Dyskusja wokół tego, czy administracji samorządowej i centralnej potrzebne są gabinety polityczne, trwa od ponad roku, gdy posłowie Kukiz’15 wnieśli do Sejmu projekt nowelizacji ustawy o pracownikach samorządowych (druk 247). Przypominali jednocześnie, że jeszcze kilka lat temu PiS wychodził z podobnymi postulatami.

Z uzasadnienia do projektu wynikało, że jego efektem będzie likwidacja gabinetów funkcjonujących na szczeblu samorządowym, przy wójtach, burmistrzach, prezydentach miast, starostach i marszałkach województw oraz na szczeblu centralnym. Kukiz’15 posłużył się wtedy dość swobodnymi wyliczeniami. „Według naszych ostrożnych szacunków, oszczędności dla budżetu państwa i jednostek samorządu terytorialnego wynikające z projektowanych przepisów przekroczą 500 mln zł w skali roku. Szacujemy, że gabinety polityczne zatrudniają w samorządach ponad 10 tys. osób (6,4 tys. w gminach do 20 tys. mieszkańców, 3,4 tys. w tych powyżej 100 tys. mieszkańców oraz w powiatach i ok. 400 osób w pozostałych gminach i województwach)” – argumentowali wnioskodawcy.

Cięcie na niższym szczeblu

Pod koniec lutego pojawiło się sprawozdanie połączonych komisji sejmowych, które zajmowały się tym projektem. Werdykt był jasny – należy go odrzucić.

Z naszych nieoficjalnych ustaleń wynika, że kością niezgody była próba likwidacji gabinetów na szczeblu centralnym. Nie chciały tego ani PiS, ani PO. – Wygląda na to, że w tej sprawie powstał jakiś magiczny sojusz między obu partiami – ironizuje Andrzej Maciejewski z Kukiz’15, przewodniczący sejmowej komisji samorządowej.

Ugrupowanie Pawła Kukiza nie składa broni. Do Sejmu trafił nowy projekt nowelizacji ustawy o pracownikach samorządowych (druk 1324), który likwiduje stanowiska doradców i asystentów wyłącznie na szczeblu samorządowym, zostawiając w spokoju gabinety w administracji centralnej. – Robimy dogrywkę i mówimy „sprawdzam” partii rządzącej i opozycji. Będę dążył do tego, by komisja zajęła się tym projektem na najbliższym posiedzeniu, czyli jeszcze w marcu – zapowiada przewodniczący Maciejewski.

Udało nam się dotrzeć do pełnych wyników ankiety, którą dla parlamentarzystów przygotowało Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji (częściowo jest wykorzystana w projekcie ustawy). Udział w niej wzięło 1875 gmin, 246 powiatów oraz 15 województw. Wynik: na szczeblu gminnym i powiatowym tylko 14–16 proc. jednostek zatrudnia doradców i asystentów. Spośród województw 10 ma asystentów, a 11 – doradców. Ogólne wydatki na ten cel nie przekraczają 25 mln zł. „Samorządy w przekazanych informacjach uwzględniały również osoby, które były zatrudniane na kilka miesięcy, występowały także przypadki łączenia etatu asystenta lub doradcy np. z funkcją radcy prawnego” – zastrzega MSWiA.

Tak czy inaczej, wyniki ankiety podają w wątpliwość wcześniejsze wyliczenia Kukiz’15 dotyczące skali zatrudnienia tych osób oraz wydatków z tym związanych. Poseł Andrzej Maciejewski nie wydaje się tym przejęty. – Pojęcie „ankieta” jest mało uczciwe, bo jak zweryfikować informacje, które nadesłały samorządy? Gabinety polityczne są różnie definiowane przez lokalne władze. Często włodarze mają swoje dwory, dublują struktury, a jednocześnie tak naprawdę osoby doradzające prezydentom miast nie mają nawet pełnomocnictw do podpisywania dokumentów – stwierdza poseł.

PiS nie mówi „nie”

Czy tym razem partia Jarosława Kaczyńskiego poprze zmiany, które kiedyś sama postulowała? Poseł tego ugrupowania Jerzy Polaczek tego nie wyklucza, choć sam sugeruje uelastycznienie rozwiązań proponowanych przez Kukiz’15. – W mojej ocenie formuła zatrudniania doradców politycznych w małych gminach nie znajduje uzasadnienia. I tam można ich stanowiska zlikwidować. Na poziomie ok. 50 miast prezydenckich mamy do czynienia ze specyficznymi zadaniami inwestycyjnymi czy wręcz międzynarodowymi. Wówczas istnienie doradców może być racjonalne. Dlatego może warto zostawić możliwość zatrudniania tam takich osób. Z kolei w urzędach marszałkowskich aparaty urzędnicze są zdecydowanie za bardzo rozbudowane. Gdy kierowałem resortem infrastruktury pracowało w nim ok. 800 osób. A są urzędy marszałkowskie, które zatrudniają niemal dwukrotnie więcej ludzi. Dlatego tam doradcy czy asystenci są zbędni – przekonuje Polaczek.

Jeśli chodzi o szczebel centralny, to jego zdaniem zmian nie powinno się wprowadzać. – W aktualnym rządzie są ministrowie, którzy nie powołali gabinetów politycznych – wskazuje Jerzy Polaczek.

Samorządy są przeciw

Jakimkolwiek zmianom już teraz sprzeciwiają się lokalne władze. Zdaniem Grzegorza Kubalskiego ze Związku Powiatów Polskich projekt, tak jak poprzedni, w części dotyczącej samorządu jest niesłuszny. – Dziwi mnie odporność wnioskodawców na argumenty, które były im wcześniej przedstawiane. Nie wiem, jaki rzeczywisty cel chcą osiągnąć – stwierdza na wstępie.

Jego zdaniem nie zostało wykazane, że ludzie, którzy w samorządach są zatrudnieni jako doradcy i asystenci, nic nie robią. – Oni wykonują określoną pracę. Jeśli zlikwidujemy te stanowiska, zadania trzeba będzie zlecać komuś na podstawie umów cywilnoprawnych lub zatrudniać kogoś na stanowiskach urzędniczych. Dziś sytuacja jest czysta, tzn. doradcy pełnią swoją funkcję dopóty, dopóki włodarz jest na stanowisku. A jedyna różnica będzie polegała na tym, że owa osoba pozostanie „w spadku” dla kolejnego włodarza – przekonuje Kubalski.