Wiele razy mówiłam bliskim, że czuję się jak jakiś laboratoryjny zwierzak. Świnka w klatce, na której ktoś przeprowadza eksperymenty. Ci, co wcielili reformę edukacji w życie, tak mnie potraktowali.
Najpierw egzamin ósmoklasisty i gimnazjalisty. Następnie wędrówki ludów przy przenoszeniu papierów do wybranej szkoły średniej. W atmosferze strachu, że oto do rywalizacji staje nie jeden, ale trzy roczniki uczniów, a w konsekwencji nie dla wszystkich wystarczy miejsc. Wcześniej czekanie na to, co przyniesie strajk nauczycieli i czy egzaminy w ogóle się odbędą. Nie wspominając o trwającym od prawie dwóch lat zamieszaniu związanym z wygaszaniem gimnazjów i wydłużaniem podstawówek do ośmiu lat.
Magazyn 5 lipca 2019 / Dziennik Gazeta Prawna
To, nad czym dyskutują politycy, nauczyciele i rodzice (słowem: dorośli), dzieci testują na własnej skórze. Dlatego spytaliśmy je, jak ostatnie wydarzenia w edukacji wyglądają z perspektywy osób najmniej dopuszczanych do głosu. Obraz, jaki się z tych rozmów wyłania, nie jest smutną relacją z pola bitwy. Owszem, są tu strach, niepewność, walka o najlepsze miejsce w szkole oraz różne taktyki, by ten cel osiągnąć. – Smutne, że dorośli zafundowali nam wyścig szczurów – mówią.

Emil Węcławek absolwent ósmej klasy szkoły podstawowej we Wrocławiu, rocznik 2004

Z tymi egzaminami było tak, że jedni politycy nas straszyli, inni uspokajali. Na szczęście jestem typem, którego trudno zdenerwować. Uznałem, że to egzamin jak każdy inny. Skoro tak, to trzeba po prostu go zdać. Myślę, że jeśli nie olało się całego roku, to zwykła powtórka w zupełności wystarczyła.
Miałem wszystko starannie przemyślane, przynajmniej od poprzednich wakacji. We Wrocławiu jest technikum spedycyjne. To kierunek dla mnie. W przyszłości będę się zajmował organizacją transportu, sprzedażą. Zdobędę tę samą wiedzę co w liceum, a do tego konkretny zawód. Gdy opowiedziałem o tym pomyśle rodzinie, reakcje były różne. Mama od początku mnie wspierała, ale niektórzy marudzili, że technikum to coś gorszego niż liceum. Ja jednak wolę robić to, co chcę, a nie to, co inni mi sugerują. Mam już zaklepane miejsce w technikum i zamiast się stresować, śpię spokojnie. Kiedy inni w nerwach usiłowali przerobić ostatnie trzy lata nauki w trzy tygodnie, ja rozwijałem swoje pasje, działałem w harcerstwie. I to był dla mnie sposób na wyciszenie się. Zamiast słuchać wiadomości o brakujących tysiącach miejsc w szkołach, organizowałem spotkania harcerskie, zbiórki pieniężne. No i uczyłem młodszego kolegę jazdy na rowerze. Chłopak śmiga, aż miło.

Liliana Wójcik absolwentka gimnazjum społecznego w Karczemkach k. Gdyni, rocznik 2003

