Koniec ery taniej pracy w Polsce

W ostatnich dwóch dekadach Polska doświadczyła skrajnie różnych realiów rynku pracy. Początkowo obserwowany był wyjątkowo silny „rynek pracodawcy”. Bezrobocie sięgało średnio około 20 proc., a w niektórych regionach przekraczało nawet 30 proc. Praca była tania, a zdobycie zatrudnienia wymagało dużego wysiłku i często zgody na bardzo niskie wynagrodzenie.

Gdzie kończy się „rynek pracownika”? Te branże mają pod górkę

Dziś sytuacja jest diametralnie inna. Polska należy do krajów o najniższej stopie bezrobocia w Unii Europejskiej. Z powodów demograficznych kraj wszedł w sposób trwały w strefę rynku pracownika, choć – jak podkreśla dr Marcin Mrowiec, główny ekonomista Grant Thornton - jego natężenie różni się w czasie, przestrzeni i w zależności od branży i specjalizacji.

- Na poziomie całej gospodarki można jednak mówić o pewnym „schłodzeniu rynku pracownika”. Rosnące płace – będące konsekwencją niedoboru pracy – obniżają konkurencyjność międzynarodową części produkcji i usług realizowanych w Polsce. W wielu sektorach jest to wciąż akceptowalne, bo wynagrodzenia pozostają niższe niż w Europie Zachodniej, a często także niższe niż w Czechach czy na Słowacji. Są jednak branże o wysokim udziale kosztów pracy, niskich marżach i silnej konkurencji zagranicznej, dodatkowo obciążone wysokimi kosztami energii – mówi podkreśla dr Marcin Mrowiec, główny ekonomista Grant Thornton.

Jak dodaje, jeśli chodzi o obszar, gdzie nigdy nie było – i prawdopodobnie nigdy nie będzie – rynku pracownika, to jest to obszar o bardzo dużej elastyczności podaży pracy. Innymi słowy, obszar, gdzie każdy „może przyjść”, bez kwalifikacji albo te kwalifikacje nabędzie w bardzo krótkim czasie. To obszar, gdzie podstawowym punktem odniesienia jest płaca minimalna, niekiedy „z lekką górką”. Najniżej płatne stanowiska w HoReCa czy też przysłowiowi „dostawcy pizzy”.

Fala zwolnień grupowych 2024/2025. Czy jest się czego bać?

Co ze zwolnieniami grupowymi, o których w ostatnich miesiącach często pisze prasa? Zdaniem eksperta, te były, są i będą stałym elementem gospodarki i choć w ostatnim czasie temat ten był silnie eksploatowany medialnie, to realna skala zwolnień była znacznie mniejsza niż dekadę wcześniej – na poziomie około jednej trzeciej tamtych wartości.

Relokacje i redukcje: kto może stracić pracę?

W najbliższym czasie zwolnienia grupowe będą dotyczyć przede wszystkim branż o wysokich kosztach pracy, niskich marżach i silnej konkurencji międzynarodowej oraz dużych organizacji zatrudniających tysiące osób, takich jak centra usług wspólnych, które nie będą chciały zwiększać wynagrodzeń – i które to będą decydować o relokacji całych centrów w inne miejsca.

- W tym ostatnim obszarze nie jest to zjawisko masowe, póki co, ale widać wyraźne schłodzenie, zaś poprzedni rok przyniósł informacje o zwolnieniach grupowych w firmach tego obszaru. Nie sądzę, aby miało się to stać masowe – raczej po prostu płace przestaną rosnąć bądź będą rosły nieznacznie i nie dla wszystkich, ale firmy zostaną. Natomiast biorąc pod uwagę, jak dużo firm i osób pracuje w Polsce w tym obszarze, z pewnością ta czy inna firma podejmie decyzje o relokacji – i usłyszymy o zwolnieniach grupowych. Pamiętajmy jednak o proporcjach i odnieśmy zawsze skalę tych zwolnień do łącznej liczby pracujących w danej branży – uważa główny ekonomista Grant Thornton.

Twoje kwalifikacje to twoja tarcza. Małe firmy w opałach

Warto pamiętać, że nastroje społeczne nie zawsze muszą bezpośrednio odzwierciedlać sytuację na polskim rynku pracy. Mogą być kształtowane chociażby przez ocenę własnej sytuacji finansowej oraz sceny politycznej i jej dynamiki.

Dla pracowników posiadających realne, poszukiwane na rynku kwalifikacje sytuacja pozostaje strukturalnie korzystna. Przy rekordowo niskim bezrobociu i niekorzystnej demografii ryzyko trwałego pogorszenia ich pozycji jest ograniczone. Utrata jednej pracy nie oznacza dziś braku alternatyw – zawsze można zmienić miejsce zatrudnienia. Znacznie trudniejsza staje się natomiast sytuacja pracodawców, szczególnie właścicieli mniejszych przedsiębiorstw.

- Biorąc pod uwagę ogólnie mniejszą efektywność firm małych względem firm dużych, wiele małych firm będzie pod coraz większą presją rynkową, a część z nich po prostu będzie „wypadać z gry” – przewiduje dr Marcin Mrowiec.

Prawdziwe zagrożenie dla gospodarki? To nie brak rąk do pracy

Ekonomista uważa, że najpoważniejszym zagrożeniem dla stabilności zatrudnienia – i całej gospodarki – nie jest dziś sam rynek pracy, lecz stan finansów publicznych. Oficjalne prognozy zakładają wzrost długu sektora finansów publicznych o 390 mld zł w 2026 r.

- Jako kraj, żyjemy bardzo mocno ponad stan i mało kto z klasy politycznej wydaje się być tego świadomy i tym zmartwiony. Nie widać, aby ktokolwiek robił coś konkretnego, aby temu przeciwdziałać. Dopóki mamy silny wzrost gospodarczy – jak w tym roku – mało kto się tym przejmuje, zaś pozytywne efekty silnego wzrostu „przykrywają” ryzyka. Kiedy jednak wzrost słabnie, a tak będzie prawdopodobnie w Polsce w 2027, kiedy inflacja i/lub rentowności wzrosną, tak może być, choć nie jest to przesądzone, możemy mieć do czynienia z „gwałtownym hamowaniem” gospodarki, w tym i rynku pracy oraz masą innych kłopotów… - zwraca uwagę dr Marcin Mrowiec.