Samorządy muszą zmienić sposób myślenia

Brak wody będzie jednym z największych wyzwań nadchodzących miesięcy, a w perspektywie zmian klimatycznych prawdopodobnie i lat. Po ubiegłorocznej suszy przyszła bezśnieżna zima, więc wody podziemne nie miały szans odbudowania swoich zasobów. Jednym z palących problemów do rozwiązania jest więc retencja.

W Polsce zatrzymujemy zaledwie 6,5 proc. wody opadowej, reszta spływa do rzek, a następnie ucieka do morza zbyt szybko, by przeniknąć do wód podziemnych.

Już teraz realizowanych jest wiele programów, które mają ograniczać zjawisko suszy w miastach i na wsi, a także służyć zatrzymywaniu wody. Są to m.in. plany adaptacji do zmian klimatu w miastach powyżej 100 tys. mieszkańców czy program dofinansowania modernizacji istniejących systemów nawadniania dla rolników. Najpóźniej w pierwszym kwartale przyszłego roku ma być zaś gotowa ostateczna wersja rządowego Programu Przeciwdziałania Niedoborowi Wody na lata 2021‒2027. Z założeń wynika, że łączny koszt najpilniejszych działań planowanych w najbliższych latach to ok. 10 mld zł. Program zakłada połączenie wszelkich dostępnych metod retencjonowania wody: retencję dużą, małą, sztuczną, naturalną oraz meliorację. W załączniku do przyjętych założeń znalazł się wykaz 94 inwestycji.

Działania proste i widowiskowe

Pieniądze będą, pytanie jednak, czy dotychczasowy sposób działania, czyli budowa zbiorników retencyjnych, wystarczy. To najbardziej powszechny wśród włodarzy sposób na radzenie sobie z uciekającą wodą – w ramach konsultacji społecznych programu Stop suszy najwięcej wniosków samorządów dotyczyło właśnie budowy zbiorników retencyjnych (wnioski, które zyskają akceptację, będą mogły otrzymać dofinansowanie). Jednak hydrolodzy przekonują, że takie działania to za mało. – W ten sposób fundujemy sobie oazy na pustyni, ale nie rozwiązujemy problemu pustyni – mówi dr inż. Marta Wiśniewska z Uniwersytetu Warszawskiego. Także Jan Ruszkowski z organizacji Polska Zielona Sieć przekonuje, że beton nie jest rozwiązaniem. – Maleje suma opadów umiarkowanych, rośnie zaś częstotliwość zjawisk ekstremalnych, w tym opadów nawalnych. Ponieważ mamy na to wpływ bardzo ograniczony, całą moc trzeba skoncentrować na zatrzymywaniu wody w zlewni i odbudowie naturalnych zasobów wody podziemnej, a nie na budowie betonowych zbiorników – podkreśla. O konieczności zmiany kierunku mówi też dr Kinga Krauze z wydziału Biologii i Ochrony Środowiska Uniwersytetu Łódzkiego. – Budowa zbiorników to nie jest zarządzanie wodą, której nie ma, a tą, która jest. A my wody nie mamy. W ten sposób tylko dobijemy przyrodę – zaznacza.

okładka TGP 21 lutego 2020

okładka TGP 21 lutego 2020

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Jest nadzieja na zmianę podejścia, bo w dokumentach unijnych dla kolejnej perspektywy finansowej rysuje się kierunek na błękitno-zieloną infrastrukturę, czyli renaturalizację rzek, nawadnianie torfowisk, wykorzystywanie pól i mokradeł. Jan Ruszkowski zwraca uwagę, że dotychczasowy system kryteriów unijnego wsparcia dla projektów retencyjnych był i jest nadal skonstruowany wadliwie. Zachęca do sięgania nie po rozwiązania skuteczne, lecz te, które można najłatwiej policzyć i zaraportować. – Dlatego wciąż pokutuje bezsensowne parcie na budowę zbiorników retencyjnych – podkreśla Ruszkowski. Z kolei Marta Wiśniewska zauważa, że w zeszłej perspektywie finansowej w regionalnych programach operacyjnych była możliwość dofinansowania małej retencji. – Liczyliśmy, że pojawią się projekty inne niż zbiorniki, ale w regionach przyjęto takie kryteria wyboru projektów, że pieniądze przeznaczono właściwie wyłącznie na nie – dodaje. Dlaczego tak się dzieje? – Zbiornik jest widowiskowy. Można powiedzieć: nasz burmistrz, nasz wójt zrobił zalew, nad którym latem urządzimy grilla. To bardziej efektowne niż odtworzenie 300 ha torfowiska. Nie ma gdzie przeciąć wstęgi. Do tego potrzeba odwagi i ambicji – zauważa Marta Wiśniewska.

>>>>>>>>>>>>>>>TO TYLKO FRAGMENT TEKSTU. PEŁNĄ TREŚĆ PRZECZYTASZ W DZISIEJSZYM WYDANIU TGP <<<<<<<<<<<<<<<<<<