statystyki

Wiek publicystów. Nie pozwólmy zginąć intelektualistom publicznym

autor: Karolina Lewestam01.03.2019, 20:00; Aktualizacja: 01.03.2019, 21:48
prasa, media, gazety

To nie tak, że powinniśmy naraz kochać Zybertowicza i Środę; chodzi o to, że aby mogli oni pełnić swoją rolę, musielibyśmy w ogóle móc usłyszeć ich oboje, co w atmosferze rosnącej polaryzacji wydaje się dość radykalne i zasadniczo niemożliwe.źródło: ShutterStock

Zastanawia mnie ostatnio wiele śmierci; a wśród nich śmierć publicznego intelektualisty. A kto to, ten publiczny intelektualista? Ryzykując tautologię: to intelektualista, który udziela się publicznie, komentuje, mówi, pisze o polityce, życiu społecznym, stosunkach międzynarodowych. Ktoś, kto mógłby się głęboko, sensownie i w sposób uprawniony wypowiedzieć, na przykład o naszym konflikcie z Izraelem.

Nie każdy może zostać intelektualistą publicznym. Trzeba być zasłużonym i uznanym akademikiem; pisarzem wielkim, a przynajmniej naprawdę bardzo dużym; poetą, redaktorem pisma na uchodźstwie etc. Potrzebny jest mocny list uwierzytelniający, który potwierdza format (stanowisko profesorskie, Nagroda Nobla, zachwyt świata) i charakter – charyzma, pasja, magnetyzm, szczerość, powaga, poczucie odpowiedzialności – które pozwalają takiemu docierać z ważnymi kwestiami do „ludu”.

Tacy mogą być sławni i wpływowi za życia, jak Bertrand Russell czy Jean-Paul Sartre; mogą zyskać większą moc dopiero po śmierci, jak Sokrates, który co prawda akademikiem nie był, ale, jeśli wierzyć przekazom, wrażenie intelektualne robił dość piorunujące.

P o co oni? Po pierwsze, żeby wydajnie rozmawiać. Każda demokratyczna wspólnota potrzebuje debaty publicznej. Ona ustawia wspólnocie kierunek moralny i tożsamość; generuje, za pomocą starć, granice akceptowalnego dyskursu, wydeliberuje, co należy zrobić w przypadku X, a co w przypadku Y (np. „Idziemy na wojnę, by szerzyć demokrację”, „Zajmijmy się najpierw swoimi tramwajami, a potem będziemy się martwić Izraelem”).

Po drugie, żeby nie było kakofonii. Odkąd (z głupoty) opuściliśmy zbieracko-łowieckie grupy liczące poniżej 150 osób, debata nie może się toczyć z udziałem wszystkich, bo wrzaski będą nie do zniesienia. Tak jak polityczne decyzje muszą nam podejmować reprezentanci, tak też do pewnego stopnia debatę muszą nam prowadzić awatary, przedstawiciele opinii. Taka karma dużych wspólnot, niestety.

A po trzecie, żebyśmy lepiej wiedzieli, o co nam chodzi. Bo tak naprawdę to zwykle dość mało mamy na myśli, więc w zasadzie dopiero słuchając tych, którzy coś tam na myśli mają, jesteśmy w stanie się domyślić myśli naszych własnych. I po to też nam są publiczni intelektualiści – niech ustawią debatę w jakichś sensownych ramach; niech pokażą niuanse naszej pozycji, niech ziden tyfikują prawdziwe i palące problemy, niech czuwają nad dynamiką wspólnej rozmowy. Niech monitorują niesprawiedliwości, niech ściągają nas z manowców, niech mówią, jak patrzeć na rzeczywistość, żeby zobaczyć najwięcej. Niech oferują nowe punkty widzenia. Niech ściągają nam bielma z oczu. Mają glejt na to, że w te klocki są nieźli. Możemy więc ich wrzucać na debatingowy ring, zasiąść wraz z całym narodem na trybunach i kibicować tym, którzy akurat nas porwą i zainspirują. Są jak poeci w pojęciu Richarda Rorty’ego – potrafią budować nowe znaczenia, przenicować języki, pokazać świat z zupełnie innej strony.


Pozostało jeszcze 54% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny

Polecane

Reklama

Komentarze (1)

  • Bert(2019-03-01 22:38) Zgłoś naruszenie 00

    Rzeczywiście Lewaniestąd z głupoty opuściłaś grupę myśliwsko- zbieracką, ale jeszcze nic straconego i wierz mi, naprawdę powinnaś do niej wrócić

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Dowiedz się więcej

Galerie

Polecane