Chodzi o dr. hab. Jerzego Gwizdałę, który tuż przed inauguracją roku akademickiego złożył rezygnację. Oficjalnie z powodów zdrowotnych, jednak prawdziwą przyczyną był skandal plagiatowy. Już pod koniec ubiegłego roku Kancelaria Prezydenta, w ramach postępowania o nadanie Gwizdale tytułu profesorskiego, została zaalarmowana o nierzetelności naukowca. Prezydent zwrócił się więc do Polskiej Akademii Nauk o zbadanie, czy rzeczywiście w pracy naukowej rektora UG doszło do naruszenia prawa autorskiego. W efekcie unieważniono postępowanie profesorskie, bo komisja ds. etyki w nauce PAN stwierdziła, że w artykule pt. „Metoda szacowania VaR w zarządzaniu ryzykiem banku” znajdują się liczne zapożyczenia całych fragmentów z pracy Katarzyny Kuziak pt. „Koncepcja wartości zagrożonej VaR (Value at Risk)”.

Z urzędu znaczy nieprędko

Pomimo tego w kwietniu społeczność Uniwersytetu Gdańskiego ponownie wybrała Jerzego Gwizdałę na stanowisko rektora. Jednak po wstrzymaniu profesury dorobkowi naukowemu rektora postanowił przyjrzeć się prof. Marek Wroński, który na łamach czasopisma „Forum Akademickie” zajmuje się tropieniem plagiatów. Wykazał on, że rektor dokonywał takich „zapożyczeń” także od innych autorów. Jeden z poszkodowanych autorów, dr Błażej Kochański z Politechniki Gdańskiej, zamieścił nawet w internecie 11-stronicowe zestawienie swojej pracy doktorskiej z artykułem Gwizdały, w którym jak na dłoni widać, że skopiowano całe akapity. Sprawę opisały też lokalne media, w efekcie czego rektor ustąpił.

I choć zastępujący rektora prof. Krzysztof Bielawski powiadomił ministra nauki o możliwości popełnienia czynu uchybiającego obowiązkom lub godności nauczyciela akademickiego przez dr. hab. Jerzego Gwizdałę i poprosił o wszczęcie postępowania dyscyplinarnego, to na temat postępowania karnego nic nie słychać. – Obecne władze UG stoją na stanowisku, że rzecznik dyscyplinarny MNiSW zadecyduje w toku postępowania, czy posiada wystarczające przesłanki, aby zgłaszać sprawę prokuraturze – informuje dr Beata Czechowska-Derkacz, rzecznik prasowy uczelni.

Tymczasem zgodnie z art. 115 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. z 2019 r. poz. 1231 ze zm.) przywłaszczenie sobie autorstwa zagrożone jest karą do trzech lat pozbawienia wolności. Co więcej, jest to przestępstwo ścigane z urzędu. Zgodnie z art. 304 par. 1 kodeksu postępowania karnego każdy, dowiedziawszy się o popełnieniu takiego przestępstwa, ma społeczny obowiązek zawiadomić o tym prokuratora lub policję. Natomiast zgodnie z par. 2 tego przepisu „instytucje państwowe i samorządowe, które w związku ze swą działalnością dowiedziały się o popełnieniu przestępstwa ściganego z urzędu, są obowiązane niezwłocznie zawiadomić o tym prokuratora lub policję”.

Z uwagi, że o sprawie informowały lokalne gdańskie media (zarówno prasa, jak i radio), sprawę z urzędu mogła też wszcząć prokuratura. – Nic mi nie wiadomo, by w którejś z podległych prokuratur rejonowych takie postępowanie zostało wszczęte – mówi prokurator Grażyna Wawryniuk, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Gdańsku. – Informacje prasowe nie skutkują same w sobie obowiązkiem wszczęcia postępowania przez prokuraturę – dodaje.

Jak okazuje się, choć skandali plagiatowych na uczelniach nie brakowało, to daje się zauważyć tendencję, zgodnie z którą surowość kary jest odwrotnie proporcjonalna do posiadanego tytułu naukowego. Wyroki sądów karnych wydanych na podstawie art. 115 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych najczęściej zapadają na kanwie spraw związanych ze splagiatowaniem pracy licencjackiej czy magisterskiej. Kończyły się z reguły albo warunkowym umorzeniem postępowania (np. na okres roku), albo grzywnami opiewającymi na kwoty od 500 zł do 3 tys. zł. Czasem sąd nakłada karę ograniczenia wolności w postaci prac społecznie użytecznych. Przykładowo cztery miesiące w wymiarze po 25 godzin miesięcznie (wyrok SR Katowice-Wschód Sądu Rejonowego Katowice-Wschód o sygn. III K 545/13).

