Czym właściwie jest ta „silna psychika”?

Najpierw powiem, czym nie jest. Nie ma nic wspólnego z twardością. Nie jest też pancerzem, który chroni przed odczuwaniem bólu, ani supermocą, która sprawia, że niczym się nie przejmujemy, bo to częsty mit, z którym się spotykam. Człowiek odporny doświadcza wszystkich emocji, wie, że słabości są częścią życia. Wciąż mylimy odporność z „twardością”, a tymczasem człowiek twardy często pęka, jak szkło w pierwszym poważnym kryzysie.

Siłą psychiczną jest elastyczność: zdolność ugięcia się, przesunięcia akcentów, przyznania „to mnie boli”, „tego się boję”, a potem wykonania tych wszystkich kroków, które są potrzebne do życia silnego i szczęśliwego. Większość osób, przychodząc do mnie dysponuje takim mitem, że można być albo silnym, albo szczęśliwym, a tam wszędzie jest koniunkcja, czyli można być i silnym i szczęśliwym. Każdy z nas ma do tego zasoby – wiele z nich latentnych, czyli ukrytych. Dopiero kiedy nauczymy się je aktywować, zaczynamy widzieć, jak ogromny potencjał w nas tkwi. A odkrycie tej wewnętrznej infrastruktury potrafi zmienić sposób, w jaki człowiek staje wobec świata i na tym polega praca diagnosty i mentora, takiego jak ja. Pomagam liderom wydobyć cały swój potencjał.

Mówi Pani o epoce przeciążenia. Czy rzeczywiście współczesny świat osłabia nas bardziej niż kiedyś?

Zdecydowanie tak. Nigdy wcześniej ludzkie systemy nerwowe nie były wystawione na tak ogromną liczbę bodźców, porównań, oczekiwań i lęków. Współczesny człowiek działa jak komputer z otwartymi kilkunastoma kartami – niby działa, ale coraz wolniej, coraz bardziej na granicy przeciążenia. Żyjemy w kulturze, w której czekanie traktuje się jak porażkę. Tymczasem psychika rozwija się w tempie biologicznym, a nie w tempie powiadomień z telefonu. I to zderzenie prędkości – świata zewnętrznego i naszego wnętrza – generuje największe napięcia. W dodatku większość z nas żyje dziś w trybie ciągłej dostępności. Pracujemy do późna, odpowiadamy na wiadomości w nocy, nie pozwalamy sobie zniknąć choćby na kilka godzin. A system nerwowy ma swoje prawa. Jeśli ciągle jest w trybie „gotowości bojowej”, zaczyna działać gorzej, krócej i bardziej nerwowo. To nie jest słabość, to mechanizm biologiczny.

Często powtarza Pani, że ludzie nie znają własnych możliwości. Co to znaczy?

Większość z nas korzysta tylko z ułamka swoich predyspozycji, psychologia nazywa je, wspomnianymi już przez mnie, cechami latentnymi. Badania wskazują, że wykorzystujemy zaledwie 20 procent naszych możliwości. Odporność zaczyna się tam, gdzie człowiek widzi wpływ: „To ja wybieram, na czym się skupiam. To ja decyduję, w jakich relacjach jestem. To ja mogę przerwać schemat, który mi szkodzi”. To nie arogancja, to samoświadomość. I co ważne – to źródło wolności, a nie napięcia. Człowiek świadomy siebie przestaje się bać własnych emocji, a to zmienia wszystko.

Jak więc ćwiczyć tę odporność na co dzień?

Po pierwsze: świadomość. Nie chodzi o medytację, lecz o realny kontakt ze sobą. Kilka minut dziennie, by zapytać samego siebie: „Co czuję?”, „Co mną kierowało?”, „Co mnie wzmocniło, a co osłabiło?”. Bez tego wszystkie inne działania są intuicyjne. Po drugie: granice. Żyjemy w kulturze przeciążania. Stawianie granic to nie egoizm – to szacunek do własnych zasobów. Kto je ignoruje, prędzej czy później płaci zdrowiem, relacjami albo poczuciem sensu. Po trzecie: mikrozmiany. Odporność rośnie w codziennych, drobnych aktach: w sposobie, w jaki reagujemy na krytykę, w tym, czy dajemy sobie odpocząć zanim organizm sam i bez pytania nas o zdanie wymusi na nas przerwę. I jeszcze jedno: łagodność, czułość wobec siebie. Bez niej każde działanie staje się kolejnym projektem „do zrobienia”, a odporność nie jest projektem, tylko procesem.

Rozmawiała Maria Leżucha

Zapraszamy na:

https://malgorzatadobrowolska.pl/