statystyki

"Problemowi" uczniowie w szkole: Problem nierozwiązywalny?

autor: Mira Suchodolska30.06.2017, 07:23; Aktualizacja: 30.06.2017, 09:09
szkoła uczniowie

szkoła uczniowieźródło: ShutterStock

Nie ma takiej siły, która może zmusić rodziców do tego, aby poszli ze swoim zaburzonym dzieckiem do poradni psychologicznej. A jeśli nawet to zrobią, nie muszą pokazywać nauczycielom diagnozy.

Przez siedem lat toczył się proces, jaki wytoczyli niepublicznej placówce edukacyjnej rodzice za to, że relegowała z listy uczniów ich syna. Ta ostatecznie wygrała, ale pytania i problemy związane z edukacją „problemowych” dzieci zostały. Nierozwiązane. A może w ogóle nierozwiązywalne. Wrócą w przyszłym roku szkolnym.

Ministerstwo Edukacji Narodowej na siłę i wbrew opinii rodziców i specjalistów forsuje zmiany w organizacji nauczania indywidualnego i kształcenia dzieci niepełnosprawnych i niedostosowanych społecznie. Właśnie po raz drugi opublikowało projekty rozporządzeń, już poprawione po fali krytyki w kwietniu. W teorii wszystkie dzieci, które tego potrzebują, mają mieć zapewnione albo łączenie indywidualnych zajęć z lekcjami z klasą w szkole, albo nauczanie indywidualne w domu. W założeniach projekty ministerstwa zabezpieczają potrzeby dzieci, ale w praktyce zostawiają decyzję o przyznaniu indywidualnych lekcji dyrektorom, którzy nie mają na to pieniędzy. Ale przede wszystkim, żeby skorzystać z pomocy proponowanej przez MEN, dziecko musi mieć orzeczenie lub opinię z poradni, jego problemy muszą być zdiagnozowane. Gorzej, kiedy widać, że z dzieciakiem jest coś nie tak, ale nie wiadomo co. I nikt nie ma pojęcia, co z tym zrobić.

Diagnoza? Do zmiany

Nazwijmy go Jasiu – tak ma na imię chłopiec ze szkolnych dowcipów. W 2006 r. trafił do pierwszej klasy elitarnej społecznej szkoły podstawowej w Warszawie. Takiej, do której posyła swoje dzieci wyższa klasa średnia, która chętnie wyda 1,5 tys. zł miesięcznie na czesne w zamian za świadomość, że dostanie w zamian porządnie wykonaną usługę. Ich młode będzie chłonęło wiedzę od mądrych nauczycieli, jego zachowania będą korygować doświadczeni pedagodzy, do tego w cenie trzy posiłki dziennie, kółka zainteresowań, zajęcia sportowe. – Ale stawiamy na ścisłą współpracę szkoły z rodzicami. To nasza szkoła, nasze dzieci, wszystkim zależy na tym samym – mówi jeden z ojców. I zapewnia, że ta placówka – niewielka, niezbyt efektowna – jest elitarna właśnie dzięki takiemu zaangażowaniu wszystkich zainteresowanych.

Dlatego też podczas rekrutacji zwraca się uwagę nie tylko na to, czy rodzica stać będzie na regularne płacenie czesnego, lecz także, jaki ma stosunek do pracy na rzecz dobra wspólnego. Dzieci także są selekcjonowane – sprawdza się ich dojrzałość emocjonalną, to, czy potrafią się skupić, wykonać proste działania matematyczne etc. Żeby ułożyć klasy w ten sposób, aby była w nich równowaga pomiędzy dziećmi nadruchliwymi i wycofanymi. Jasiu i jego rodzice – tata prezes, mama specjalista, dobrze wykształceni, dobrze sytuowani – przeszli przez to sito.

Problemy zaczęły się dość szybko, jak mówi dyrektorka placówki, nauczycielka z ponadczterdziestoletnim stażem, już w klasach I–III, w nauczaniu zintegrowanym. Jak mówi ostrożnie (przeprasza, ale nie chciałaby następnych siedmiu lat znów spędzić w sądzie), było to nieprzestrzeganie zasad i przeszkadzanie na lekcjach. Co zaznaczali na świadectwach szkolnych Jasia.

Uśmiecham się lekko. Przeszkadzanie na lekcjach nazwałabym czymś normalnym w wykonaniu małego chłopca. Dyrektorka ciągnie dalej: począwszy od IV klasy, jego zachowania stawały się coraz bardziej niepokojące. To szło jak lawina. Krzyczał na lekcjach, nie dawał się uspokoić. Wyśmiewał inne dzieci, boleśnie z nich szydził, punktował każdą pomyłkę. Na basenie podtapiał kolegów. A raczej starał się ich topić. Skopał innego chłopca tak, że tamten musiał jechać na obdukcję lekarską – to nie było kopnięcie kolegi w kostkę. Był niebezpieczny nie tylko dla innych, ale też dla siebie. Na wycieczce uciekł nocą przez okno. Na ulicy wyrwał się i rzucił na jezdnię przy czerwonym świetle. Mały demon. Przy czym bardzo inteligentny.