To był najbardziej stresujący rok w moim życiu. Gdy człowiek chce się dostać do dobrej szkoły, musi poświęcić sporo czasu i sił. Nauczyciele nie dali rady przerobić z nami całego materiału. A to oznacza, że wiele pracy czekało mnie w domu. Zresztą nie tylko mnie. Inni też wstawali codziennie o 5 rano, uczyli się dwie godziny, potem szli do szkoły. Po lekcjach siedzieli w domu nad książkami do 23, czasem dłużej. Do tego dochodziły zajęcia dodatkowe, niemal każdy z moich znajomych na nie chodził. Ja miałam dwa razy w tygodniu powtórki z polskiego.
A potem były egzaminy, które poszły mi bardzo dobrze. W zasadzie więc wysiłek się opłacił, chociaż… Teraz czuję się jak rekonwalescent. Gdy było po wszystkim, to nie tylko ja, ale też wielu moich kolegów wylądowało u lekarza. Badania pokazały, że mamy bardzo niski poziom żelaza i oznaki wyczerpania organizmu. To dlatego, że niektórzy z nas pili litry kawy, by nie usnąć nad książkami, innych zjadł stres. Choć wiem, że mogło być dużo gorzej, bo niektórzy sięgali po znacznie mocniejsze wsparcie.
Smutne, że dorośli tyle mówią o walce z wyścigiem szczurów, a sami nam zafundowali coś takiego. Doprowadzili do sytuacji, że w jednym roku do liceów ruszyły nawet nie dwa, tylko trzy roczniki uczniów. Pamiętam, jak pojawiła się plotka, że może zabraknąć kilku tysięcy miejsc. Niektórzy przestali się do siebie uśmiechać. Bo kolega z ławki stał się konkurentem.
Najważniejsze, że to już za mną. Teraz chcę w końcu pójść do mojego wymarzonego VI LO w Gdyni, do klasy biologiczno-chemicznej. A potem? Potem będę zdawać na medycynę.

Wiktoria Komor absolwentka ósmej klasy szkoły podstawowej w Warszawie, rocznik 2004

Ja się jeszcze nie odnalazłam po tym koszmarze. Miałam noce, kiedy zamiast spać – płakałam. Wymarzyłam sobie technikum elektroniczne im. Marcina Kasprzaka. Egzaminy poszły mi nie najgorzej. Mam więc spore szanse, tym bardziej że na jedno miejsce w tej szkole jest tylko 15 chętnych. Tak, tylko, bo w innych szkołach jest znacznie gorzej.
Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby nie rodzice. Bo poza nimi wszyscy dorośli przez ostatnie trzy lata tylko mnie straszyli, potęgując chaos. Nauczyciele w starej szkole, politycy w telewizji. Zakodowałam sobie, że jak się nie postaram, to inni zmiotą mnie razem z moimi planami na przyszłość.
To dlatego cała rodzina chciała mi pomóc. Mama opłaciła zajęcia dodatkowe. Dzięki temu miałam każdy dzień zaplanowany od rana do wieczora. Trzy razy w tygodniu korepetycje z matematyki, dwa razy z angielskiego, raz z niemieckiego. Miałam też lekcje koreańskiego. Do egzaminu się nie przydały, ale po prostu chcę się uczyć tego języka. Na te wszystkie zajęcia poszło pewnie tyle pieniędzy ile na wakacje w tropikach…
Pewnie byłoby łatwiej, gdybym miała dodatkowe punkty za czerwony pasek. Ale zabrakło mi dwóch piątek. Bardzo chciałam poprawić oceny, ale nauczyciele rozpoczęli strajk. Z kilku dni zrobiły się tygodnie. A potem musiałam pojechać do szpitala. Więc z poprawek nic nie wyszło. Dodatkowo na świadectwie znalazły się niektóre oceny z szóstej klasy, m.in. z techniki. Czyli sprzed dwóch lat, kiedy jeszcze naprawdę byłam dzieckiem. I nie przypuszczałam, że haft krzyżykowy, którego uczyłam się na lekcji, może mieć wpływ na moje dalsze losy.
Ne egzaminach polski poszedł mi nieźle, na matematyce zjadł mnie stres. Rodzice mówią, że są ze mnie dumni bez względu na to, co się wydarzy.

Emilia Trzcińska absolwentka ósmej klasy szkoły podstawowej w Warszawie, rocznik 2004

