Szukasz pracy? Ona znajdzie ciebie. Agencje zatrudnienia cały czas tropią pracowników dla swoich klientów. Nikt nie dzwoni? Pewnie znaleźli kogoś lepszego albo przestali szukać, bo pracodawca wstrzymał rekrutację, żeby nie płacić kilku firmom za tego samego kandydata
Tomasz jest informatykiem z ponad 15-letnim stażem w branży. Tacy jak on nie muszą śledzić ogłoszeń, oglądać się za pracodawcą ani tym bardziej żyć w ciągłym stresie, co się stanie, jeśli przestaną firmie być potrzebni. Niedawno chciał rzucić tę robotę i zamienić na inną, lepiej płatną, ale kiedy szef wyczuł, co się święci, bez szemrania dał mu podwyżkę, bo wie, że dobry pracownik to chodliwy pracownik. Tacy jak Tomasz nie mogą opędzić się od natrętnych pośredników, którzy chcą ich wyciągnąć z jednej firmy i zainstalować w drugiej. – Cały czas dobija się do mnie jedna agencja rekrutacyjna za drugą – potwierdza. – Gdybym nie miał co zrobić z czasem, mógłbym co chwila chodzić na spotkanie o pracę. Staram się nie reagować na te zaczepki.
W ubiegłym roku poszedł na kilka rozmów o pracę, zanim szef nie spacyfikował tych wędrówek satysfakcjonującą podwyżką, ale odpuścił włóczęgę po firmach także dlatego, że rynkowi łowcy głów traktowali go mało poważnie. Szukali kandydata z wieloletnim doświadczeniem na odpowiedzialne stanowisko, a dawali kartkę, długopis i kazali rozwiązywać zadania, które przerabiał na studiach. – Musiałem na przykład wyważyć drzewo binarne – opowiada mało zrozumiałym slangiem informatyków. – Nie rozumiem, po co robi się kandydatom uczelniane testy, skoro ta wiedza nie jest później w pracy nikomu do niczego potrzebna. Bo jak już cię zaangażują i posadzą przed komputerem, to i tak każą łatać dziury w jakiejś przestarzałej aplikacji. Dlaczego nikogo nie obchodzi, czego przez te lata się nauczyłem; nikt nie zadaje problemowych pytań? Nie tak to sobie wyobrażałem.