Wzmacnia więzi rodzinne i pozwala się cieszyć wolnym czasem – czy edukacja domowa to antidotum na szkolne problemy?

W środowisku medycznym często do pacjenta podchodzi się metodą „nierozpieszczania”. Według tej teorii lepiej nie udzielać za wielu informacji, nie być zbyt miłym i pomocnym, bo im więcej się pacjentom poświęci czasu, tym więcej będą wymagać, a po co nam taki kłopot? To jest niepisana reguła, której duża część pracowników się podporządkowuje. Ja nie mam zamiaru. Czy to źle? Nie wydaje mi się. Oczywiście nie jestem jedyną miłą i pomocną pielęgniarką, ale wiele razy zdarzało mi się obserwować niechęć medyków do wyjścia naprzeciw potrzebom pacjenta, nawet jeśli kosztowałoby to zaledwie parę minut rozmowy i uśmiech, a także doradzanie podobnej postawy młodszym pracownikom – tak Kinga Lubańska, która od pierwszej klasy szkoły podstawowej do matury uczyła się w domu, odpowiada na pytanie, czy ma problemy z podporządkowaniem się normom społecznym. To wszak jeden ze stereotypów, z którym mierzą się absolwenci edukacji domowej. – Są też bardziej przykre kwestie: nieetyczne i nieprofesjonalne czyny i postawy, których się nie tylko nie piętnuje, ale nawet nie dostrzega. Taka zmowa milczenia. Jeśli szkoła uczy podporządkowania się takim niepisanym normom, to dziękuję.

Autentyczna wiedza

Reklama

Edukacja domowa to alternatywny wobec klasowo-lekcyjnego sposób nauki. Jak przyznają rodzice, którzy wybierają edukację domową, chodzi o poszukiwanie autentyzmu, takiego modelu, w którym dziecko będzie najlepiej się rozwijać. Jedni decydują się na nią, bo uważają, że między treściami przekazywanymi w szkole i w domu jest sprzeczność. Inni są przekonani, że to najbardziej skuteczna forma nauczania, bo pozwala na pełną indywidualizację. Jeszcze inni uznają po prostu, że to rodzic, a nie państwo, jest odpowiedzialny za edukację dziecka.

W powojennej Polsce domowe kształcenie oficjalnie nie było możliwe do 1989 r. Do łask powróciło wraz z uwolnieniem rynku edukacyjnego. Początkowo stosowała tę formę jedynie garstka pionierów. Dziś uczniów realizujących program szkolny w domowym zaciszu jest 14 tys. Choć to tylko 0,3 proc. wszystkich, liczba wybierających taką formę rośnie z roku na rok – tylko między 2016 a 2017 r. o 26 pkt proc. Najwięcej, 12 tys., to dzieci z podstawówki. Z gimnazjów w taki sposób kształci się 907 uczniów, a z liceów – 556. Duża część tych uczniów to dzieci, które przebywają za granicą, a rodzicom zależy, by otrzymały polskie świadectwo.

Reklama

Światowym liderem w homeschoolingu są Stany Zjednoczone. Tam domowa szkoła jest legalna we wszystkich stanach, a tę formę rodzice wybrali dla ok. 3 proc. wszystkich uczniów. To ponad 1,5 mln dzieci. Nie wszystkie kraje patrzą jednak przyjaźnie na edukację domową. Jest ona nielegalna np. w Niemczech – tam obowiązek szkolny trzeba spełniać w ławce. Za uchylanie się od niego grożą surowe kary.

W Polsce dziecko musi być zapisane do tradycyjnej szkoły. To jej dyrektor wyraża zgodę na to, by uczeń kształcił się w domu, i odpowiada za sprawdzenie jego wiedzy – co najmniej raz w roku musi zdać egzaminy z obowiązkowych przedmiotów. Egzaminują pedagodzy szkoły, do której uczeń jest zapisany. To podstawa do wystawienia cenzurki.

Co w międzyczasie? Ilu uczniów, tyle koncepcji. Edukacja domowa pozwala bardzo elastycznie dopasować się do dziecka. Zofia Olszowska, dziś studentka edukacji artystycznej na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu, łącznie była w homeschoolingu przez trzy lata. Za pierwszym razem, w szóstej klasie, miała kłopoty z nauką matematyki. Przychodziła więc na zajęcia do pani, która nie dość, że uczyła ją tego przedmiotu, to jeszcze zabierała uczennicę na długie spacery, zainteresowała fotografią, lepiła z masy solnej. – Odkryłam rzeczy, które lubię robić do dziś. Kształcę się na nauczycielkę plastyki i sądzę, że to było jedno ze źródeł mojego wyboru – przekonuje.