Postawiłam na liceum im. Stefana Czarnieckiego, bo to najlepsza szkoła w Warszawie ucząca hiszpańskiego. Do tego ma klasę o profilu psychologiczno-pedagogicznym, a ja zamierzam studiować psychologię. Myślę, że mam nie najgorszy pomysł na siebie w przyszłości i chcę to konsekwentnie realizować. Pomaga mi w tym mój trudny charakter. Właściwie to dzięki niemu przetrwałam ostatnie dwa lata. Jestem zaciekła. Postanowiłam, że będę miała czerwony pasek na świadectwie w ósmej klasie i… udało się!
Wszyscy się do tego przyłożyli. Mama, wujek, babcia i ojczym, który niezmordowanie przygotowywał mnie z przedmiotów ścisłych. Chociaż przyznam, że początkowo to pomaganie nie szło im najlepiej. Straszenie, że jak się nie przyłożę, to trafię do złej szkoły, działało na mnie paraliżująco. Szybko się ogarnęli i zmienili taktykę. Pomagali odrabiać lekcje, a gdy nie było wyjścia – znaleźli korepetytorów. Chodziło przede wszystkim o matematykę, z której orłem nigdy nie byłam.
Wiele razy mówiłam bliskim, że czuję się jak jakiś laboratoryjny zwierzak. Świnka w klatce, na której ktoś przeprowadza eksperymenty. Ci, co wcielili reformę edukacji w życie, tak mnie potraktowali. Należę do rocznika, który nagle się dowiedział, że spędzi w podstawówce nie sześć, tylko osiem lat. Ja byłam nastawiona na gimnazjum. Myślałam, że będzie dla mnie wstępem do liceum, łącznikiem między jedną szkołą a drugą. A potem, na chwilę przed egzaminem ósmoklasisty, okazało się, że może się on nie odbyć. Nauczyciele rozpoczęli strajk. Pamiętam, że siedziałyśmy u babci w domu przed telewizorem i śledziłyśmy te informacje. Babcia jest zwykle spokojną osobą, jednak wtedy zdarzyło jej się przekląć. Nie, nie odbieram nikomu prawa do strajku, ale przez to całe zamieszanie atmosfera do nauki bardzo się popsuła. I w niektórych pedagogach więcej było złości, zniechęcenia i smutku niż chęci pomocy nam w przygotowaniu do egzaminów.
Wiem, że niektórzy się zastanawiają, kto w tym zamieszaniu wypadł gorzej: my czy gimnazjaliści. Myślę, że jako ósmoklasiści wygraliśmy, bo zamiast totalnej powtórki mieliśmy tylko trzy egzaminy.

Antek Kwaśniak absolwent dwujęzycznego warszawskiego gimnazjum, rocznik 2003

Miałem taktykę rozłożoną na całą trzecią klasę gimnazjum. Chodziło o to, żeby zebrać jak najwięcej dodatkowych punktów. Dlatego już na początku zeszłych wakacji zacząłem się przygotowywać do konkursów kuratoryjnych. To był mój pomysł na to, by zaoszczędzić sobie nieco stresu i złapać przewagę nad innymi. Postawiłem na historię i wojskowość. Do tego doszły punkty za wolontariat w Muzeum Wojska Polskiego. Łącznie uzbierałem ich 18.
Przez podwójny rocznik i tłum ludzi szturmujących szkoły trzeba być cały czas czujnym. Nawet teraz trzeba być, choć już po egzaminach. Wyliczyłem na przykład, że łącznie powinienem mieć 170 punktów. Gdy jednak kilka dni temu wszedłem na swój profil w systemie rekrutacyjnym, okazało się, że 3 punkty gdzieś wcięło. Pojechaliśmy więc z mamą do szkoły pierwszego wyboru. Okazało się, że system komputerowy zakwalifikował mi automatycznie udział w konkursie kuratoryjnym do innej kategorii.
Na pierwszym miejscu mojej listy marzeń jest warszawski Witkacy, ale tam mogę się nie dostać, choć zdobyłem sporo punktów. Prawdopodobnie pójdę do liceum im. Jarosława Dąbrowskiego i też będę z tego powodu bardzo zadowolony. Wymarzyłem sobie klasę o profilu humanistycznym.
Teraz staram się już zapanować nad stresem, który jeszcze kilkanaście dni temu był ogromny. Świadomość tych tysięcy ludzi, większej konkurencji… Kończyłem gimnazjum w klasie dwujęzycznej. Z 28 osób tylko trzy nie wyszły na koniec roku po odbiór świadectwa z czerwonym paskiem. Tu wszyscy byli bardzo dobrzy lub świetni. Do tego zauważyłem, że pojawił się lans na szkołę. Odpowiedź na pytanie, co wziąłeś na szkołę pierwszego wyboru, była sposobem na jawną przechwałkę.
Czego mi zabrakło w tej sytuacji? Tego, by politycy zostawili gimnazja w spokoju. Jestem szczęśliwy, że mogłem chodzić do takiej szkoły. Podstawówka, owszem, była fajna. Ale to w gimnazjum nauczyciele pomogli mi rozwijać pasje, dorosnąć, trochę zmądrzeć, a na pewno inaczej patrzeć na naukę. Dlatego kompletnie nie rozumiałem zarzutów w stylu, że „gimbaza to zło”, systemowa pomyłka. Przeciwnie. Przejrzałem np. podręczniki do siódmej i ósmej klasy mojej młodszej siostry. Były niezbyt udaną kopią moich szkolnych książek. Dla mnie to dowód na to, że całą tę reformę przygotowywano w zbyt dużym pośpiechu.

