Artyści szukają własnych sposobów na ograniczenie wpływów koncernów. Drogę wyznaczył zmarły niedawno Prince. Po informacji o śmierci Prince’a ludzie masowo zaczęli na YouTube wyszukiwać jego utwory. Nie było ich, choć przecież w internecie jest wszystko. Prince w historii muzyki zostanie zapamiętany jako wybitny kompozytor i producent, świetny tekściarz, charyzmatyczny piosenkarz.

W dziedzinie prawa autorskiego zdobył jeszcze bardziej wyrazistą pozycję. Wyrazistą, bo trudno znaleźć słowo, które określiłoby jego podejście do kwestii praw autorskich.

Było ono królewskie. Prince w centrum stawiał swoje prawa. Prawa twórcy. Po raz pierwszy pokazał, jak bardzo jest to dla niego ważny temat, gdy na początku lat 90. wpadł w konflikt ze swoją wytwórnią Warner Bros. Po pierwsze: chciał nagrywać i wydawać więcej płyt, niż było to przewidziane kontraktem. Po drugie: chciał odzyskać kontrolę nad dotychczas nagranymi utworami, do których prawa zgodnie z ówcześnie praktykowanymi zapisami w umowach przeszły na wytwórnię. Konflikt był niezwykle ostry. W pewnym momencie Prince oświadczył, że jest „niewolnikiem” i z takim napisem na twarzy występował na koncertach. Zapewniał również, że kończy karierę pod imieniem Prince i zaczął występować jako „Artysta znany wcześniej jako Prince”. Oficjalnie jego pseudonimem był „symbol miłości” powstały z połączenia symboli kobiety i mężczyzny.

Reklama

W swojej walce był gotów na radykalne kroki. W 2004 roku zaczął rozdawać na koncertach – wszystkim, którzy na nie przyszli – swój najnowszy album „Musicology”. Ale równolegle zaczął też batalię o swoje prawa w internecie. Bo choć po zerwaniu z Warnerem Prince zdecydował, że nową muzykę będzie wydawał jedynie w internecie, to po kilku ekskluzywnych internetowych albumach muzyk diametralnie zmienił zdanie na temat sieci. Od niemal samego początku gdy pojawił się YouTube, sprzeciwiał się umieszczaniu na nim swoich utworów. Co więcej, sprzeciwiał się nawet wtedy, gdy były to nagrania wykonane przez fanów. W 2007 roku wytoczył proces (a właściwie zrobił to Universal Music Corp. w jego imieniu) autorce 29-sekundowego nagrania, w którym dziecko tańczy w rytm przeboju „Let’s go crazy”. Początkowo próbowano nagranie usunąć z YouTube za pomocą wezwań z wnioskiem o złamaniu praw autorskich. Serwis jednak uznał, że jest to nagranie mieszczące się w granicach tzw. user genereted content, czyli dozwolonego użytku, i skasowania minifilmiku odmówił. Tak zaczął się trwający aż osiem lat proces, który dopiero w ubiegłym roku skończył się przegraną muzyka.

Ale ta batalia była dopiero początkiem. Wkrótce Prince oficjalnie ogłosił, że zamierza ścigać każde, najmniejsze nawet wykorzystanie jego utworów w sieci.

Reklama

I jak zapowiedział, tak zrobił: wysyłał do Twittera wnioski o usuwanie 6-sekundowych klipów z fragmentami jego utworów, sprzeciwiał się udostępnianiu swojej muzyki w serwisach streamingowych. Największym echem odbiło się złożenie dwa lata temu pozwu przeciwko 22 internautom. Żądał w nim po jednym milionie dolarów od każdego z nich za wklejenie na Facebooku linków umożliwiających ściągnięcie wideo z jego koncertu.

