W mieście już się nie mieszka. W mieście się walczy. I nie chodzi mi tu o nieustanne spory wokół różnych marszów, parad i mniej lub bardziej oddolnych wybuchów społecznego niezadowolenia. To incydenty. Bo gdyby podział przebiegał tylko między aktywistami, którzy w imię swojej sprawy paraliżują miasto, a tymi, którzy chcą po prostu żyć i dostać się z punktu A do B, to konflikt byłby marginalny. A nie jest. Przypomina regularną wymianę ognia, w którą zaczyna być zaangażowanych coraz więcej grup.
Reklama
Wymieńmy fronty tej walki. Na pierwszej linii: wygodni samochodziarze, którzy trują spalinami, i roszczeniowi rowerzyści, którzy w imię zdrowia narzuciliby wszystkim ekodyktaturę bez czterech kółek. Niedawno dołączyli do nich zwolennicy oraz zagorzali przeciwnicy elektrycznych hulajnóg. Wciąż zaciekle walczą wiecznie skrępowani nadmiernymi regulacjami deweloperzy. Kontrują ich miejscy planiści sfrustrowani czasochłonnymi procedurami, bezsilni wobec… wszechpotężnych deweloperów. Iskrzy też między właścicielami mieszkań na wynajem oraz autochtonami spychanymi na obrzeża. Bo gdy jedni cieszą się z napiwków zagranicznych gości, drudzy są skazani na godzinne czekanie w korku przy wjeździe do miasta, które jeszcze niedawno było ich, a dziś jest turystów.
Żeby tego było mało, niedawno otworzył się kolejny front. Rząd bowiem przedstawił (jak na razie tylko w wewnętrznym obiegu) plany znowelizowania przepisów krajobrazowych. A właściwie ich poluzowania. W skrócie – zamiast wyśrubowanych standardów dotyczących reklam, billboardów i krzykliwych neonów, mielibyśmy raczej zasadę hulaj dusza, piekła nie ma. Tak przynajmniej przedstawia to grono aktywistów przeciwnych pstrokatym reklamom i część samorządowców. Ci drudzy burzą się do tego, że zabiera się im – kolejne już – narzędzie do kształtowania swojej lokalnej polityki.
I mają rację. Ostatnie lata pokazują, że praktycznie każda nowa regulacja podkopuje ich autonomię i nakłada nowe obowiązki. Z drugiej strony, spójrzmy uczciwie. Ustawa krajobrazowa ma już 3 lata, a skutecznych przykładów jej wdrożenia jest jak na lekarstwo. To regulacje trudne do zastosowania, bo podjęcie stosownej uchwały, tak by nie narazić się na procesy sądowe z powodu naruszenia czyichś praw, kosztuje masę czasu i wysiłku. W Krakowie, który pracuje nad uchwałą od 2016 r., wpłynęło w trakcie konsultacji kilkaset uwag, a sam dokument opisujący sposób ich rozpatrzenia liczy 175 stron. Mówiąc wprost: miasta podchodziły do tych regulacji jak pies do jeża. Nie powinny więc teraz płakać, że być może je stracą.
Podobne zgrzytanie zębów towarzyszyło głośno krytykowanej przez aktywistów i włodarzy specustawie mieszkaniowej, prędko przechrzczonej na lex deweloper. Nietrudno się domyślić, że niechlubna nazwa wzięła się z licznych preferencji przyznanych inwestorom. Samorządowcy upatrywali w niej zamachu na autonomię planistyczną. Tą samą, której niestety sami nie potrafili (i wciąż nie potrafią) od lat zastosować w praktyce. Świadczy o tym to, że 1/3 kraju nie jest pokryta planami zagospodarowania przestrzennego. Efekt? Trzeba później łatać inwestycyjne dziury wydając szybkie decyzje o warunkach zabudowy.
Tu dochodzimy do sedna. Wydaje mi się czasem, że wielu aktywistów traktuje miasto jak twór z gry komputerowej, w którym budujesz i kasujesz wedle uznania. Ale tak nie jest. Nie można zrobić restartu i zacząć od nowa, ustawiając klocki według jednego, spójnego zamysłu. To raczej szachy, gdzie figur jest wiele, a możliwości ruchu wręcz przeciwnie: chcesz coś zrobić – nie możesz, bo mat.
Czy to znaczy, że powinni oni zniknąć z miejskiej przestrzeni, bo tylko sieją ferment i zamieszanie? W żadnym wypadku. Oni pokazali, że można inaczej. Wcześniej po prostu stawialiśmy bloki, poszerzaliśmy ulice, budowaliśmy parkingi, stadiony, galerie handlowe, aquaparki. Każda taka inwestycja zasługiwała na przecięcie wstęgi. Nikt nie miał wątpliwości, że miasto się dzięki temu rozwija. Świat był prosty. A dziś – w dużej mierze właśnie dzięki nieustępliwości aktywistów – mierzymy się z pytaniami: czy na pewno zmiany są na lepsze, a jeżeli tak, to dla kogo? Nie myśleliśmy o tym, nie dyskutowaliśmy od lat. Jeżeli kiedykolwiek.
Będziemy musieli nadrobić te zaległości. Boję się tylko, że wiele lokalnych postulatów będzie dalej koniunkturalnie rozgrywanych przez polityków. Dobrze by jednak było, gdyby w mieście nie trzeba było tylko walczyć – o chwilę uwagi mediów i włodarzy lub bardzo prozaicznie: o miejsce parkingowe, dobrą komunikację i czyste powietrze. Ale aby był też czas rozmawiać, co dalej, gdy już część najbardziej naglących spraw uporządkujemy. Naiwne? Być może. Ale warto mieć ten idealistyczny cel na horyzoncie. I zmierzać do niego – może być samochodem, rowerem lub pieszo. Ważne, że wspólnie i do przodu.