Autopromocja

Korycki: Elektrownie i budżet państwa mają pod wiatr

Łukasz Korycki, zastępca redaktora naczelnego
Łukasz Korycki, zastępca redaktora naczelnegoDGP
27 lutego 2013

Argumenty koncernów energetycznych są proste. Skoro nadzorca nie zgadza się na likwidację części naszych bloków energetycznych, bo uważa, że są one niezbędne do utrzymania ciągłości energetycznej (czyli mają gwarantować, że w razie gwałtownego wzrostu zapotrzebowania na energię w kraju nie zapadną egipskie ciemności), to niech państwo do nich dopłaci.

Bo duża część z nich jest obecnie nierentowna. Spowolnienie gospodarcze ograniczyło popyt na prąd ze strony przedsiębiorstw, cena krajowego węgla jest wysoka, bloki pracują na pół gwizdka, a utrzymanie ich, zwłaszcza tych starszych, kosztuje. Wiatr w oczy, i to dosłownie, bo do wymienionych już problemów dochodzi jeszcze kłopot z wiatrakami. W myśl unijnych przepisów część energii produkowana w krajach członkowskich musi być zielona, czyli ze źródeł ekologicznych, np. wiatraków. Na domiar złego jeśli wiatr akurat wieje, to dystrybutor ma obowiązek puszczać do sieci energię z wiatru. W przypadku każdego innego towaru można by go zmagazynować, ale prądu się nie da. Więc przy ograniczonym popycie część bloków węglowych nie jest w danym momencie potrzebna.

Nie pałam specjalną miłością do energetyków. Pamiętam dobrze, że jest to grupa, która zawsze w bardziej czy mniej jawny sposób potrafiła sobie coś z władzami wynegocjować. Wspomnieć można choćby wywalczenie przez część firm przed laty kontraktów terminowych (tzw. KDT-ów) na odbiór energii. Zostały one zresztą zakwestionowane ostatecznie przez Brukselę jako niedozwolona pomoc publiczna, ale rekompensaty w związku z ich likwidacją koncerny i tak dostały.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png