Po efektownej prezentacji planu ratunkowego robotnicy polskiego zakładu czekają na konkrety. Nie wiadomo, czy w Gliwicach będzie produkowany nowy model oraz czy uda się utrzymać system trzyzmianowy.
Przejęcie Opla przez Francuzów z grupy PSA miało miejsce w marcu tego roku. Spółka, do której należą m.in. takie marki samochodów jak Peugeot czy Citroën, zapłaciła za niemiecką firmę 2,2 mld dol. W ten sposób zmieniła właściciela także fabryka w Gliwicach. To jeden z większych zakładów Opla w Europie. Zajmuje powierzchnię ponad 70 ha. Według oficjalnych danych na stronie producenta, obecnie zakład zatrudnia 4 tys. osób. Ponad 90 proc. produkcji idzie na eksport.
Niepokój o losy ich miejsc pracy miała rozwiać konferencja z 9 listopada. Podczas wspólnego wystąpienia prezes Opla Michael Lohscheller oraz szef Grupy PSA Carlos Tavares zaprezentowali program PACE! (czyli tempo). Według tego programu Opel ma być dochodowy za dwa lata. Wszystko przez produkcję większej liczby aut przy jednoczesnym cięciu kosztów (zrobienie jednego pojazdu ma być tańsze o ok. 700 euro). Dzięki temu Opel osiągnie rentowność przy mniejszym pułapie sprzedanych samochodów. Plan zakłada, że stanie się to przy zbyciu aut na poziomie 800 tys. rocznie. Obecnie ta marka sprzedaje co roku niemal milion pojazdów. Zapowiedziano także wejście w segmenty samochodów elektrycznych i SUV-ów. – To bardzo dobry plan – przekonywał dziennikarzy Tavares.
Reklama
Założenia PACE! przedstawiono także załodze gliwickiego zakładu. Według naszych nieoficjalnych informacji nie spotkał się on z ciepłym przyjęciem. – W swoich wypowiedziach przedstawiciele pracodawcy cały czas zachowują tryb przypuszczający i warunkowy: być może jakieś rozwiązania będą wprowadzone, ale dziś zupełnie nie wiemy, jakie – mówi nam jeden z robotników. Brakuje przede wszystkim informacji o tym, czy Gliwice dostaną prawo produkcji nowego modelu auta i czy uda się zachować pracę na trzy zmiany. Zwłaszcza to pierwsze jest z perspektywy pracowników niezwykle istotne. Z doświadczenia wynika bowiem, że powierzenie zakładowi wytwarzania konkretnego modelu jest najlepszą gwarancją stabilnego zatrudnienia.
Nic więc dziwnego, że wśród pracowników Opla panuje niepokój. Podsycają go spekulacje o możliwych zwolnieniach – w końcu gdzieś trzeba będzie znaleźć oszczędności, o których mówił prezes niemieckiej spółki. Problemem dla robotników w Gliwicach jest też delegowanie ich do innych fabryk grupy PSA, a konkretnie do zakładów we francuskim Sochaux i w Trnawie na Słowacji. Większość z nich ma rodziny, nic więc dziwnego, że nie uśmiecha im się perspektywa spędzania kilku miesięcy poza domem. – Tego niepokoju załogi nie łagodzą – ani tym bardziej nie likwidują – spekulacje o programie dobrowolnych odejść czy też zapowiedzi, że nie będzie przymusowych wyjazdów do innych zakładów – mówi nam osoba z załogi gliwickiej fabryki.

Konkretów co do tego, jaki model samochodu będzie przez najbliższe lata zjeżdżał z taśm gliwickiego zakładu, na razie brak. Na wspomnianej prezentacji Tavares i Lohscheller o zwolnieniach w fabrykach Opla nie mówili. Stwierdzili jednak, że może się zdarzyć, że niektóre zakłady przejściowo przejdą na 35-godzinny tydzień pracy.