Hormony w dziczy

Czyżby? Większość nauczycieli, którym przyszło uczyć w gimnazjach, nie jest z tego powodu zbyt szczęśliwa. Mówią: to najgorsza robota. W podstawówce dostajesz dzieci ciekawe świata, zadowolone, że się mogą czegoś nauczyć. W liceum stykasz się z ludźmi, którzy już rozumieją, że właśnie zaczynają pracować na swoją przyszłość. A gimnazjaliści to dzicz. Wniosek z rozmów z nauczycielami jest prosty: trzeba przywrócić stary system: 8 klas podstawówki plus 4 liceum. – Głównym problemem jest utrzymanie towarzystwa w ryzach, nauka jest na drugim planie – przyznaje Katarzyna, nauczycielka (chce zachować pracę, więc prosi o anonimowość) w jednym z warszawskich gimnazjów. I to wcale nie najgorszym, taka polska przeciętna. Jak mówi, w jej szkole nie ma lekcji, żeby do którejś z klas nie wzywano na pomoc dyrektora. Jak to nie wystarcza, zjawia się policja. Uczniowie często przychodzą na zajęcia po narkotykach lub alkoholu. Niedawno wyszło na jaw, że 14-letnie uczennice zadają się z 40-letnimi mężczyznami w celach zarobkowych. – To często zagubione dzieciaki, z problemami, którym nikt w szkole jednak nawet nie próbuje pomóc – mówi. Ma żal do swoich kolegów nauczycieli, ale w jakiś sposób ich rozumie: są zmęczeni i zawodowo wypaleni. Nie angażują się, nie reagują.

Tę konstatację potwierdza Ola, świeżo upieczona gimnazjalistka. Kiedy porównuje swoją szkołę podstawową z gimnazjum, najbardziej uderza ją właśnie pedagogiczna niemoc. – W podstawówce, jeśli ktoś zrobił jakiś numer, wiedzieli o tym wszyscy i konsekwencje wobec winowajcy były poważne – opowiada. W gimnazjum panuje pod tym względem paranoja. Oficjalnie np. palenie papierosów jest srogo zakazane. Tak samo jak zbyt swobodne, jaskrawe stroje. W praktyce młodsi uczniowie mają problem, żeby załatwić się na przerwie. Ubikacje okupują starsi – palenie, ćpanie. „Grono” tam nie zagląda, pewnie na wszelki wypadek. Czerwone bluzki są za to konsekwentnie ścigane. – Fakt, że moja córka nie zdołała się stoczyć jak znaczna część jej koleżanek, że dała radę w gimnazjum, uważam za swój i żony wychowawczy sukces – komentuje ojciec tegorocznej absolwentki tej szkoły.

Kłopoty wychowawcze to z jednej strony skutek tego – co podnosi prof. Łybacka – że pod jednym dachem lądują dzieci w najtrudniejszym wieku. Wyrwane ze starej szkoły, z dawnych przyjaźni, spod opieki znających ich nauczycieli (przez sześć lat zdążyli się z nimi zaprzyjaźnić i poczuć za nie odpowiedzialni). Ale te dzieci właśnie od nich zabrano. W okresie burzy i naporu, hormonalnego szaleństwa, buntu. – W podstawówce się nami przejmowano. Tłumaczono. Byliśmy kimś ważnym. Tu jesteśmy traktowani jak rzeczy – ocenia Bartek, gimnazjalista.

W nowej szkole naturalne problemy związane z dorastaniem połączone ze stresem związanym z wejściem w nowe środowisko nakładają się na siebie, by stworzyć wybuchową mieszaninę. – Pójście do gimnazjum oznacza przerwanie ciągłości wychowania i nauki w najgorszym momencie – mówi Łybacka.

Nauczyciele potrzebują czasu, aby poznać ucznia i rozpoznać jego problemy. Ale tego czasu po prostu nie ma.

Według samych uczniów (rozmawiałam z osiemnastoma gimnazjalistami, ich rodzicami i nauczycielami) wygląda to tak: pierwsze półrocze to walka o kolejność dziobania w grupie i sprawdzanie, na co można sobie pozwolić w nowej szkole. Potem następuje zaciśnięcie pasa – nauczyciele gnają z programem, bo jest mało czasu. A trzecia klasa schodzi na nauce wypełniania testów.

Testologia stosowana

– Bo szkoła jest nastawiona na testologię, a nie naukę samodzielnego myślenia. W efekcie absolwenci gimnazjów są zupełnie bezradni, gdy trzeba coś zrobić samodzielnie lub użyć wiedzy – diagnozuje ojciec gimnazjalistki z północy kraju. Niemniej takie wkuwanie zajmuje im mnóstwo czasu. Rodzice, z którymi rozmawiałam, potwierdzają tylko to, co mówił prof. Jerzy Marcinkowski. – Moje dziecko idzie do szkoły na osiem godzin, niczym górnik na szychtę – żali się Dorota, mama gimnazjalistki z Katowic. – Młoda wraca koło 16 (i tak ma szczęście, że nie musi długo dojeżdżać), je obiad, wychodzi z psem na spacer i zasiada do lekcji. Przestała uczęszczać na chór, nie ma już czasu na taniec ani zajęcia sportowe. Jest ambitna, więc tylko lekcje, lekcje, lekcje. – A większość tych lekcji to powtórzenie z rozszerzeniem – dodaje Andrzej z Wrocławia. I ubolewa, że jego syn jest wiecznie zmęczony i rozdrażniony. Boli go żołądek, przed wyjściem do szkoły na długo zamyka się w łazience. Teraz dla trzecioklasistów właśnie zaczęła się epoka testowa. Konrad, uczeń jednego z lepszych gimnazjów w Warszawie, policzył, że ma ich do napisania pięć – jeszcze przed tym prawdziwym. – Mnie to nawet nie bardzo stresuje – mówi. – Ale bardziej wrażliwi koledzy przeżywają horrory. I jaka to strata czasu – lekko licząc pięć tygodni normalnej nauki wystrzelonych w kosmos.

