Stan faktyczny jest w zasadzie dość prosty i już od dawna zidentyfikowany. W 2014 r. Front Narodowy (dziś Zjednoczenie Narodowe) pod wodzą Marine Le Pen wprowadził do Parlamentu Europejskiego VIII kadencji 26 deputowanych. Podczas zebrania świeżo wybranych posłów tej partii padła propozycja – byli członkowie twierdzą, że nie do odrzucenia – by przysługujące im środki na zatrudnienie asystentów przeznaczyć na… asystentów, ale nie dla nich samych, eurodeputowanych, tylko dla partii. Do swojej dyspozycji mieli pozostawić jedną osobę. Jak relacjonowali niektórzy, nigdy nie widzieli na własne oczy większości swoich asystentów, którzy za pieniądze z Parlamentu Europejskiego pracowali w centrali Zjednoczenia Narodowego. 26 osób oskarżono o tworzenie fikcyjnych miejsc pracy i sprzeniewierzenie środków publicznych (łącznie na kwotę ok. 4 mln euro).

Marine Le Pen: proces jest polityczny

„Nie złamaliśmy żadnego prawa” – mówiła w czasie pierwszego procesu Marine Le Pen. Przekonywała, że jest to tylko próba wyeliminowania jej i jej partii z życia politycznego. Powoływała się przy tym na… trójpodział władzy. W skrócie: sąd jest III władzą. Deputowani (także do Parlamentu Europejskiego) są częścią władzy ustawodawczej. Władze są odrębne, ergo sądy nie mają prawa sądzić polityków (sic!).

Istota immunitetu

Pani Le Pen – wykształcona prawniczka – zapewne wie, jaka jest konstrukcja prawna immunitetu we Francji. Artykuł 26 konstytucji po pierwsze przyznaje parlamentarzyście nietykalność w czasie wykonywania mandatu, co zresztą pozwoliło Marine Le Pen odmówić stawienia się przed sędziami śledczymi w 2017 r., kiedy po raz pierwszy chciano ją postawić w stan oskarżenia w tej sprawie (po kilku miesiącach polityczka sama jednak postanowiła zeznawać przed śledczymi).

Po drugie, posła nie można ukarać za głosowania i opinie wygłaszane przy wykonywaniu mandatu. Jak wyjaśnili sędziowie, „defraudacja środków publicznych jest z natury czynnością, którą można oddzielić od mandatu posła do Parlamentu Europejskiego. Utrzymywanie czegoś przeciwnego sprowadza się do uznania, że przekazanie przez posła środków przysługujących mu w Parlamencie Europejskim jego partii politycznej byłoby możliwe i nieodłącznie związane z jego mandatem”. Inaczej mówiąc: uniemożliwienie ścigania defraudacji byłoby zasadne tylko wtedy, gdyby sprzeniewierzanie środków należało do obowiązków parlamentarzysty.

Jak pani Dulska, która nie brała dla siebie czynszu od kokoty, tylko płaciła nimi podatki, pani Le Pen tłumaczyła się też, że nie sprzeniewierzyła środków, ponieważ pieniądze z PE nie posłużyły do wzbogacenia się jej samej ani innych oskarżonych. Inaczej mówiąc, nie trafiły do ich kieszeni, tylko wspomogły reprezentowaną przez nich organizację, więc nie powinno być sprawy. Sąd nie podzielił tego stanowiska.

Bo Parlament Europejski nie zapobiegł

W apelacji linia obrony jest inna. „Istniała pewna praktyka, którą europarlamentarzyści uznali za dozwoloną. Dziś Parlament Europejski mówi: «zasady, które uważaliście za dobre, dobre nie są»” – komentuje w telewizji Rodolphe Bosselut, jeden z obrońców Marine Le Pen. Europarlamentarzyści „nie wiedzieli”, że tak nie wolno, i nikt im w PE (zapewne złośliwie) nie powiedział. Najlepsza ilustracja zasady, że nieznajomość prawa szkodzi.

W sądzie I instancji zapadły wyroki skazujące wobec 25 osób. W tym Marine Le Pen – na cztery lata pozbawienia wolności, z czego dwa bezwzględne (w formie nadzoru elektronicznego) i na pięć lat pozbawienia biernego prawa wyborczego. Od 2016 r. to kara, którą w przypadku sprzeniewierzenia środków publicznych sąd we Francji musi orzec – kwestią jest tylko jej wymiar.

Dziś z punktu widzenia trzykrotnej do tej pory kandydatki na prezydenta Republiki najważniejsze jest złagodzenie tej właśnie kary do najwyżej dwóch lat. Pomijając już niedogodności ewentualnego prowadzenia kampanii z bransoletką elektroniczną, miałaby możliwość zgłoszenia się do wyścigu po raz czwarty. W takim przypadku należałoby zapytać, od jakiego poziomu poparcia polityków w sondażach/wyborach prawo powinno przestać ich obowiązywać. ©℗