Za drugim razem w homeschoolingu Zofia zaliczała liceum. Tym razem już ucząc się samodzielnie. – Zrezygnowałam ze szkoły po pierwszej klasie. Zainspirowały mnie obozy edukacyjne, kiedy dowiadywaliśmy się w terenie mnóstwa rzeczy, które normalnie trzeba przyswoić, siedząc w ławkach. Przekonałam się, że moim celem nie jest nauczenie się do matury, tylko zdobycie autentycznej wiedzy – wspomina. – Prawdę mówiąc, moi nauczyciele uznali, że nie poradzę sobie w domu, bo w szkole zawsze było mi trudno ze względu np. na dysleksję. Ja jednak się zawzięłam. Przez trzy miesiące, jeszcze zanim zrezygnowałam ze szkoły, układałam sobie plan, co chciałabym robić i z kim się uczyć. Na późniejszym etapie pomogła mi znajoma. Razem rozłożyłyśmy materiał, biorąc pod uwagę, które przedmioty mogę szybko zaliczyć, a na które potrzeba mi więcej czasu – dodaje.

Zofia do poszczególnych przedmiotów na własną rękę poszukiwała „mistrzów” – osób, które mogły pomóc jej przepracować trudniejsze tematy, wyjaśnić wątpliwości czy po prostu porozmawiać. – Okazało się, że tematy są dużo głębsze, niż omawiano je w szkole. Prosty przykład: na geografii w gimnazjum poznawałam rodzaje chmur. Kiedy wróciłam do nich już samodzielnie, zobaczyłam, że jest ich znacznie więcej. I tak było, czego bym się nie dotknęła – opowiada.

Nic dziwnego, że krytycy systemu formalnego szkolnictwa przekonują, że spłaszcza on obraz świata, zawęża horyzonty i uzależnia od opinii ekspertów. Praktyczny przykład? W swojej książce „Edukacja domowa. Edukacja przyszłości” podaje go Wiesław Stebnicki, ojciec piątki dzieci i gorący zwolennik homeschoolingu. „Tematem naszej pierwszej kłótni małżeńskiej (26 lat temu) było to, że Nancy zajadle broniła tego, że psy nie jedzą kości. Ja utrzymywałem, a miałem wcześniej do czynienia z wieloma psami, że jedzenie kości przez psy jest czymś zupełnie naturalnym – że psy kości jedzą, bo zawsze je jadły. W końcu zapytałem: – Co w takim razie psy jedzą? – Psy jedzą dog food – odparła Nancy. Ona przez całe życie naoglądała się pięknych, amerykańskich reklam jedzenia dla psa i do głowy jej nie przyszło, że ja mogę tę wiedzę zakwestionować. Opinia medialnych ekspertów była dla niej znacznie ważniejsza”.

Czas na życie

– Chodząc do szkoły, ani nie odpoczywałam, ani się nie uczyłam – wspomina Zofia. A jej doświadczenia potwierdzają także inni uczniowie.

Zuzanna Kozielecna homeschooling przeszła, aby zdać maturę, a przy tym autentycznie pożyć. – Chodziłam do liceum do Warszawy, a mieszkałam 40 km za miastem. Mój dzień wyglądał tak: o 5 pobudka, do 15 w szkole, o 17 w domu. Brakowało mi czasu na sen, odpoczynek, jedzenie, a także na naukę. Bardzo chciałam zadbać o normalny rytm, bo widziałam, że robię to kosztem swojego zdrowia – wspomina.

– Odeszłam z bardzo dobrej szkoły i formalnie przeniosłam się do placówki prowadzonej przez państwa Sawickich w Beskidzie Żywieckim (jedna z najbardziej obleganych szkół wspomagających dzieci w edukacji domowej – red.). Dzięki temu zyskałam czas na to, by naprawdę zgłębiać interesujące mnie rzeczy. Na przykład brałam udział w warsztatach organizowanych przez Instytut Geografii UW czy polonistycznych Instytutu Adama Mickiewicza. Uczestniczyłam też w lokalnych zajęciach w Grodzisku Mazowieckim. Wcześniej nie byłoby o tym mowy – przekonuje.

