Urzędnicy mówią, że są bezradni. To samo słychać w schroniskach.
Reklama
– Dotąd wydawaliśmy 150 obiadów. Teraz stać nas będzie tylko na 30 posiłków dziennie dla ludzi w schronisku. Ci, którzy przyjdą do nas z ulicy, już go nie dostaną. Miałam 3 zł na dzienne wyżywienie, ale będę musiała zejść z tej kwoty – mówi Elżbieta Żukowska-Bubienko, szefowa Stowarzyszenia „Ku Dobrej Nadziei”, które w Białymstoku prowadzi ogrzewalnię, noclegownię i schronisko. Miasto oszczędza i zamierza przeznaczyć ok. 700 tys. zł mniej na walkę z bezdomnością. „Budżet Białegostoku na 2020 r. to plan wielkich liczb, ale małych możliwości” – czytamy w oświadczeniu urzędu miasta. Jest tam tłumaczenie, że cięcia dotknęły różnych dziedzin.
– Zwolnienia dotkną osoby zatrudnione w kuchni oraz asystentów osób bezdomnych, którzy pomagali im wyrabiać dowody osobiste, szukać pracy, dojechać do urzędu. Noclegownie będą otwarte tylko w nocy, bo trzeba będzie zmniejszyć liczbę opiekunów – ocenia Elżbieta Żukowska-Bubienko.
Taka sytuacja ma miejsce także w innych gminach. Klaudiusz Majtka, kierownik schroniska im. św. Brata Alberta w Pabianicach, wylicza: 120 tys. na prowadzenie jadłodajni przez 12 miesięcy (to o 80 tys. mniej niż przed rokiem) i 100 tys. na kwartał na noclegownię. Tak wycenił swoje możliwości tamtejszy urząd miasta, rozpisując otwarty konkurs ofert.
– Przy takich wycenach trzeba będzie radykalnie zmniejszyć działalność, brakuje mi 48 tys. zł, by domknąć projekt – nie kryje rozgoryczenia. Przypomina, że to gmina powinna zapewniać pomoc osobom bezdomnym. Może ją scedować na organizacje pozarządowe, ale zapewniając środki na działanie. – Tymczasem od kilku lat nie udałoby mi się przetrwać bez żebrania u ludzi, bez odliczeń z 1 proc. W niesieniu pomocy nie ma żadnej systemowej gwarancji. Raz miasto zabezpiecza środki na rok, raz na kwartał – ocenia. Sami urzędnicy tłumaczą nieoficjalnie, że są bezradni, bo miasto w obliczu podwyżek, w tym rosnącej płacy minimalnej, nie ma wyjścia.
Bogate gminy bronią się, że robią, co mogą. „Systematycznie zwiększamy przeznaczone na ten cel kwoty – z ok. 6 mln zł w 2008 r. do blisko 16 mln w roku bieżącym” – to informacja z warszawskiego urzędu miasta.
Ale, jak przekonują organizacje pozarządowe, to dobrze wygląda tylko na papierze.
– To pieniądze na obsługę wszystkiego: noclegowni, łaźni, jadłodajni, punktów pomocy, street workingu, schronisk, schronisk z usługami specjalistycznymi, mieszkań treningowych – wylicza Adriana Porowska z Kamiliańskiej Misji Pomocy Społecznej.
Na 1428 miejsc zapewnianych przez Warszawę w placówkach dla osób bezdomnych 392 to miejsca w schroniskach z usługami opiekuńczymi. Sami urzędnicy przyznają, że „liczba ta nie jest wystarczająca, zwłaszcza że tylko ok. 1/3 z nich jest dostępna dla osób niepełnosprawnych ruchowo”.
Brakuje środków na modernizację placówek i tworzenie nowych. A rozporządzenie resortu rodziny narzuca konkretne standardy dotyczące noclegowni i schronisk. Na wprowadzenie zmian został rok. Chodzi m.in. o powiększenie przestrzeni na jednego podopiecznego i zatrudnienie większej liczby pracowników. – Zgodnie z nowymi wytycznymi opieka nad chorymi bezdomnymi nie może funkcjonować bez profesjonalnych opiekunów medycznych i pielęgniarek. Tymczasem są placówki, które od miesięcy bezskutecznie szukają ludzi do pracy – mówi Renata Trzeszczak, kierownik schroniska z usługami opiekuńczymi w Warszawie.