3 mld zł rocznie płacą urzędy za licencje na programy komputerowe. Kolejne 450 mln zł kosztuje utrzymanie infrastruktury IT. Może być mniej.
Reklama
Dziennik Gazeta Prawna
Ministerstwo Cyfryzacji wyliczyło, że gdyby udało się scentralizować te wydatki, to roczne oszczędności mogłyby sięgnąć 800 mln zł. Tylko kto teraz miałby taką centralizację przeprowadzić?
Gdy dwa lata temu Anna Streżyńska obejmowała urząd ministra cyfryzacji, zapowiadała, że zostanie przeprowadzona analiza stanu posiadanej przez państwo infrastruktury i systemów informatycznych. Mówiła nam: – Jest za dużo systemów i kosztów. Nie można cyfryzować administracyjnego bałaganu.
Tuż przed jej odwołaniem z funkcji ministra kierowany przez nią resort opublikował „Raport o cyfryzacji kraju”. Wynika z niego, że co najmniej 3 mld zł rocznie płaci administracja za standardowe licencje na programy komputerowe, co więcej, „poszczególne instytucje mają kłopot w podaniu takich danych”, bo nie ma polityki licencyjnej, monitoringu wykorzystania oprogramowania i wiedzy, czy przypadkiem nie dubluje się opłat.
450 mln zł rocznie kosztuje utrzymanie infrastruktury IT. Ponad połowa tej kwoty to koszt nieruchomości, mediów i utrzymania sprzętu IT. MC wylicza, że w cenach rynkowych powinno to wszystko kosztować ok. 100 mln zł. W pierwszej kolejności należałoby oszczędzić na publicznych Centrach Przetwarzania Danych, których w kraju jest aż 321. MC, uwzględniając nowoczesne standardy, szacuje, że zamiast 20 tys. mkw., które jest obecnie w posiadaniu administracji, wystarczyłoby mniej więcej 200 mkw.
Urzędy wydają ponadto pieniądze na systemy i rejestry państwowe. Jest ich łącznie aż 683, z czego 564 funkcjonuje, 63 są wygaszane, ale w ich miejsce powstaje 56 nowych. Resort cyfryzacji nawet nie próbuje wyliczyć, jakie mogą być koszty ich utrzymania. Ale za to opisuje, że za wykonanie większości tych systemów odpowiedzialnych jest tylko kilka firm. „Chociaż te same przedsiębiorstwa wykonywały podobne prace dla różnych podmiotów administracji publicznej, to do dziś nie powstał żaden centralny rejestr umów, a umowy negocjowane były w każdym resorcie osobno”.
– Mamy wreszcie wyliczenia skali problemu, o którym wiadomo od jakichś 20 lat. Jako pierwszy kwestię centralizacji i zmniejszenia wydatków na informatykę publiczną podejmował Marek Car, pełnomocnik premiera ds. informatyki w rządzie premiera Waldemara Pawlaka – mówi Krzysztof Król, ekspert ds. cyfryzacji z Polskiej Informatyki i Telekomunikacji. Przypomina, że powołanie resortu cyfryzacji w 2011 r. jeszcze za rządów PO było w dużej części powodowane potrzebą uporządkowania tzw. silosowości, która powoduje, że każde ministerstwo, każdy urząd sam kupuje i inwestuje w IT, często bez koordynacji z innymi, i tym samym koszty rosną, ale skuteczność niekoniecznie.
Pomysł Streżyńskiej na rozwiązanie tego problemu to centralizacja wydatków, monitoring umów i wykorzystania licencji, likwidacja niepotrzebnych systemów i centrów przetwarzania danych oraz koordynacja planowania budżetów jednostek administracji. Ale także tzw. umowy ramowe, jakie państwa podpisują z dużymi globalnymi firmami, które są dostawcami ogromnych ilości systemów do administracji. MC niedawno zawiadomiło, że jest stroną takiej specjalnej umowy z Microsoftem, która organizacjom z sektora publicznego umożliwia staranie się o uzyskanie od Microsoftu lepszych cen przy zakupie produktów i usług.
– Centralizacja i większa kontrola nad wydatkami niewątpliwie przyniosłyby spore oszczędności. Moim zdaniem nawet większe niż te 300–500 mln zł rocznie na licencjach i 300 mln zł na infrastrukturze, o których mówi resort – ocenia Król. Jego zdaniem Ministerstwo Cyfryzacji ma politycznie za słabą pozycję, by taką kontrolę w innych instytucjach, szczególnie ministerstwach, wprowadzić. – Większy potencjał miałby resort finansów, który rozdziela fundusze dla administracji.
Facebook chce więcej naszego czasu
Mark Zuckerberg ogłosił, że jego serwis społecznościowy zmieni działanie algorytmów, tak by użytkownicy w pierwszej kolejności widzieli wpisy swoich znajomych, a dopiero potem firmowe fanpage’e i profile medialne. Wszystko po to, by przekonać ludzi do spędzania jeszcze więcej czasu w tym największym na świecie serwisie społecznościowym. Użytkownicy założyli na nim ponad 2 miliardy kont, a jego wpływy z reklam wzrosły z 5,1 mld dol. w 2012 r. do 40,2 mld w roku ubiegłym. Zuckerberg zapowiedział też, że celem na 2018 r. jest „naprawa” Facebooka. To odpowiedź na coraz ostrzejszą krytykę w związku z zalewającą internet falą cyberpropagandy i fake newsów. Kilka tygodni temu ujawniono, jak silnie rosyjskie służby wykorzystywały Google, Twittera i Facebooka podczas prezydenckiej kampanii wyborczej w Stanach w 2016 r. Sporządzone przez nich treści miały wyświetlić się użytkownikom FB w Stanach 126 mln razy. A reklamy kupione w Sankt Petersburgu wyświetlono 11,4 mln razy między 2015 a 2017 r.