Po konsultacjach rozporządzenia do ustawy prądowej energetycy wyliczyli, że na rekompensaty zabraknie ok. 6 mld zł . Planują pozwy wobec Skarbu Państwa – ustalił DGP.
O tym, że koszty ustawy prądowej są źle policzone, pisaliśmy w lutym. A tydzień temu możliwe pozwy sygnalizowała w DGP szefowa Forum Energii Joanna Maćkowiak-Pandera. Jak ustaliliśmy, na drogę sądową chce wejść m.in. PKP Energetyka. Ani spółka, ani jej właściciel, czyli CVC Capital Partners – zarejestrowany w Luksemburgu amerykański fundusz inwestycyjny – sprawy nie komentują.
CVC jest w Polsce znany z tego, że kontroluje sieć Żabka, a ostatnio również współpracuje z uczelnią o. Tadeusza Rydzyka. PKP Energetyka, jak pisaliśmy niedawno, pozostanie w prywatnych rękach ze względu na dobre relacje z USA. „Fakt” napisał, że w tej sprawie interweniowała amerykańska ambasador Georgette Mosbacher, która miała powiedzieć, że „mamy się od PKP Energetyka odczepić”. Nasi rozmówcy twierdzą, że w przypadku walki o rekompensaty spółka też może liczyć na wsparcie dyplomacji.
Reklama
Skąd w ogóle wziął się pomysł pozwów? Spółki obrotu energią obliczyły, że na zapisane w ustawie rekompensaty zabraknie ok. 6 mld zł. Ich zdaniem potrzeba łącznie 12 mld zł – chodzi o różnicę między ceną w ustawie (poziom z 30 czerwca 2018 r.) a ceną zakupu na Towarowej Giełdzie Energii. Ustawa przewiduje 4 mld zł na rekompensaty z funduszu różnicy cen (80 proc. ze sprzedaży dodatkowej puli praw do emisji CO2) oraz – jeśli to za mało – sięgnięcie po ok. 2 mld zł z obniżonej opłaty przejściowej.
– To nie jest tak, że do sądu pójdą firmy prywatne. Państwowe też będą musiały tak zrobić, bo obowiązuje je kodeks spółek handlowych. Niewystąpienie o rekompensowanie strat będzie działaniem na szkodę spółki – mówi nam jeden z menedżerów. – Energetyka ma 30 dni od wejścia w życie rozporządzenia na dostosowanie się do nowej rzeczywistości. Dopiero wtedy możemy złożyć wniosek o rekompensatę, a po decyzji o jej wysokości wystąpić do sądu. Miliardy złotych strat dla sektora są nie do udźwignięcia – dodaje inny.

Reklama
– Przez ostatnie trzy miesiące cała branża zajmuje się tym, jak czytać przepisy i przetrwać, a nie tym, jak rozwijać biznes. Ustawa jest nie do wdrożenia. Nawet prawnicy nie są zgodni co do jej interpretacji. A teraz przez dwa lata będziemy się sądzić ze Skarbem Państwa – słyszymy od energetyków. Oficjalnie jednak nikt nie chce o tym rozmawiać, bo przecież większość spółek obrotu to firmy kontrolowane przez Skarb Państwa. Enea, Energa, PGE i Tauron nie odpowiedziały na nasze pytania o ewentualne pozwy. Podobnie jak nadzorujące je Ministerstwo Energii oraz KPRM, którą także spytaliśmy o to, czy władza liczy się z zagrożeniem.
– W kontekście odpowiedzialności Skarbu Państwa ważną rzeczą jest oddzielenie rzeczywistej szkody, jaką poniosły spółki, od realnych możliwości jej procesowego dochodzenia. W polskim prawie domaganie się odpowiedzialności od Skarbu Państwa za wydanie aktu normatywnego musi być poprzedzone uzyskaniem prejudykatu, czyli orzeczenia, które potwierdzałoby bezprawność wydanego aktu – mówi DGP Jan Sakławski, radca prawny, partner w kancelarii Brysiewicz & Wspólnicy.
– Ostatecznie więc – mimo szczerych prób rządu uniknięcia konfliktu z Brukselą o ceny energii – okaże się, że nie da się tego zrobić. Sprawa może więc trafić do Trybunału Sprawiedliwości UE, a ten będzie musiał orzec, czy ustawa nie ogranicza zanadto uprawnień Urzędu Regulacji Energetyki – mówi mec. Tomasz Włostowski, partner zarządzający kancelarii EU Strategies w Brukseli. Bo np. poziom taryf dla odbiorców indywidualnych (jest ich 15 mln) zgodnie z prawem energetycznym powinien określać prezes URE, a nie ustawodawca.
Sakławski tłumaczy, że zaskarżenie ustawy prądowej będzie wymagało wszczęcia postępowania i uzyskania orzeczenia sądu. A to potrwa. Ale co do samego roszczenia, jego wyliczenie nie powinno nastręczyć trudności. Na początek będzie to różnica między przychodem planowanym na 2019 r. na podstawie stawek aktualnych dzień przed wejściem ustawy z 28 grudnia 2018 r. a sumą faktycznie uzyskanego przychodu oraz otrzymanej rekompensaty.
Do tego dochodzą koszty związane z obsługą nowych obowiązków i ewentualnie koszty dokapitalizowania w przypadku, gdy spółki musiały posiłkować się pożyczkami lub kredytami w celu przetrwania trudnego okresu. – W najtrudniejszych przypadkach, w których firmy spotkały się z koniecznością restrukturyzacji lub widmem upadłości, pojawiają się również roszczenia związane z tymi wydarzeniami – uważa Sakławski. Najgorszy scenariusz zakłada, że rekompensaty zostaną wypłacone, a przepisy prądowe finalnie przepadną w unijnym trybunale i trzeba będzie pieniądze zwracać. Energetyka szykuje już rezerwy na skutki ustawy prądowej (Energa i Tauron oficjalnie o tym poinformowały).
– Rozwiązania zaproponowane w projekcie rozporządzenia stanowią karę dla sprzedawców, którzy zabezpieczali zakupy dla klientów, a promują zachowania spekulacyjne, niebezpieczne dla rynku energetycznego – ocenia jeden z naszych branżowych rozmówców. W 2018 r. spekulacje doprowadziły do upadku kilku sporych sprzedawców niezależnych. Chodzi m.in. o GOEE (czerwiec), Corrente (lipiec), EcoErgię i Barton Energię (sierpień), Energię dla Firm, Energetyczne Centrum i Elektrociepłownię Andrychów (wrzesień). Setki tysięcy klientów tych firm zostało zmuszonych do rozliczania się według znacznie wyższych cenników wynikających z korzystania z usług dostawców rezerwowych. Nasi rozmówcy twierdzą, że to nie koniec upadłości. Zwłaszcza że firmy praktycznie zamroziły składanie ofert.
– W sytuacji, z jaką mamy do czynienia, inwestycje w energetyce, która będzie liczyć straty, będą też ryzykowne dla banków i podwykonawców. A to może sprawić, że inwestycje w nowe moce będą po prostu droższe – mówi nam jeden z energetycznych menedżerów. Zdaniem naszych rozmówców Skarb Państwa może jeszcze uniknąć pozwów, ponownie nowelizując ustawę prądową. Najlepszym rozwiązaniem byłoby rozdzielenie odbiorców indywidualnych oraz małych i średnich firm od dużego biznesu, który i tak uwzględnił wyższe ceny w swoich planach na 2019 r.