Gabriel Rambaldi absolwent dwujęzycznego warszawskiego gimnazjum, rocznik 2003

Jasne, przejmowałem się egzaminami, ale postanowiłem, że nie będę się napinał. Robiłem więc to, na co miałem wpływ. Uczyłem się, bo w końcu chodzi o moją przyszłość. Postawiłem też na wolontariat, a ponieważ historia i militaria są moją pasją, godziny spędzone w Muzeum Wojska Polskiego były przyjemnością.
Gdy wystartowały rejestracje, system się zawieszał, serwery nie wytrzymywały. Ale co się dziwić? W gimnazjum, do którego chodziłem, było 17 klas trzecich. Nagle wszyscy ruszyli się rejestrować. Do tego doszli absolwenci klas ósmych. Mam wrażenie, że oni byli faworyzowani. Ich egzaminy były łatwiejsze od naszych. Nawet nie chodzi o to, że było ich mniej, ale o treść zadań i poleceń. Myślę, że chodziło o znalezienie usprawiedliwienia dla reformy. Pokazanie, że gimnazjaliści są gorsi, głupsi.
Chaos organizacyjny był mocno wkurzający. Każdy mógł się zarejestrować do dowolnej liczby szkół. I tak np. do klasy, którą wybrałem jako pierwszą, jest kilkadziesiąt osób na jedno miejsce. Ja zaznaczyłem w systemie 12 szkół. Ale mam znajomych, którzy wybrali kilkadziesiąt pozycji. Byli i tacy, którzy w jednym liceum zaznaczali wszystkie klasy: od biologiczno-chemicznej, po tę o profilu humanistycznym. Dla mnie to przejaw desperacji. Strach napędzany myśleniem, że wyląduje się na obrzeżach miasta albo w zawodówce, zmuszał ludzi do dziwnych zachowań.
A wystarczyło, by dorośli zaczęli wdrażać swoje plany na spokojnie, by wstrzymali się rok. Tak, by gimnazjum spokojnie wygasło, a kolejne roczniki szły ze świadomością, jaką szkołę zaczynają, jaką kończą.
Postawiłem na liceum im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego. Czego oczekuję po szkole? Że mnie przygotuje do matury i do życia. Mam nadzieję, że w najbliższych trzech latach nikt nie wpadnie na pomysł, by zreformować i ten egzamin.