Był w tej walce tak zacietrzewiony, że nawet jego fani nie wytrzymali i rozpoczęli kampanię przeciwko swojemu idolowi. Zrzeszali się w internetowe fankluby jawnie oponujące przeciwko działaniom jego prawników i nagrali nawet piosenkę pod tytułem „PFUnk” (sugerując muzykowi, by się delikatnie mówiąc: odwalił).

Co więcej, swoją antypiracką batalią Prince zadarł z innymi muzykami. Konkretnie z Radiohead, którego cover utworu „Creep” Książę wykonał na koncercie, a potem oburzony zaczął masowo kasować kopie tego nagrania na YouTube. Równolegle Radiohead domagał się od YouTube przywracania nagrań, twierdząc, że skoro to ich utwór, to mają prawo decydować o jego losach.

Nie bez powodu tak dokładnie przypominam losy prawnoautorskich krucjat Prince’a. Są wyjątkowo zajadłe i stanowią świetną ilustracją tego, jak w ostatnich latach – głównie pod wpływem pojawienia się internetu, nowego cyfrowego piractwa i cyfrowej dystrybucji – zaczęła rosnąć świadomość muzyków w kwestii tego, czym są prawa autorskie, co im dają i jak o nie zadbać.

Wprawdzie niewielu ma równie rygorystyczne podejście jak Prince, ale coraz częściej prawo jest dla muzyków nie mniej ważne od sztuki.

– Mamy do czynienia z prawdziwym skokiem w świadomości muzyków. Dziś nie wyobrażam sobie, by jakikolwiek artysta zgodził się na takie umowy i takie zapisy w nich, jakie wymuszały w latach 90. wielkie wytwórnie muzyczne. To były warunki na granicy niewolnictwa – mówi nam mecenas Zbigniew Kruger, specjalista od prawa autorskiego i prawa nowych technologii. – Dziś przede wszystkim żaden szanujący się artysta nie pozwoliłby sobie na podpisywanie umowy bez dogłębnego jej przeczytania i konsultacji z własnymi prawnikami. I nie ma tu żadnego znaczenia, że skoro artyści, to być może są trochę oderwani od rzeczywistości, iż żyją we własnym świecie. Za dużo było bardzo głośnych spraw, w których twórca był praktycznie ubezprawomocniony takimi zapisami. Środowisko odebrało naukę – dodaje prawnik.

„Mój wydafca jest złodziejem” śpiewał swego czasu Kazik. Nie on jeden tak właśnie oceniał wytwórnie muzyczne i decydował się na taki właśnie artystyczny opór wobec wielkich firm. Wśród gwiazd muzyki wiele chwytało po środki artystyczne, by wyrazić swój sprzeciw wobec producentów. The Clash kawałek „Complete control” nagrali w odpowiedzi na skandaliczne zachowanie wydawcy, który wypuścił ich piosenkę „Remote Control” bez uzgodnienia tego z zespołem. Papa Roach utworem „Burn” podsumował swój wieloletni związek z Geffen Records, a wielki hit Korna z 1999 roku „Freak on a leash” opisywał, że muzycy czują się jak pies wyprowadzony na smyczy przez swojego właściciela, czyli wytwórnię.

Od przełomu lat 80. i 90. takie konflikty nie kończyły się już tylko na protest songach. Muzycy, szczególnie ci, którzy zaliczyli sukcesy – coraz częściej próbowali się zrywać z prawnych smyczy. Tyle że takie zatargi nawet na najpopularniejszych artystach zawsze zostawiały spore ślady. Błyskotliwą karierę George’a Michaela na kilka lat zastopował głośny proces z wytwórnią Sony Music Entertainment, od której piosenkarz chciał się uwolnić, ponieważ, jego zdaniem, firma ta nie akceptowała wybranego przez niego kierunku rozwoju kariery muzycznej. Do tego oczywiście czuł się poszkodowany finansowo. Podział finansowy zgodnie z umową, którą podpisał, wyglądał następująco: wszystkie koszty produkcji muzyk ponosił sam, natomiast wyłączność do jego utworów miało Sony. Plus oczywiście niezły zysk. Za każdą sprzedaną płytę winylową Sony otrzymywało 1,83 funta, a za płytę CD aż 3,38 funta. Równolegle artysta zarabiał odpowiednio 0,57 i 0,67 funta. Ale jeszcze większym problemem dla George’a były roszczenia Sony do tego, by w pełni kontrolować jego artystyczne wybory, w tym dobór utworów na płytę i wymogi ostrej promocji opartej na wizerunku Michaela (przejawem jego sprzeciwu był choćby słynny teledysk do kawałka „Freedom”, w którym muzyk odmówił udziału, więc zaangażowano do niego grupę supermodelek i supermodeli). Choć muzyk miał mocne argumenty, to i tak po dziewięciu miesiącach procesu sąd uznał, że kontrakt zobowiązuje artystę do posłuszeństwa.

