statystyki

Dzięki ustawie medialnej TVP będzie największym producentem filmów. Dziś trzeba żebrać

autor: Mira Suchodolska, Marek Tejchman11.02.2016, 07:42; Aktualizacja: 11.02.2016, 11:27
PISF trzeba oddać pieniądze? Gdy film nie ma widzów, to się nie oddaje, lecz jeśli produkcja zarabia, to trzeba.

PISF trzeba oddać pieniądze? Gdy film nie ma widzów, to się nie oddaje, lecz jeśli produkcja zarabia, to trzeba.źródło: ShutterStock

- Ustawa medialna jest dużą szansą na przywrócenie dawnej sytuacji, gdy mocna finansowo telewizja publiczna była największym polskim producentem filmów fabularnych. Teraz trzeba żebrać -  uważa Piotr Dzięcioł, prezes Opus Film.

Piotr Dzięcioł, prezes Opus Film

Piotr Dzięcioł, prezes Opus Film

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Ustalmy na początek, kim pan jest – producent filmowy to chyba jednak ciut więcej niż księgowy?

Daleki jestem od porównania tego, co robię, do pracy księgowego. Oczywiście, zapewnienie środków na produkcję filmu jest dużym wyzwaniem dla producenta, ale to jest naprawdę margines naszej działalności. Ja staram się być producentem kreatywnym – interesują mnie nie tylko pieniądze, ale także uczestnictwo w procesie tworzenia filmu i efekt finalny. Oczywiście, wiele zależy od reżysera, od tego, czy jest otwarty na taką współpracę, a także od tego, jaki to jest film. Powstają czasem filmy producenckie – robione na zlecenie producenta, mające służyć głównie zarabianiu pieniędzy. Przeciwieństwem jest kino autorskie – artystyczne. Tu reżyser ma dużo większą wolność, ale oczywiście także moje wsparcie.

Jak wyglądają narodziny filmu na etapie idei? Kto wpada na pomysł?

Producent, reżyser albo scenarzysta. W tej chwili coraz silniejsze jest kino producenckie, nakierowane oczywiście komercyjnie. W okresie świątecznym i walentynkowym jest wysyp takich. Dobrym przykładem są „Listy do M. 2” czy „Planeta Singli”, gdzie spiritus movens całego przedsięwzięcia byli producenci.

Ma pan na koncie taką autorską produkcję?

Film nosił tytuł „Cudowne lato”, reżyserował Ryszard Brylski. To była taka ciepła, romantyczna komedia dziejąca się na prowincji. Co prawda dystrybutor zrobił okropny plakat w stylu Bollywood, ale sam film był naprawdę bardzo dobry. Gdyby został wyemitowany w telewizji np. w niedzielę o 20.00, to oglądałoby go kilka milionów ludzi. Ale dystrybutor wypuścił film w walentynki – chciał się nim ścigać z komercyjnymi projektami zatrudniającymi masę gwiazd. Nie było szans.

Pech – nie zarobił pan na tym. Tylko dlaczego ważny producent pozwala podejmować dystrybutorowi głupie decyzje?

Powiedzmy, że nie straciłem. A dystrybutorzy są ważnym elementem na etapie sprzedaży filmu. Zazwyczaj im ufam – to fachowcy i umieją sprzedać film dużo lepiej ode mnie. No ale nie zawsze to wychodzi.

Skąd się bierze pieniądze na film? Połowę można dostać z PISF. A co z resztą? Trzeba wyżebrać?

Czasy bardzo się zmieniły i niestety coraz trudniej zamknąć finansowanie ambitnych projektów artystycznych. Jeżeli mamy dobry scenariusz, dobrego reżysera, stosunkowo łatwo otrzymać 50 proc. finansowania z PISF. Ale w przypadku, gdy film nie ma potencjału komercyjnego, nie ma skąd wziąć tej drugiej części budżetu. Na kino komercyjne można bezproblemowo zebrać budżet na poziomie 7–10 mln zł i wiadomo, że się na tym zarobi. Niegdyś dla ambitniejszych produkcji wsparciem była telewizja publiczna. Teraz TVP maksymalnie daje jakieś pół miliona. Canal Plus coraz rzadziej współfinansuje kino artystyczne. Niezależnie od tego, co się mówi o projekcie nowej ustawy medialnej, jest ona dużą szansą na przywrócenie dawnej sytuacji, gdy mocna finansowo TVP była największym polskim producentem filmów fabularnych. Brała udział w bardzo wielu projektach, za każdym razem dając około 1,5 mln zł. Ten wkład finansowy był dzielony na dwie części. Pierwszą była opłata licencyjna – TVP nabywała prawa do emitowania filmu, druga to wkład koprodukcyjny.

A co z miastami, które coraz częściej angażują się w filmy? Czy to wymierna pomoc?

Od kilku lat działa Polska Komisja Filmowa skupiająca fundusze regionalne. Większość miast wojewódzkich wydzieliła środki na wspieranie produkcji filmowej. Robią to w celach promocyjnych. Najhojniejszy jest Kraków, przeznaczający na ten cel ok. 2 mln zł. Powstaje tam coraz więcej filmów, które często idą dalej w świat. No i nie ma co ukrywać: gdy dostanie się od miasta pół miliona, to film zostawia tam swoje drugie pół – zarabiają hotele, ludzie dostają pracę, być może przyjadą turyści, tak jak do Sandomierza. To zresztą doskonały przykład – „Ojciec Mateusz” świetnie wypromował miasto.

Modyfikujecie scenariusze pod miasta?

W pewnym sensie tak – akcja dzieje się w miejscu, z którego są pieniądze, choć pierwotnie w scenariuszu było inaczej. Ale miejsce to sprawa drugorzędna. Dla mnie ważne jest, o czym jest film oraz sposób realizacji. Innej ingerencji nie ma. Miasta za to bardzo pomagają, zdejmują z nas obowiązki formalne. Nie musimy niczego ustalać z policją, uzyskiwać zgody na zdjęcia, zamykanie ulic itp. Niedawno byłem w Krakowie, gdzie kręcimy polsko-amerykańską koprodukcję z Jimem Carreyem w głównej roli. Zablokowaliśmy na jakiś czas niemalże pół miasta. Dla samorządowców to kłopot, ale i olbrzymi prestiż, gdy przyjeżdża taki Carrey czy Charlotte Gainsbourg.

„Ida” była projektem artystycznym, nie komercyjnym, ale udało się jej odnieść sukces. Jakim cudem?


Pozostało 51% tekstu

Prenumerata wydania cyfrowego

Dziennika Gazety Prawnej
7,90 zł
cena za dwa dostępy
na pierwszy miesiąc,
kolejny miesiąc tylko 79 zł
Oferta autoodnawialna
KUPUJĘ

Pojedyncze wydanie cyfrowe

Dziennika Gazety Prawnej
4,92 zł
Płać:
KUPUJĘ
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Polecane

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Dowiedz się więcej

Galerie

Polecane