Efekt był taki, że publiczne uczelnie jak ognia bały się współpracy z prywatnymi firmami, nawet gdy te jak opętane waliły do ich drzwi, pokazując worki wypchane pieniędzmi. Nieraz drzwi po cichu się otwierały, ale wtedy obie strony wolały przekazywać sobie worki i wiedzę pod stołem, drżąc na samą myśl o tym, że ta współpraca mogłaby wypłynąć na światło dzienne. Zmieniło się to dosłownie przed chwilą.

Trzeba było spowolnienia gospodarczego, bezrobocia wdrapującego się na kolejne szczyty (szczególnie wśród absolwentów wyższych uczelni) i mnóstwa porażek w modnej ostatnio dyscyplinie pt. innowacyjność, aby obie strony wreszcie zrozumiały, że działają na jednym, tym samym biegunie i we wspólnym celu. W końcu dokonały coming outu i oświadczyły: jesteśmy razem. I błogosław im Boże i Polsko na tej wspólnej drodze życia.

Bo prawda jest taka, że w dobie technologicznego wyścigu zbrojeń biznes nie ma szans utrzymać się przy życiu bez wsparcia ze strony nauki. Same uczelnie zaś nie mają co marzyć o rozwoju, dobrej renomie i wysokim standardzie nauczania, jeżeli będą poprzestawały na tym, co dostają od państwa. Bo państwo daje im tylko niezbędne minimum, a w dzisiejszych czasach minimum oznacza cofanie się w rozwoju.

Marzymy o gospodarczej rewolucji, ekonomicznym dobrobycie, społecznym spokoju. To wszystko zaczyna się właśnie w tym miejscu – na styku nauki i biznesu. W pierwszym etapie współpracy biznes daje pieniądze, a nauka – know-how i zaplecze kadrowe. W drugim to know-how i kadry zaczynają przynosić pieniądze biznesowi. Firma ma ich coraz więcej, więc coraz hojniej dzieli się nimi z uczelnią, która tworzy w ten sposób jeszcze lepsze know-how i jeszcze lepiej kształci przyszłych pracowników. Na tym właśnie polega innowacyjność i budowanie lepszej przyszłości. I od tego powinniśmy byli zacząć 20 lat temu.