George Michael stracił 3 mln funtów na prawników. Dodatkowo stwierdził, że nie nagra nic, aż do wygaśnięcia kontraktu, czyli do roku 2003. Dopiero w 1995, po kolejnych kilku miesiącach negocjacji, Sony zgodziło się rozwiązać z muzykiem umowę.

To zresztą niejedyne zatargi Sony z własnymi artystami. W 2001 roku wybuchła awantura między koncernem a samym Michaelem Jacksonem. Tuż przed premierą „Invincible” Jackson poinformował ówczesnego prezesa Sony Music Entertainment, samego słynnego Tommy’ego Mottolę (byłego męża innej gwiazdy – Mariah Carrey), że nie odnowi kontraktu. W odwecie w 2002 roku wszystkie wydania singli, zdjęcia do teledysków i promocja albumu „Invincible” zostały odwołane. Jackson oskarżył Mottolę o dyskryminowanie afroamerykańskich artystów. Publicznie mówił wręcz o rasizmie ze strony wydawnictwa.

Ostatnio w całym muzycznym świecie głośno było o kolejnym procesie, jaki Sony wytoczył popularny muzyk. Tym razem do sądu poszła piosenkarka Kesha, która wystąpiła o zerwanie kontraktu w związku z przemocą psychiczną, fizyczną, a nawet gwałtami, jakie zgotować jej miał wyznaczony przez wytwórnię producent dr Luc, czyli Łukasz Gottwald. Choć za piosenkarką ujęły się gwiazdy z całego świata (zorganizowano nawet akcję „Free Kesha”, czyli „Uwolnić Keshę”), a cała sprawa wywołała ogromne kontrowersje, sąd uznał, że kontrakt to kontrakt i nie znalazł podstaw do jego rozwiązania.

Takie właśnie procesy z wydawcami odbijają się najgłośniejszym echem. Nie mniej ciekawe są postawy muzyków wobec internetu i tego, czym są ich prawa w sieciowym świecie. – Oczywiście z jednej strony internet to najlepsze, co mogło się przydarzyć artystom i przemysłowi muzycznemu – mówi nam wokalistka Kasia Klich. – Ale z drugiej to także ogromne wyzwanie. Nierzadko wywołujące poważne straty. Czy muzycy wiedzą, jakie mają w związku z tą rewolucją prawa? – Tak, jak najbardziej – mówi Klich. – Co z tego, że my wiemy, co wolno, a czego nie, skoro nasz odbiorca: słuchacze, internauci nie mają świadomości albo nie chcą jej mieć i ściągają muzykę z nielegalnych serwisów. Tylko żeby było jasne, ani ja, ani żaden rozsądny twórca nie jest zwolennikiem ścigania za to słuchaczy. Wręcz przeciwnie, tu powinna być podjęta twarda polityka wobec serwisów, które umożliwiają takie piractwo i które na tym zarabiają – podkreśla Klich.

