Autopromocja

Czy rynek pracownika to już przeszłość i czekają nas zwolnienia grupowe?

wynagrodzenia zatrudnienie sierpień 2025 rynek pracy
Najpoważniejszym zagrożeniem dla stabilności zatrudnienia – jak i całej gospodarki – nie jest dziś rynek pracy, lecz stan finansów publicznychShutterstock
18 stycznia, 05:41
aktualizacja 29 stycznia, 22:41

Od 20% bezrobocia do walki o ręce do pracy – polski rynek przeszedł rewolucję. Czy nadchodzące zwolnienia grupowe to powód do paniki, czy naturalna korekta? Dr Marcin Mrowiec wyjaśnia, dlaczego prawdziwe zagrożenie dla Twojego etatu leży poza rynkiem pracy.

Koniec ery taniej pracy w Polsce

W ostatnich dwóch dekadach Polska doświadczyła skrajnie różnych realiów rynku pracy. Początkowo obserwowany był wyjątkowo silny „rynek pracodawcy”. Bezrobocie sięgało średnio około 20 proc., a w niektórych regionach przekraczało nawet 30 proc. Praca była tania, a zdobycie zatrudnienia wymagało dużego wysiłku i często zgody na bardzo niskie wynagrodzenie.

Gdzie kończy się „rynek pracownika”? Te branże mają pod górkę

Dziś sytuacja jest diametralnie inna. Polska należy do krajów o najniższej stopie bezrobocia w Unii Europejskiej. Z powodów demograficznych kraj wszedł w sposób trwały w strefę rynku pracownika, choć – jak podkreśla dr Marcin Mrowiec, główny ekonomista Grant Thornton - jego natężenie różni się w czasie, przestrzeni i w zależności od branży i specjalizacji.

- Na poziomie całej gospodarki można jednak mówić o pewnym „schłodzeniu rynku pracownika”. Rosnące płace – będące konsekwencją niedoboru pracy – obniżają konkurencyjność międzynarodową części produkcji i usług realizowanych w Polsce. W wielu sektorach jest to wciąż akceptowalne, bo wynagrodzenia pozostają niższe niż w Europie Zachodniej, a często także niższe niż w Czechach czy na Słowacji. Są jednak branże o wysokim udziale kosztów pracy, niskich marżach i silnej konkurencji zagranicznej, dodatkowo obciążone wysokimi kosztami energii – mówi podkreśla dr Marcin Mrowiec, główny ekonomista Grant Thornton.

Jak dodaje, jeśli chodzi o obszar, gdzie nigdy nie było – i prawdopodobnie nigdy nie będzie – rynku pracownika, to jest to obszar o bardzo dużej elastyczności podaży pracy. Innymi słowy, obszar, gdzie każdy „może przyjść”, bez kwalifikacji albo te kwalifikacje nabędzie w bardzo krótkim czasie. To obszar, gdzie podstawowym punktem odniesienia jest płaca minimalna, niekiedy „z lekką górką”. Najniżej płatne stanowiska w HoReCa czy też przysłowiowi „dostawcy pizzy”.

Fala zwolnień grupowych 2024/2025. Czy jest się czego bać?

Co ze zwolnieniami grupowymi, o których w ostatnich miesiącach często pisze prasa? Zdaniem eksperta, te były, są i będą stałym elementem gospodarki i choć w ostatnim czasie temat ten był silnie eksploatowany medialnie, to realna skala zwolnień była znacznie mniejsza niż dekadę wcześniej – na poziomie około jednej trzeciej tamtych wartości.

Relokacje i redukcje: kto może stracić pracę?

W najbliższym czasie zwolnienia grupowe będą dotyczyć przede wszystkim branż o wysokich kosztach pracy, niskich marżach i silnej konkurencji międzynarodowej oraz dużych organizacji zatrudniających tysiące osób, takich jak centra usług wspólnych, które nie będą chciały zwiększać wynagrodzeń – i które to będą decydować o relokacji całych centrów w inne miejsca.

- W tym ostatnim obszarze nie jest to zjawisko masowe, póki co, ale widać wyraźne schłodzenie, zaś poprzedni rok przyniósł informacje o zwolnieniach grupowych w firmach tego obszaru. Nie sądzę, aby miało się to stać masowe – raczej po prostu płace przestaną rosnąć bądź będą rosły nieznacznie i nie dla wszystkich, ale firmy zostaną. Natomiast biorąc pod uwagę, jak dużo firm i osób pracuje w Polsce w tym obszarze, z pewnością ta czy inna firma podejmie decyzje o relokacji – i usłyszymy o zwolnieniach grupowych. Pamiętajmy jednak o proporcjach i odnieśmy zawsze skalę tych zwolnień do łącznej liczby pracujących w danej branży – uważa główny ekonomista Grant Thornton.

Twoje kwalifikacje to twoja tarcza. Małe firmy w opałach

Warto pamiętać, że nastroje społeczne nie zawsze muszą bezpośrednio odzwierciedlać sytuację na polskim rynku pracy. Mogą być kształtowane chociażby przez ocenę własnej sytuacji finansowej oraz sceny politycznej i jej dynamiki.

Dla pracowników posiadających realne, poszukiwane na rynku kwalifikacje sytuacja pozostaje strukturalnie korzystna. Przy rekordowo niskim bezrobociu i niekorzystnej demografii ryzyko trwałego pogorszenia ich pozycji jest ograniczone. Utrata jednej pracy nie oznacza dziś braku alternatyw – zawsze można zmienić miejsce zatrudnienia. Znacznie trudniejsza staje się natomiast sytuacja pracodawców, szczególnie właścicieli mniejszych przedsiębiorstw.

- Biorąc pod uwagę ogólnie mniejszą efektywność firm małych względem firm dużych, wiele małych firm będzie pod coraz większą presją rynkową, a część z nich po prostu będzie „wypadać z gry” – przewiduje dr Marcin Mrowiec.

Prawdziwe zagrożenie dla gospodarki? To nie brak rąk do pracy

Ekonomista uważa, że najpoważniejszym zagrożeniem dla stabilności zatrudnienia – i całej gospodarki – nie jest dziś sam rynek pracy, lecz stan finansów publicznych. Oficjalne prognozy zakładają wzrost długu sektora finansów publicznych o 390 mld zł w 2026 r.

- Jako kraj, żyjemy bardzo mocno ponad stan i mało kto z klasy politycznej wydaje się być tego świadomy i tym zmartwiony. Nie widać, aby ktokolwiek robił coś konkretnego, aby temu przeciwdziałać. Dopóki mamy silny wzrost gospodarczy – jak w tym roku – mało kto się tym przejmuje, zaś pozytywne efekty silnego wzrostu „przykrywają” ryzyka. Kiedy jednak wzrost słabnie, a tak będzie prawdopodobnie w Polsce w 2027, kiedy inflacja i/lub rentowności wzrosną, tak może być, choć nie jest to przesądzone, możemy mieć do czynienia z „gwałtownym hamowaniem” gospodarki, w tym i rynku pracy oraz masą innych kłopotów… - zwraca uwagę dr Marcin Mrowiec.

Źródło: gazetaprawna.pl

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png