Magazyn na majówkę / Dziennik Gazeta Prawna

Jej doświadczenia potwierdzają się także w przypadku innych uczniów. Andrzej Polaszek, jeden ze współautorów książki „Edukacja domowa w Polsce. Teoria i praktyka”, tak opisuje historię swojej córki: „Mimo wielu dobrych doświadczeń był to dla nas trudny rok. Do szkoły nie mieliśmy właściwie żadnych zastrzeżeń. Problem polegał jedynie na tym, że mając porównanie z poprzednim rokiem (nauki w domu), coraz wyraźniej dostrzegaliśmy mankamenty szkoły jako instytucji. Pomimo naszego zaangażowania i olbrzymiej sympatii do tej konkretnej szkoły porównanie wypadało jednoznacznie na korzyść edukacji domowej. Dlaczego? Ponieważ odkryliśmy, że dziecko, chodząc do szkoły, nie ma czasu się uczyć! Marysia wracała do domu późno. Coraz mniej czytała. Brakowało jej czasu na rozwijanie zainteresowań. Traciła kontakt z młodszymi siostrami. Nie miała czasu na zabawę, nie mówiąc już o dodatkowych, pozaszkolnych zajęciach edukacyjnych. Co więcej, ze zdumieniem odkryliśmy, że większość czasu, który pochłania szkoła, wcale nie jest przeznaczona na naukę. Czynności »logistyczne« związane ze szkołą były bardziej czasochłonne niż nauka w roku poprzednim”.

Zuzanna uwolniona od podobnych problemów miała czas na przykład na górskie wycieczki, a z nauczycielami spotykała się, kiedy jechała w Beskid na egzaminy. Ale także korespondowała e-mailowo. – Zawsze wyjaśniali moje wątpliwości, to było naprawdę pomocne – przyznaje. A efektywność? Wyniki, które osiągnęła w czasie egzaminu, wystarczyły, by dostać się na psychologię na Uniwersytet Adama Mickiewicza.

Choć w Polsce takich analiz nie prowadzono, o jakości edukacji domowej mogą świadczyć badania przeprowadzone w USA na blisko 12 tys. dzieci ze wszystkich stanów. Pokazały, że młodzież z homeschoolingu osiąga tam znacznie lepsze wyniki niż koledzy z tradycyjnych szkół. Różnica to nawet 39 pkt w 100-punktowej skali. Jednocześnie – inaczej niż w tradycyjnej szkole – płeć, poziom wykształcenia rodziny i zamożność nie mają dużego wpływu na poziom umiejętności mierzonych testem.

Socjalizacja nie tylko w klasie

Nie samą nauką w szkole żyje człowiek. Czy e-relacje z pedagogami i brak szkolnej klasy nie doskwierają osobie w edukacji domowej? Brak autentycznej socjalizacji to jeden z najpoważniejszych zarzutów, jakie wobec homeschoolingu wysuwają jego krytycy. Dzieci kształcone w domu mają być według nich odseparowane od rówieśników, co w przyszłości będzie skutkować nieprzystosowaniem do życia w zróżnicowanym społeczeństwie.

Zuzanna zaprzecza. – W liceum nie weszłam w żadne głębsze relacje z kolegami, nie było tak, że spędzałam z nimi przerwy czy spotykałam się po szkole. Szczerze mówiąc, więcej łączy mnie z ludźmi, którzy tak jak ja zapisali się do szkoły Sawickich – poznałam ich, jeżdżąc tam na testy, i okazało się, że mamy znacznie więcej wspólnych tematów niż z kolegami z poprzedniego liceum. W przeciwieństwie do szkolnych te znajomości utrzymują się do dzisiaj – mówi i dodaje, że tworzy relacje w wielu innych miejscach: harcerstwie, duszpasterstwie, rodzinie, lokalnych grupach.

– To mit, że jedynie w szkole tworzą się relacje – uważa także Zofia Olszowska. – Prawda, w moim mieście brakowało mi drugiej osoby w moim wieku uczącej się w domu, z którą mogłabym się wymienić doświadczeniami czy zmotywować. Ale znajomości to nie tylko szkoła, ja na przykład dużo wyjeżdżałam z duszpasterstwem dominikańskim – mówi. – To na pewno jest ważna rzecz, aby zadbać o kolegów, ale to, że nie miałam ich ze szkoły, dało mi pewność, że umiem budować prawdziwe więzi, że nie jestem zależna od ludzi, z którymi jestem zamknięta w jednym budynku.

A Kinga Lubańska dodaje: – Pytanie, czy szkolna socjalizacja jest tym, czego chcemy. Jeśli moje dziecko idzie do szkoły i ma się nauczyć przeklinać, jeśli uczy się inne dzieci traktować źle, jeśli w wyższych klasach uczy się pić, palić, jest poddawane presji grupowej niewyróżniania się – w gimnazjum to wszystkie dziewczyny wyglądają tak samo – to nie tędy droga. Ważne jest dla mnie, żeby dziecko samo wiedziało, co ma myśleć. Socjalizacja nie jest wyłącznie zadaniem grupy rówieśniczej. Ważniejsi są rodzina, sąsiedzi.