Ale wbrew temu, co mówi, i w tym wypadku postawy artystów są różne. Bywają tak rygorystyczne jak Prince’a, ale coraz częściej muzycy przechodzą spore zmiany w swoim podejściu do sieciowego piractwa. – Bardzo ciekawą ewolucję przeszła Metallica. Ten legendarny metalowy zespół w erę internetu wszedł głośnym sporem z Napsterem – opowiada mecenas Kruger. Metallica była cięta na ten serwis, od chwili gdy muzycy usłyszeli w radiu utwór „I Disappear”, który miał być dopiero wydany na ścieżce dźwiękowej do filmu „Mission: Impossible 2”. Radiowcy nawet nie ukrywali, że piosenkę znaleźli w sieci na Napsterze. Wściekła kapela zażądała od serwisu 10 milionów dolarów zadośćuczynienia, co więcej, Lars Ulrich, perkusista zespołu – dostarczył Komisji Sądowniczej Senatu Stanów Zjednoczonych listę ponad 350 tysięcy osób, które pobierały utwory Metalliki z internetu. Efekt: wściekłość fanów, i to taka, że nawet masowo niszczono płyty zespołu. – A zespół przez lata był postrzegany jako przeciwnik wolnego internetowego przepływu muzyki – dodaje prawnik. – Ale po pewnym czasie jego nastawienie do internetu i do praw autorskich w sieci zaczęło się zmieniać. Zresztą pod wpływem tego, jak kolejne zespoły zaczęły wręcz wspierać wolny sieciowy przepływ muzyki – opowiada Kruger.

Lars Urlich po latach tak wspominał walkę z Napsterem: – Nasza wytwórnia dolała oliwy do ognia, podając nam, jak się później okazało, zafałszowane, podkręcone dane dotyczące strat, jakie zespoły ponoszą w wyniku piractwa. Myśleliśmy, że robimy dobrze i w przeciwieństwie do innych mamy odwagę wstać i zaprotestować. Ale jak zaczęliśmy działać i spojrzeliśmy za siebie, okazało się, że nikt za nami nie stał. Jestem dumny z tego, że walczyliśmy o to, w co wierzyliśmy. Nie zmienia to jednak faktu, że tego tematu nie zrozumieliśmy i byliśmy po prostu w błędzie – mówił w wywiadzie dla „So What! Magazine” w 2013 roku.

Metalowcy nie tylko przyznali, że przesadzili w walce z piractwem. Dodatkowo naprawdę zmienili swój model działania i zarabiania w sieci. Uruchomili stronę metallica.com, na której zarejestrowani i płacący fani mają dostęp do ogromnej bazy materiałów i nagrań.

Jedną z inspiracji dla takiej zmiany punktu widzenia były działania Radiohead. Ta rockowa kapela była jedną z pierwszych, która uznała, że z internetowymi piratami nie wygra się siłą. Płytę „In Rainbows” już w 2007 roku opublikowano za darmo w sieci z prośbą, by każdy, kto ów album pobiera, wpłacił na konto twórców tyle, ile uważa za słuszne. Całość zysków miała trafić do kieszeni muzyków, a nie na konto wytwórni fonograficznej.

Zapewne wielu z nich nic nie zapłaciło, ale i tak „In Rainbows” odniosło ogromny sukces: album sprzedał się w 3 mln egzemplarzy, a wersje kolekcjonerskie (w cenie 80 dol.) w liczbie 100 tys. A jak by tego było mało, na koncerty z trasy promujące płytę sprzedano blisko 1,2 mln biletów. Radiohead więcej zarobił na plikach pobranych z internetu niż na całym wcześniejszym albumie we wszystkich jego edycjach, a płyta w wydaniu pudełkowym trafiła na pierwsze miejsca amerykańskich i brytyjskich list przebojów. Nic dziwnego więc, że w ślady Radiohead poszedł w 2008 roku Trent Reznor, lider zespołu Nine Inch Nails. Tuż przed oficjalną premierą „Ghost I – IV” uwolnił ją i wrzucił do sieci za darmo.