Jego zdaniem dwa próbne testy całkowicie by wystarczyły, żeby uzmysłowić gimnazjalistom, w jaki sposób można wygrać te testowe mecze. Tyle że gra w tym rozdaniu idzie całkiem o coś innego niż dobro ucznia.

Jeden z dyrektorów szkoły na południu kraju tłumaczy, że dla gimnazjum dobry wynik z egzaminu to najważniejsza sprawa. Sytuuje je bowiem na określonym miejscu w rankingu. To wyższe oznacza lepszych uczniów, z zamożniejszych, inteligenckich domów – rodzice, którym zależy, przywiozą swoje pociechy do dobrej szkoły, choćby na drugi koniec miasta. Złe wyniki skazują na to, że gimnazjum będzie musiało się użerać z „hołotą”. Problemową dzieciarnią z zaburzonych domów.

Bo choć gimnazja miały stać się miejscami wyrównywania szans edukacyjnych, wcale tak się nie stało. Przeciwnie: segregacja uczniów jest coraz większa. Na przykład w Opolu, które jest sporym miastem, z tradycjami w dziedzinie nauki, międzyszkolne zróżnicowanie wyników gimnazjalnych wynosi ponad 40 proc. Dagny, nauczycielka z Trójmiasta, tak to ocenia: – Gimnazja stworzyły przepaść edukacyjną. Świetnie widać to w liceach. Dzieciaki z tą samą liczbą punktów na wejściu dramatycznie różnią się poziomem wiedzy. Jedne gimnazja mają politykę zawyżania średniej szóstkami, inne wręcz przeciwnie. A realna wiedza ma się nijak do sztucznie kreowanych średnich i podpowiadania na egzaminach.

Zakopać czy zaorać

Ta długa lista zastrzeżeń i żalów jasno wskazuje, że gimnazja nie rozwiązały żadnego problemu, za to stały się problemem samym w sobie. Co zatem z nimi zrobić? Zapytałam o to znajomych na Facebooku. Odpowiedzieli jednym głosem: „Rozwiązać”. „Zakopać”. „Zlikwidować”. – Im wcześniej, tym lepiej – wtóruje prof. Krystyna Łybacka. I dodaje, że najlepiej by było zmienić obecny system już od 2014 r., kiedy do szkół mają wejść obowiązkowo 6-letnie dzieci. Jej postulat: 8- lub 9-letnia szkoła podstawowa. Najlepiej by było, gdyby klasy I–III zostały połączone w jeden kompleks z przedszkolem. Wtedy przejście od dzieciństwa do twardej rzeczywistości uczniowskiej nie wiązałoby się z takim szokiem. Reszta klas – od IV do IX mogłaby być obok, w osobnym budynku. Potem liceum plus rozbudowana baza szkół zawodowych. Ile by to miało kosztować – nie wie.

Profesor Mirosław Handke obstaje przy swoim. Trzeba połączyć gimnazja w spójny system z liceami ogólnokształcącymi. I zadbać o nauczycieli, którzy będą mieli serce, zapał i cierpliwość do trudnej wychowawczo-edukacyjnej pracy.

Profesor Roman Dolata z Wydziału Pedagogicznego Uniwersytetu Warszawskiego postuluje, aby stworzyć system pracy z uczniami wybitnie zdolnymi, zwłaszcza z tymi z małych miejscowości, bo to jest największa dziura w naszym systemie. Ale generalnie rzecz biorąc: nie potrzeba nam w systemie rewolucji. W oświacie bardziej liczy się cierpliwość i dobre rozpoznanie problemów, które trzeba pracowicie rozwiązywać. – Trzeba przystosować dydaktykę do nauki z e-booków – dodaje Łybacka. – Bo problem tkwi w pamięci krótkotrwałej, która uruchamia się przy korzystaniu z nośników elektronicznych – mówi.

– Likwidacja gimnazjów? To jakaś intelektualna aberracja – prof. Krzysztof Konarzewski się nie zgadza na majstrowanie przy obecnym systemie. Jego zdaniem trzeba poczekać, jak sprawdzi się nowa podstawa programowa. I nawet znany ze swej niechęci do gimnazjów szef Związku Nauczycielstwa Polskiego Jerzy Broniarz prosi o zastanowienie. – Łatwo jest jednym ruchem politycznej dłoni zmienić życie 5 milionów dzieciaków i ich rodziców. Tylko co potem? – pyta. I gdyby tak zebrać te wszystkie – polityczne i oświatowe głosy do kupy – prędko się okaże, że żaden z rozmówców nie ma sprecyzowanego celu i metody. – Porozmawiajmy – proszą, domagając się ogólnonarodowej debaty. Zapraszamy więc i państwa do tej rozmowy.

PS Profesor Tomasz Nałęcz z Kancelarii Prezydenta zgadza się, że obecny system edukacji potrzebuje naprawy. I dodaje, że prezydent Bronisław Komorowski byłby zainteresowany debatą na ten temat. – Sam nie jestem wielkim zwolennikiem gimnazjów, choć może to wynikać z konserwatyzmu człowieka, który został wyedukowany w innym niż obecny systemie. Ale niewątpliwie powinniśmy na ten temat porozmawiać – mówi prof. Nałęcz.