Sama Kinga przyznaje, że relacje z rówieśnikami jej się nie układały. – Jestem najstarszą z ósemki rodzeństwa, więc w dzieciństwie spędzałam czas głównie z nimi. Byłam towarzyska, chętna do nowych znajomości, zabawy, rozmów, wszelkiego rodzaju interakcji z innymi dziećmi, tylko że mój entuzjazm często zderzał się z postawami, których nie potrafiłam zrozumieć. Nigdy nie chciałam pójść do szkoły i była to dla mnie bardzo duża motywacja, żeby dobrze zdawać egzaminy przedmiotowe. Nie chciałam, żeby cofnięto mi zgodę na edukację domową – mówi i dodaje, że kiedy przychodziła do szkoły na egzaminy, tylko utwierdzała się w niechęci. – Widziałam nieprzyjemne zaczepki chłopaków, powszechne oszustwa. Dzisiaj widzę to samo na studiach. Jest też presja, by nie dyskutować z wykładowcą czy nie zadawać pytań, byle tylko wcześniej wyjść do domu. Jeśli ktoś się wyłamie, jest poddawany grupowemu ostracyzmowi.

Jak przekonuje Kinga, dla niej ostatecznym sprawdzianem tego, jak poszła jej socjalizacja, jest to, że wyszła za mąż i ma udaną relację.

Wymarzony system

Na homeschooling nie ma jednej recepty. Wszystko zależy od modelu, który przyjmuje rodzina, pomysłu, zasobności. W przypadku Kingi to mama zrezygnowała z pracy i zajęła się kształceniem kolejnych dzieci (sama absolwentka ED deklaruje, że w przyszłości też chciałaby zdecydować się na taki wariant). Zofia – wchodząc w homeschooling już jako niemal dorosła – na własną rękę wyszukiwała osoby, które mogą ją poprowadzić przez meandry wiedzy. Ale są i inne pomysły – niektórzy zatrudniają korepetytorów do poszczególnych przedmiotów lub wręcz nauczyciela na zasadzie dawnych guwernerów. Albo szukają wokół siebie ludzi, którzy też uczą dzieci w domu i organizują nieformalne miniszkółki, w których wymieniają się kompetencjami. Są też pomysły zupełnie nieszablonowe. Jedna z bohaterek książki „Edukacja domowa w Polsce. Teoria i praktyka” swojego syna kształciła, podróżując. Program domowej szkoły opierał się na przygotowaniu do wyjazdu – historycznym, geograficznym, społecznym.

Gdyby Zofia mogła jeszcze raz wybierać, jak będzie uczyła się przez całe szkolne życie, zdecydowałaby się na homeschooling (choć chciałaby spróbować także w leśnych przedszkolach czy szkole Montessori). – To mój wymarzony system uczenia się. Daje mi samodzielność, ale też odpowiedzialność za moje wybory i decyzje. Dzięki niemu nauczyłam się gospodarować czasem i nie mam problemów ze studiowaniem. Szczególnie na pierwszym roku widziałam różnicę – wielu z moich znajomych miało trudności w adaptacji do systemu egzaminacyjnego. Widziałam, że to dla nich bardzo stresujący moment. Bo tu nikt nie mówi: „proszę na jutro przeczytać od strony do strony”.

– To prawda, na studiach widzę, że doświadczenie z edukacji domowej mi dużo pomaga. Egzaminy zdawałam w formie pisemnej i ustnej, więc teraz sesja na studiach jest dla mnie dużo spokojniejsza – mówi Zuzanna. Przyznaje jednak, że cieszy się z tego, że poznała różne style uczenia się. – Zawsze mówiłam o ED, że to nie jest jedyne rozwiązanie. Myślę, że gdybym dzisiaj miała wybierać, poszłabym do szkoły Montessori – ze względu na uczenie się od starszych.

– Nie wyobrażam sobie innej formy edukacji – zapewnia z kolei Kinga. – Jeśli mogłabym coś zmienić, to zapisałabym się na więcej zajęć dodatkowych. Przez 10 lat przychodziła do nas do domu pani od muzyki, pewnie skończyłam z nią program podstawówki muzycznej. Ale dzisiaj moje rodzeństwo chodzi na basen, siatkówkę, do modelarni, na zajęcia z polskiego i chemii. Ja tego wszystkiego nie miałam, a myślę, że chciałabym na przykład chodzić na jakieś zajęcia sportowe – dodaje. – Mam nadzieję, że kiedyś starczy mi determinacji, żeby uczyć tak moje dzieci. Nie wyobrażam sobie, by ktoś zadbał o ich edukację lepiej niż my.