Karolina Daniluk absolwentka dwujęzycznego warszawskiego gimnazjum, rocznik 2004

W ostatnim roku wzbogaciłam się o tony notatek, stosy kartek pełnych podkreśleń, zaznaczeń i kolorowych fiszek. Najbardziej zależało mi na tym, żeby dobrze wypaść z historii. To mój ulubiony przedmiot i wymarzyłam sobie klasę w liceum im. Mikołaja Reja o takim właśnie profilu. Na niej się skupiłam, a tych kolorowych notatek nauczyłam się niemal na pamięć. Strategia się opłaciła. Egzamin poszedł mi naprawdę dobrze.
Stres? Był głęboko we mnie. A im mocniej wyłaził, tym bardziej stawałam się nieznośna dla rodziców. Myślę, że nieźle im dopiekłam. W zamian zafundowali mi zajęcia z matematyki, która nie jest moją mocną stroną. Czy coś dały? Nie wiem. Na pewno nieco mnie uspokoiły…
W gimnazjum miałam genialną panią od geografii. Pamiętam, że w pierwszej klasie mnie przerażała, wydawała się potwornie wymagająca. Nauczyła mnie jednak systematyczności, poza tym na każdej lekcji opowiadała z taką pasją, że wszyscy siedzieliśmy wsłuchani. Całą trzecią klasę bardzo się starałam, ale za każdym razem coś mi nie wychodziło. Na koniec roku dostałam jednak piątkę, która nie do końca wypadała mi z ocen. Pani od geografii powiedziała, że widziała, jak się staram. To była jej nagroda dla mnie. Taka była nasza szkoła.
W ostatnich tygodniach najbardziej pomogła mi świadomość, że nie jestem sama. Z moją przyjaciółką Polą sporo się razem uczyłyśmy. Ona tłumaczyła mi chemię i fizykę, ja opowiedziałam jej historię od starożytności do dziś. Razem doszłyśmy do wniosku, że nie ma co słuchać gadania o większej konkurencji, zamieszaniu. Zmiany będą zawsze. Może za kilka lat ktoś uzna, że gimnazja były dobre, i przywróci je do życia? Teraz padło na nasz rocznik i tyle. Zresztą, co by to zmieniło, gdyby uczniowie zaczęli protestować? Nikt by nas nie wysłuchał, nikt nie wziął poważnie.
Mam natomiast nieco żalu, że w wielu liceach przewidziano więcej klas dla absolwentów podstawówek niż dla nas. I te dla nas są dość typowe: biol-chem, mat-fiz, human i ogólna. Dla ósmoklasistów oferta jest ciekawsza. Są np. klasy o profilu filozoficznym, filmowym. I to często pod jednym szkolnym dachem.

Pola Pajewska absolwentka dwujęzycznego warszawskiego gimnazjum, rocznik 2004

Powtórzyć wiedzę z ośmiu przedmiotów to był potworny wysiłek. W nauce pomogła mi przyjaciółka, Karolina. Czasem siedziałyśmy razem w pokoju, każda z nosem w swoich książkach. Innym razem łączyłyśmy się zdalnie, za pomocą komunikatora w komputerze. Potrafiłyśmy tak milczeć, czytając podręczniki. I tylko co jakiś czas jedna rzucała okiem na drugą. Ta świadomość, że nie jesteśmy same, działała kojąco. Postanowiłyśmy, że przejdziemy przez egzaminy razem. Nie chodzi tylko o naukę. Wymieniałyśmy się też rankingami i zdobytą wiedzą o danej szkole. Byłyśmy dla siebie wsparciem. I dziś sukcesem są nie tylko zdane egzaminy, ale też to, że nasza przyjaźń przeszła test zafundowany przez reformę. Nie każdy go zaliczył. „Ile dostałeś punktów?”, „Gdzie złożyłeś papiery?”, „Zakwalifikowałeś się?”. To były bardzo trudne pytania. Ludzie się kłócili, bo rywalizacja oraz niepewność robiły swoje.
Wybór szkoły był strategiczną decyzją. Na podstawie wyników egzaminów i punktów za świadectwo, wolontariat czy udział w konkursach każdy mógł wyliczyć swoje orientacyjne szanse. Z kolei szkoły, analizując wyniki testów, ich poziom, liczbę chętnych, ustalały własny próg dostępności. Niektórzy uznali, że rejestrując się w systemie, wpiszą w pierwszej dziesiątce najlepsze szkoły w mieście. Liczyli na to, że do którejś się dostaną. Ale to tak nie działa! Ważne są trzy, góra cztery pierwsze wybory. Te na dalszych miejscach mają coraz mniejsze znaczenie. Mam znajomego, który zarejestrował się w 85 szkołach. Nie wiem, na co on liczy. Ja natomiast wiem, na co liczę – na liceum im. Bolesława Prusa.

Hania Kowalska absolwentka ósmej klasy szkoły podstawowej w Warszawie, rocznik 2005

