy jedno podwójne. Pociągam państwa do odpowiedzialności za ciążę, w którą zaszłam, a której by nie było, gdybyśmy otrzymali to, o co prosiliśmy.
MAGAZYN DGP 15.06.18 / Dziennik Gazeta Prawna

Atrakcji moc

Dr. Przemysława Staronia, psychologa i kulturoznawcę z Uniwersytetu SWPS z Sopotu, absurdalne zachowanie Polaków na wakacjach nie dziwi. Tłumaczy to czynnikami psychologicznymi, socjologicznymi i kulturoznawczymi. Głównie kulturą niedoboru. – Przecież Polacy latami doświadczali nienasycenia, tłumili potrzeby, nie mieli poczucia sprawstwa, więc kiedy tylko poczuli, że mają prawo wyboru i stać ich na przyjemności, a wakacje do takich przecież należą, to ich reakcje zaczęły być mocno przesadzone – wyjaśnia. Innymi słowy, skoro długi czas nie doświadczali komfortu i luksusu, to teraz muszą odreagować. Stąd szaleją na całego.
– Poza tym żyjemy w czasach, kiedy bycie racjonalnym przestało być w modzie. Wystarczy zobaczyć, że na sile zyskuje teraz np. towarzystwo płaskiej ziemi czy memy, z których czerpiemy swoją wiedzę o świecie – dodaje. Do tego dochodzi kwestia anonimowości, czyli powszechne wśród Polaków przekonanie, że jak wyjadę, to mogę sobie pozwolić na więcej. – Nie ma sumienia społecznego, więc obowiązuje zasada: róbta, co chceta – dodaje.
Violetta Hamerska zauważa też, że swoje zrobiło 500 plus – za wakacje mogą pozwolić sobie Polacy o niższych dochodach, często pierwszy raz w życiu; po drugie – wszelkie portale z wyprzedażami ofert, zapewniające dostęp do pakietów i zniżek nawet w najbardziej luksusowych hotelach. I po trzecie – siłę nabywczą zyskała grupa osób 30 plus, pokolenie wychowane w przeświadczeniu, że nic ich nie ogranicza. – A płacić znaczy tyle samo, co wymagać.
Rezydenci tymczasem starają się zachować zimną krew. – Każdy chce mieć święty spokój i jak najszybciej rozwiązywać kłopotliwe sytuacje. Niezależnie od tego, czy chodzi o zaginione dziecko, tak, takie sytuacje też były, czy np. klientkę, która podczas 24 godzin zmienia pokój 11 razy, to też autentyk. Bo nie ten a to rozmiar, a to rozkład, a to widok….
Nie mają czasu się bawić z jednym klientem cały tydzień, skoro w tym czasie mogą pojawić się kolejne prośby („Prosto z lotniska: Przepraszam, z którego chickenu się odprawiamy?”), żądania i reklamacje (np. „Miał być pokój z klimatyzacją!!! – Przecież był. – Gdzie był? Na balkonie klimy nie było...”).
Co będzie dalej? Polacy osiągną wyżyny absurdu? A może jednak przyhamują? Trudno o jednoznaczną odpowiedź, ale eksperci są sceptyczni. – Jak na razie boomu na krytycznie myślenie jeszcze nie widzę. Poza tym już Wisława Szymborska przekonywała: „Ludzie głupieją hurtowo, a mądrzeją detalicznie” – ucina moje dalsze pytania dr Przemysław Staroń. Marta Knasiecka: – Atrakcji będzie moc, jak co roku. Zresztą już się zaczęło.
– Proszę pana! Bardzo proszę, aby w hotelu ściszono muzykę relaksacyjną!
– Jaką muzykę relaksacyjną?
– No, taką z dźwiękami natury: kscy kscy kscy kscy.
– Ma pan na myśli cykady?!