Od 1981 r., od czasu nakręcenia komedii ,,Miś”, wiele się zmieniło – nie tylko politycznie i gospodarczo. Pojawił się także internet. Zaczęto więc zadawać pytania o to, czy rozrastająca się sieć ma wpływ na postrzeganie władzy i rządzących przez obywateli.

Odpowiedzi wcale nie są jednoznaczne. Optymiści, do takich zaliczają się m.in. Larry Diamond (Uniwersytet Stanforda) i Marc F. Plattner (International Forum for Democratic Studies), wskazują, że internet zapewnia dostęp do informacji, przez co podnosi świadomość społeczną dotyczącą działań decydentów. Z kolei pesymiści, m.in. Hunt Allcott (Uniwersytet Nowojorski) i Matthew Gentzkow (Uniwersytet Stanforda), podkreślają, że sieć w niebywały sposób ułatwia rozpowszechnianie fake newsów.

Dwaj ostatni badacze przyjrzeli się wyborom prezydenckim w USA w 2016 r. – i ocenili, że podczas kampanii przeciętny wyborca miał styczność z co najmniej jedną fałszywką (bywało, że nawet kilkoma), przy czym więcej z nich dotyczyło przyszłego zwycięzcy głosowania Donalda Trumpa niż Hillary Clinton.

Wpływ fake newsów na wynik wyborów zależy od ich skuteczności, a tą jest zmiana decyzji przez wyborcę. Allcott i Gentzkow ocenili, że jeden fake news ma „moc” jednej emisji telewizyjnego spotu i przekłada się na zdobycie setnych części punktu procentowego poparcia. Pesymiści wskazują też na inne negatywne konsekwencje działania internetu w obecnym kształcie, takie jak ułatwienie rozpowszechniania propagandy w reżimach, nadzór nad społeczeństwem czy nawiązanie kontaktu przez populistów z wyborcami.

Z kolei Karsten Müller (Uniwersytet w Princeton) i Carlo Schwarz (Uniwersytet Warwick), używając danych tylko dla Niemiec, podali, że coraz większa liczba postów umieszczanych na facebookowym profilu Alternative für Deutschland (AfD), zawierających elementy mowy nienawiści w stosunku do uchodźców, prowadzi do wzrostu aktów przemocy wymierzonych w przybyszów. Müller i Schwarz wykazali, że wpływ postów AfD na liczbę aktów przemocy przeciwko uchodźcom zanika w momencie awarii serwerów u dostawców internetu lub serwerów FB. A więc, konkludują, całkowity brak takich informacji zmniejszyłby liczbę ataków o kilkaset rocznie (w skali roku dochodzi do ok. 3 tys. incydentów).

Jednak wspomniane badania dotyczą pojedynczego kraju. Dlatego Sergei Guriev (Science Po), Nikita Melnikov (Uniwersytet w Princeton) i Ekaterina Zhuravskaya (Paris School of Economics) wykorzystali dane dla ponad 100 państw z lat 2007–2018 z uwzględnieniem kilkuset tysięcy respondentów.

Guriev, Melnikov i Zhuravskaya wskazują na trzy istotne wyniki badania. Po pierwsze – zwiększenie dostępu do sieci prowadzi do zmniejszenia zaufania obywateli do rządzących i instytucji. Jednocześnie pociąga za sobą wzrost świadomości co do występowania korupcji wśród decydentów. Po drugie – ten wpływ jest tylko wtedy istotny, gdy w internecie nie występuje cenzura. Z kolei wpływ ten jest szczególnie duży w przypadku, gdy cenzura dotyczy mediów tradycyjnych (telewizja, radio, gazety). Po trzecie – wykorzystując podpróbę dla 30 państw europejskich, wskazują, iż zwiększenie dostępu do sieci prowadzi do osiągnięcia lepszych wyników w wyborach przez partie populistyczne. Może to wynikać z faktu, że są w stanie w prostszy i szybszy sposób dotrzeć do niezadowolonych wyborców.

Jaki wniosek płynie z tych wszystkich badań? Dostęp do internetu ma dobre i złe strony i aby móc dokonać rzetelnej oceny, potrzeba dalszych badań. Miejmy nadzieję, że będą one tak samo ciekawe jak te przytoczone powyżej i że wykażą przewagę pozytywnych aspektów sieci nad negatywnymi. Bo lepsza od bijącego bałwochwalcze pokłony trenera Jarząbka jest filmowa sprzątaczka, która mówi o prezesie Ochódzkim: ,,Ten człowiek w życiu słowa prawdy nie powiedział!”.