Pogoda dla kopistów

W sprawach głośnych plagiatów oskarżeni często unikali kary w ogóle, albo była ona symboliczna. W sprawie oskarżonego o plagiat Piotra Wawrzyka z Uniwersytetu Warszawskiego żadne postępowanie nawet nie zostało wszczęte, ponieważ uczelniana komisja uznała, że sporny fragment nie miał wartości naukowej, a tylko informacyjną. Z kolei Stanisław Tymosz z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, któremu po udowodnieniu plagiatu odebrano tytuł doktora habilitowanego, w procesie karnym wystąpił o umorzenie postępowania z uwagi na znikomą szkodliwość społeczną czynu, do czego sąd się przychylił.

Inaczej było w przypadku byłego dziekana Wydziału Prawa na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, prof. Tomasza Justyńskiego. Postępowanie prokuratorskie trwało tak długo, że już w jego trakcie doszło do przedawnienia. Mimo to prokuratura zdecydowała się postawić naukowcowi zarzuty i wnieść do sądu akt oskarżenia. Sąd, z uwagi na przedawnienie, umorzył postępowanie. Za to oskarżony, który konsekwentnie twierdzi, że jest niewinny, wytoczył procesy cywilne osobom, które publicznie podnosiły wobec niego zarzut plagiatu. Na skutek zawartych ugód dystansowały się one później od swych pierwotnych twierdzeń.

Z kolei prof. Grażyna Bartkowiak z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu, za skopiowanie jednej trzeciej pracy magisterskiej swojej magistrantki straciła prawo do wykonywania zawodu. Na rok.

Co jest przyczyną tego stanu rzeczy? – Po prostu plagiat to nie grzech, a w naszym kraju pogoda jest dla plagiatorów – mówi prof. Marek Wroński. – Zanikło poczucie wstydu, zaś środowisko, w szczególności gremia kierownicze uczelni, nie reagują. O ile 10–15 lat temu nierzetelność naukowa kwitła na trzeciorzędnych uczelniach, to teraz jest już na najlepszych uniwersytetach czy politechnikach – dodaje.

Jak zaznacza, będzie jeszcze gorzej, bo za pomocą tzw. ustawy 2.0, czyli prawa o szkolnictwie wyższym i nauce (Dz.U. z 2018 r. poz. 1668), dokonano niejako sanacji dla plagiatorów.

– Wprowadzono w niej 10-letnie przedawnienie, którego wcześniej nie było, bo na świecie oszustwa i plagiaty się nie przedawniają. To gwarantuje po upływie dekady praktyczną bezkarność, ponieważ nie ma już wówczas możliwości anulowania stopnia czy tytułu, jeśli plagiat zostanie ustalony po np. 11 latach – podkreśla prof. Wroński.


opinia

Plagiat ma wiele postaci

prof. Jan Błeszyński, radca prawny, specjalista w zakresie prawa cywilnego, prawa autorskiego oraz prawa własności intelektualnej

Ustawa o prawie autorskim nie posługuje się terminem plagiat. Jest to określenie używane zwyczajowo, niestety, w bardzo różnych znaczeniach, najczęściej jako synonim szeroko rozumianego naruszenia prawa do autorstwa utworu. Takie naruszenie może mieć jednak wiele postaci. Może polegać nie tylko na przywłaszczeniu autorstwa utworu lub wprowadzenia w błąd co do autorstwa, ale też na wykorzystaniu cudzego utworu w zakresie jego oryginalnych elementów, np. w zakresie cytatu, streszczenia albo omówienia, bez stosownej wzmianki o wykorzystanym utworze lub podaniu jej o treści błędnej lub niepełnej.

Osobnym zagadnieniem jest bezpodstawne przypisywanie sobie współautorstwa utworu z racji np. prowadzenia badań relacjonowanych w utworze lub promotorstwa prac naukowych. Często polega to na niedopuszczalnych praktykach ignorujących różnice pomiędzy autorstwem lub współautorstwem utworu i pełnieniem przy jego powstawaniu roli promotora, kierownika badań, w ramach których doszło do jego stworzenia, opiniodawcy, osoby zamawiającej utwór dostarczającej określonych założeń i różnego rodzaju pomocy merytorycznej, organizacyjnej lub finansowej – niedających podstaw do wywodzenia z tego tytułu autorstwa lub współautorstwa utworu.