Nie chcę wchodzić w to, kto ma rację w tym sporze – zarząd (bo bez redukcji płac firmy się nie da uratować i wtedy nie będzie mowy o żadnych pensjach) czy też piloci (w końcu płace w lotnictwie mają jakiś związek z odpowiedzialnością, jaką ponoszą piloci). Mnie zastanawia, czy na tym sporze i ewentualnej pomocy, jakiej państwo zamierza jeszcze udzielić LOT-owi, zarobię, czy nie.

Bardzo chciałbym bowiem, aby rząd i zarząd LOT-u wykazały się elementarną odpowiedzialnością w stosunku do swoich pracodawców – czyli wyborców – i wyjaśniły, jakie straty dla przeciętnego Kowalskiego wiążą się z upadłością przewoźnika, a jakie zyski da jego ratowanie. Podobna zasada powinna obowiązywać przy każdej ratowanej przez rząd firmie. Wyborca powinien uzyskać jasną informację, czemu rząd podjął taką, a nie inną decyzję. I ile będzie ona kosztować.

Takie informacje miałyby dodatkowe zalety. Umożliwiałyby sprawdzenie w przyszłości, czy restrukturyzacja się udała i czy przyjęte założenia były realistyczne. Wcześniej takiej weryfikacji mogliby dokonać specjaliści, np. przedsiębiorcy, którzy na stawianiu firm na nogi mogą się znać lepiej niż urzędnicy resortu skarbu. Całkiem możliwe, że pojawiliby się chętni gotowi uzyskać zbliżone do rządowych planów cele mniejszym kosztem dla podatnika. A od tego już niedaleko do sprywatyzowania restrukturyzacji, czyli oddawania władzy nad firmą na zasadzie przetargu, kto weźmie mniejszą pomoc publiczną przeznaczoną na ratowanie danej firmy. W końcu jesteśmy w kryzysie, kiedy każdy tysiąc złotych oszczędności dla budżetu powinien być wart zachodu.