Pozostało 78% tekstu

Prenumerata wydania cyfrowego

Dziennika Gazety Prawnej
9,80 zł
cena za dwa dostępy
na pierwszy miesiąc,
kolejny miesiąc tylko 79 zł
Oferta autoodnawialna
KUPUJĘ

Pojedyncze wydanie cyfrowe

Dziennika Gazety Prawnej
4,92 zł
Płać:
KUPUJĘ

Polecane

Reklama

Komentarze (7)

  • jkl(2017-07-01 14:23) Zgłoś naruszenie 196

    Biedny Jasio, nie dali mu utopić kolegi, nawet go nie pochwalili. Ty, Lola, jak sądzę, jesteś mamusią takiego Jasia, bo nie wierzę, byś bezinteresownie pisała elaboraty w obronie takich Jasiów. Co do jednego masz rację. Przedwojenni nauczyciele poradziliby sobie z taką sytuacją. Spraliby du..ko takiemu Jasiowi na kwaśne jabłko i byłby z nim spokój.

    Odpowiedz
  • lola(2017-07-01 09:21) Zgłoś naruszenie 618

    To jakie dzieci Wy chcecie mieć. To dziecko nie miało żadnej motywacji w tej szkole. Ciągle upominane ,zastraszane , za byle co oskarżane. W szkole krzyczą w domu krzyczą. I nikt nie widzi , że krzywdzą dziecko. Natomiast są dzieci inne za byle co chwalone.I to jest ta motywacja , że wiedza która przekazuje nauczyciel na lekcjach do głowy samo wchodzi. A nie kłody od samego początku podkładać . Porządny nauczyciel z powołania dostrzega problem . I wszystko robi , żeby jak najwięcej dzieci motywować, chwalić . A nie zastraszać i jeszcze mieć pretensje do rodziców. Wmawiać ADH , i wysyłać do psychologów. Albo do szkół specjalnych. Zamiast porządnie zająć się takim małym dzieckiem . Najczęściej usportowionym i motywować i chwalić. A postępy bez psychologów będą widoczne. Jesteśmy w Unii , nauczyciele mają 2 miesiące wakacji , jeżdżą po świecie i rozmawiają z innym nauczycielami . Trzeba brać przykład i wdrażać wypracowane dobre metody w innych krajach . Może w takiej Anglii dzieci motywują. W Niemczech też w szkołach różnie nieciekawie ( jugenamdy) . Natomiast w Polsce powojennej mieliśmy nauczycieli przedwojennych sprawiedliwych i dobrych . Dziecko było najważniejsze. Natomiast problem taki jest od lat kiedy w szkołach mamy dużo nauczycielek, odeszli panowie nauczyciele do przemysłu a w szkołach pozatrudniano kobiety tj od 80-tych problemy mają dzieci bardzo zdolne, ale z biedniejszych rodzin . Natomiast dzieci przeciętne , pobierające korepetycje z każdego przedmiotu wynagradza się czerwonym paskiem na świadectwie. W TEN O TO PROSTY SPOSÓB DOSZLIŚMY DO WNIOSKU , że w POLSCE MAMY "DUŻO UCZONYCH , A MAŁO MĄDRYCH"

    Pokaż odpowiedzi (1)Odpowiedz
  • lola(2017-07-01 19:13) Zgłoś naruszenie 512

    jki W końcu ktoś zauważył problem. A problem nierozwiązany leży po stronie nauczycieli ( oczywiście nie wszystkich) Są tacy , którzy szkołę traktują jak własny folwark . Natomiast dzieci nie traktują sprawiedliwie równo. Szczególnie tacy bezwzględni nauczyciele podchodzą psychologicznie do dzieci sympatycznych , cichych , wrażliwych. Takie dzieci bardzo szybko się zniechęcają , mając do czynienia z ciągłymi upominaniami , i karami i wpisywaniem do dzienniczka wymyślonych uwag. Tacy nauczyciele najczęściej zamiast uczyć , to reprezentują na zewnątrz szkołę , zasiadają w radach nadzorczych , w samorządach , są posłami , senatorami , zatwierdzają buble prawne. I w efekcie cierpią dzieci.

    Pokaż odpowiedzi (1)Odpowiedz
  • gosc(2017-07-01 13:53) Zgłoś naruszenie 014

    Mural zamiast siedzieć na forum i się użalać , to najlepiej zmień zawód jak najszybciej. Będzie to z korzyścią dla szkoły i dzieci.

    Pokaż odpowiedzi (1)Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Dowiedz się więcej

Galerie

Polecane