Podobne rzeczy już mają miejsce. To od siły szkoły zależy, czy daje sobie radę z podobnymi naciskami.

Szkoła nie może być sterowana urzędniczo. Jeśli pan burmistrz jest wyznawcą kreacjonizmu, nie może mieć wpływu na to, czego uczy się dzieci na lekcjach. Wciąż mówię o autonomii szkoły, bo celem samorządów jest jej ograniczenie. Jeśli zrezygnuje się z Karty nauczyciela i ochrony, jaką zapewnia, oddamy także autonomię.

Jeśli nie szkoła pod dyktatem samorządów, to jaka? Obecny system nie działa.

To krzywdząca i niesprawiedliwa ocena, idąca z nurtem krytyków przekonanych o potrzebie rewolucji. A może warto spojrzeć na badania 15-latków, może warto poczytać, o czym piszą naukowcy znający szkoły, a pomijani w debacie, bo nie pasują do stereotypu, bo polemizują z guru, który zna się na wszystkim. Nie akceptujemy pomysłu samorządów, które chciałyby przejąć system w całości.

A nie uważa pan, że szkołom przydaliby się menedżerowie?

Szkoła to nie biznes. Tak samo jak w biznesowym otoczeniu nie może funkcjonować publiczna służba zdrowia. To prowadziłoby do nieleczenia pacjentów naprawdę chorych, którzy pomocy najbardziej potrzebują, ale nie mają na nią pieniędzy.

Pan się jednak domaga szczególnych praw dla nauczycieli – weźmy choćby kwestię przerostu zatrudnienia. Chyba zgodziliśmy się, że pedagogów jest za wielu.

Tego nie powiedziałem. Jeśli już, to że są niewłaściwie wykorzystani. Znam sytuację, gdzie dyrektor pewnej szkoły zmusił nauczycielkę wychowania świetlicowego, aby sama zajmowała się grupą 52 dzieci. Przecież to jest chore. Ale podobno na drugą świetliczankę nie ma pieniędzy.

Dobry nauczyciel powinien wiedzieć, jak w takiej sytuacji zorganizować zajęcia.

Pani przed chwilą mówiła o USA, gdzie nauczyciel jest przez cały dzień do dyspozycji dzieci i rodziców. W większości naszych szkół nie ma właściwych warunków. Nawet w pokojach nauczycielskich brakuje krzeseł i jeden nauczyciel może sobie usiąść pod warunkiem, że jego kolega w tym czasie dyżuruje na korytarzu. W mojej szkole w Skierniewicach do niedawna były jeszcze piece węglowe, w których zimową porą woźny palił.

A kiedy to było?

W połowie lat 90.

Niemal 20 lat temu, to prehistoria.

Niewykluczone, że wciąż są tak ogrzewane szkoły. Dzisiaj pretekstem dla rodziców, żeby nie posyłać do szkoły sześciolatków, jest to, że w niektórych placówkach nie ma ciepłej wody. Tymczasem to naprawdę nie jest palący problem.

Na jakiej podstawie pan tak mówi? Jeśli wziąć pod uwagę dane z ostatniego spisu powszechnego, ciepłą wodę mają dzieciaki nawet w najmniejszych miejscowościach. Tak samo jak papier toaletowy, którego w szkołach też brakuje.

Dyskusja o ciepłej wodzie wiąże się z Przepisem o wcześniejszym rozpoczęciu edukacji szkolnej jako argumentem za odroczeniem decyzji. Ale to nie znaczy, że szkoły nie są przygotowane na przyjęcie sześciolatków. To temat zastępczy, bo zamiast o korzyściach wcześniejszego rozpoczynania edukacji i wyrównywania szans edukacyjnych, a przecież o to chodzi w obniżeniu wieku szkolnego, rozmawiamy o wodzie!

O tym powinni decydować rodzice. Jednak zgadzam się z panem, że sześciolatki powinny pójść do szkoły. Problem w tym, jak ona będzie wyglądała.

To zależy od gospodarzy, czyli samorządów. Ale na pewno grupą, która jest do tego najlepiej przygotowana, są nauczyciele.

No tak, oni są po prostu fajni.

Są, w 99 proc.

Ostatnio dostało mi się od pana i kolegów po fachu za komentarz, w którym wytykałam gronu nauczycielskiemu patologie. Jak chociażby organizowanie drogich wyjazdów integracyjnych dla dzieci, za które niektórzy nauczyciele dostają prowizję od pensjonatów czy firm turystycznych.

Są organy ścigania, dyrektorzy szkół, są rodzice, nie trzeba się na takie praktyki godzić.

Zadzwoniła do mnie matka ucznia z północy kraju. Opowiedziała o sytuacji, którą przeżyła na początku roku: nauczyciel zmusił rodziców do zaakceptowania wyjazdu do Zakopanego, na który większości nie było stać.

A gdzie był dyrektor tej szkoły? Jest przecież trójka klasowa, która powinna zaoponować. Powinniśmy – jako rodzice – lepiej współpracować z nauczycielami, przecież chodzi o nasze dziecko.

Zdaje sobie pan sprawę z tego, że rodzice boją się nauczycieli, zwłaszcza w mniejszej miejscowości. Z rozmowy z tą samą panią, matką trójki uczniów: co roku na lekcje przyrody przychodzi pan z patyczakami. Trzeba mu zapłacić po 3 zł od ucznia.

To dyrektor szkoły podpisuje plan wycieczki i powinien wiedzieć, czy jego uczniów na to stać, czy nie. A pan z patyczakami to ewidentna patologia. I tu znowu powraca pytanie: gdzie był dyrektor? Czy o tym wiedział? Jeżeli tak, to dlaczego nie reagował?

To może dobrze by było, aby ZNP oprócz tego, że bije się o płace i przywileje nauczycielskie, od czego zresztą jest, wziął się też za walkę z patologiami w szkole.

Robimy to, przedstawiliśmy ostatnio obszerny dokument „Pakt dla edukacji” z konkretnymi propozycjami, ale nie jest on tak medialny jak pensum czy karta.

Papier wszystko zniesie.

Wszędzie i zawsze, kiedy jesteśmy proszeni o interwencję, robimy to. Wychodzę z założenia, że patologie muszą być ukracane albo wręcz ścigane przez prawo. Bo inaczej uderza to w nasze środowisko.

Na koniec, w żołnierskich słowach, podsumowanie. Największe wady systemu edukacyjnego w Polsce i największe zalety.

Ten system ma więcej zalet niż wad. Wadą jest to, że nie potrafimy stosować prawa, które jest. I stąd częściej w medialnym przekazie pojawia się nauczyciel, który pogryzł ucznia, zamiast tysięcy pedagogów oddanych swojej pracy.