Postanowiłam, że nie ulegnę presji i nie zamknę się w pokoju na tydzień przed egzaminami. Cały rok się uczyłam i uznałam, że nagły zryw w niczym nie pomoże. Dobrze wyszło. Zdobyłam 188 punktów. Były w tym też punkty za pracę w bibliotece publicznej. Myślę, że punkty za wolontariat to fajny pomysł, bo mobilizuje do pomagania.
Moja klasa w podstawówce nie była szczególnie zgrana, ale ta sytuacja nas zbliżyła. Ludzie zaczęli ze sobą rozmawiać. Ruszyła giełda szkół i klas. Która jest lepsza, ciekawsza? To, co miało nas dzielić, zaczęło łączyć. Nie patrzyliśmy na siebie jak na konkurencję. Bardziej jak na źródła informacji. A już szczególnie oblegane były osoby ze starszym rodzeństwem. Na przykład ja, bo mam siostrę, która skończyła właśnie pierwszą klasę liceum. To ona przedstawiła mi Witkacego w takim świetle, że postanowiłam, że muszę spróbować. Podoba mi się to, że nie trzeba tam od razu wybierać profilu klasy. Jedyne, o czym decyduje się na starcie, to główny język obcy. Poza Witkacym zaznaczyłam w systemie jeszcze sześć szkół, w niektórych po dwie klasy. Łącznie 11 miejsc. To nie jest dużo, bo w klasie miałam koleżankę, która wpisała 48 pozycji.
Co do samych egzaminów to były proste. Podejrzanie proste. Siedząc w ławce, patrzyłam na arkusze sprawdzianu z matematyki i zastanawiałam się, czy to już wszystko, czy na pewno nie pominęłam jakiejś strony. A może jest w zadaniach jakiś haczyk? Postanowiłam jednak zaufać sobie i dostałam 100 proc. (średnia krajowa nie przekroczyła 50 proc.).

Anna Kwaśniak absolwentka ósmej klasy szkoły podstawowej, rocznik 2005

Oprócz tego, że do liceum idą absolwenci ósmych klas i gimnazjów, to jeszcze są tu ludzie z różnych roczników: 2003, 2004 i 2005. W efekcie pierwszą klasę szkoły średniej zaczniemy teraz ja i mój o dwa lata starszy brat. On poszedł do szkoły jako siedmiolatek, ja jako sześciolatka. Różnią nas jedna szkolna klasa i dwa lata w kalendarzu.
„Jak wam nie pójdzie, to stracicie szansę na dobrą szkołę”. Tak, nauczyciele trochę nas straszyli. Myślę jednak, że intencje mieli dobre. Próbowali nas zmotywować najlepiej, jak potrafili.
W ósmej klasie skoncentrowałam się na poprawianiu ocen, bo za czerwony pasek dostawało się 7 punktów. Ostatnie dwa miesiące przed egzaminami chodziłam na kursy przygotowujące. To były sobotnie pięciogodzinne maratony. Połowa czasu na język polski, druga połowa – na matematykę. Powtórka programu od 6. klasy.
Pamiętam moment, gdy siedziałam już w ławce. Nagle pani powiedziała: „Za minutę zaczynamy”. Wtedy do mnie dotarło, że to się dzieje naprawdę. Gdy otworzyłam kopertę, zobaczyłam, że pytania są dużo prostsze, niż się spodziewałam. To nie tylko moja opinia. Z egzaminu z angielskiego wiele osób wychodziło po niespełna 30 minutach. Godzinę przed końcem. Ja dostałam 97 proc. i nie był to jakiś szczególny wysiłek dla kogoś, kto uczył się w klasie językowej.
Na pierwszym miejscu mam liceum im. gen. Maczka. Zaznaczyłam tam klasę o dość nietypowym profilu: WOS z geografią. Łącznie zarejestrowałam się w 10 miejscach, w pięciu szkołach po dwie klasy. Ci, którzy wpisywali ich dużo więcej, przyczyniali się do powstania zamieszania. Na liście do mojej klasy pierwszego wyboru jest 380 chętnych. A miejsc w klasie – 16. Wiele z tych osób zaznaczyło ją na wszelki wypadek. To kompletnie nieprzemyślany plan B. Dlatego żałuję, że nikt nie pomyślał, by wprowadzić ograniczenie, np. do 10 szkół. To by trochę urealniło kolejki. Jednocześnie zaznaczenie tylko dwóch szkół w sytuacji, gdyby nie zdało się do żadnej, mogłoby oznaczać, że człowiek wypada z systemu i trafia do rekrutacji uzupełniającej.
Przyznaję, że wybierając klasę i profil, trochę improwizowałam. Rodzice mówili: „Postaw na to, w czym się najlepiej czujesz”. Tak zrobiłam. Jednak nie wiem jeszcze, jakie studia wybiorę. Mało który z moich znajomych to wie. Gdybym miała jeszcze rok na zastanowienie się, może wybrałabym lepiej, bardziej świadomie.