– Brakuje świadomości, że płacenie za muzykę to coś dobrego – podkreśla Klich. – Kilka dni temu uczestniczyłam w debacie poświęconej najnowszemu badaniu, które niezbicie pokazywało, że szczególnie młodzi odbiorcy nie widzą nic złego w tym, by muzykę brać za darmo – opowiada wokalistka. To badanie przeprowadził w kwietniu tego roku na młodzieży z warszawskich liceów i uczelni Instytut Inicjatyw Publicznych. Badani nie mieli problemu z wyjas´nieniem poje?c´ „własnos´c´ intelektualna” oraz „prawa autorskie”. Gorzej jednak było z wykazaniem ich przydatnos´ci. Okazuje się, że s´ciąganie muzyki z internetu nie jest dziś aż tak popularne jak dawniej, choć badani jednoznacznie oponowali przeciwko stawianiu znaku równos´ci między kradzieżą a nielegalnym s´ciąganiem tres´ci z internetu. Ale popularność ściągania nie spadła z powodu większej wrażliwości prawnej, a raczej dlatego, że zamiast ściągać teraz muzykę tanio, lub wręcz bezpłatnie, słucha się jej w serwisach streamingowych.

I to właśnie streamingi, które jeszcze kilka lat temu wydawały się lekarstwem na piractwo muzyczne (autentycznie znacznie zmniejszyły skalę problemu), dziś są najnowszym chłopcem do bicia w muzycznym światku. A szczególnie największy z tych serwisów, czyli serwis Spotify. Jedna z pierwszych publicznych skarg na to, jak te serwisy traktują artystów, wyszła od otwartego na internet Radiohead. Wokalista tego zespołu Thom York w 2014 roku oficjalnie powiedział, że ten serwis daje szanse na zarobek kilku tysięcy dolarów, ale rocznie, a to jest co najmniej nieporozumienie.

Rzeczywiście średnio za jedno odtworzenie Spotify płaci 0,007 dolara, i to do podziału, jeśli muzyków jest więcej. Trzeba milionów czy raczej dziesiątków milionów odsłuchów, by zarobić konkretne sumy. Ale krytyka Yorka to było jeszcze nic. Prawdziwą armatę wytoczyła dopiero drobna, dziewczęca, niegdyś śpiewająca country wokalistka, czyli Taylor Swift. Pod koniec 2014 roku ta coraz popularniejsza na świecie piosenkarka niespodziewanie ogłosiła, że usuwa całą swoją muzykę ze Spotify. W jej ślady zaczęło iść coraz więcej piosenkarzy. Szczególnie sławnych, globalnie znanych muzyków, którzy zaczęli wyliczać, że im się taka sprzedaż dzieł po prostu nie opłaca. Co więcej, słynny raper Jay-Z postanowił rozkręcić własny serwis streamingowy, płacący artystom godniej. I choć początkowo niewielu wierzyło w sukces Tidala, to po ponad roku od startu ma on coraz większą grupę muzyków (w tym Beyonce – żonę rapera, która bardzo umiejętnie wzmacnia zainteresowanie tym serwisem) i coraz lepsze wyniki finansowe.

Również w Polsce pojawiają się coraz ciekawsze zwroty w obrębie tego, czym dla artystów są prawa autorskie. Najlepszy przykład to poznański raper Ryszard „Peja” Andrzejewski. Przed kilkoma laty miał głośny proces za wykorzystanie fragmentu utworu Stana Borysa bez zgody i wiedzy tego drugiego w utworze „Głucha noc”. Dziś to on jest powodem. Pozwał telewizję Eska TV za to, że bez jego zgody wyemitowała teledysk do kawałka „Evergreen”. Proces toczy się już półtora roku i wzbudza spore zainteresowanie w branży. Nic dziwnego. Raper pokazał, że ma swój pomysł na zarabianie i promowanie twórczości: zamiast tradycyjnych stacji radiowych i telewizyjnych postawił na YouTube.