Ostatnio Kia zaprosiła mnie na zupełnie inny rodzaj imprezy – taką, na której zamiast dziennikarzy byli głównie blogerzy, youtuberzy oraz influencerzy. Wiecie kim jest influencer? To człowiek, który zaraz po przebudzeniu robi telefonem zdjęcie swojego odbicia w lustrze, wrzuca fotkę na Instagrama, a wtedy kilkaset tysięcy ludzi pisze w komentarzach: „Piękne” i „Super wyglądasz”. Ewentualnie „Jakiego kremu pod oczy używasz?”. Albo „GdZie KuPiłeŚ to LuStRo, bo BaRdZo mi się PoDoBa, ale nie WieM GdziE je SprzEdajoM”.

Dawniej „influencerami” byli Nelson Mandela, Janusz Korczak, Karol Wojtyła czy Wisława Szymborska. Dziś są nimi Jessica Mercedes, Anna Lewandowska, Selena Gomez i Dwayne Johnson. Oraz mnóstwo dziewczyn i chłopców z całego świata, którzy są bożyszczami dla pokolenia Y w swoich rodzimych krajach. I to głównie oni uczestniczyli w prezentacji nowej Kii. Wiecie, jak to wyglądało? Kotara poszła w górę, jakiś człowiek z koncernu powiedział „Szanowni Państwo, oto Kia ProCeed”, a następnie wszyscy zaczęli pić prosecco, jeść ośmiorniczki, gibać się w rytm muzyki puszczanej przez światowej sławy DJ-a, a także robić sobie tatuaże i pielęgnować fryzury u słynnego barbera, sprowadzonego specjalnie w tym celu z Londynu. Nie żartuję. Kompletnie nikogo nie interesowało to, ile koni ma silnik samochodu, kiedy będzie dostępny na rynku, jaką pojemność ma bagażnik itp. Cel był tylko jeden – zrobić sobie zdjęcie z autem tak, żeby przy okazji porysować jego zderzak szpilką louboutina.

Jeżeli chodzi o samego ProCeeda, to mamy tu do czynienia z czymś naprawdę nietuzinkowym – auto jest przedstawicielem bardzo rzadkiego gatunku shooting brake, czyli kombi z tyłem przywodzącym na myśl samochody coupé. Założenie jest proste: ma być praktycznie i ładnie jednocześnie. Koreańczykom udało się z przytupem wejść w niszę. I choć nie ma tu mowy o zaskoczeniu tak dużym, z jakim mieliśmy do czynienia w przypadku Stingera, to Kia ponownie udowodniła, że wyrosły jej cojones – stała się pewna siebie, odważna, nie boi się wychodzić przed szereg, eksperymentować, a nawet prowokować. Chcecie wiedzieć coś więcej na temat samego ProCeeda? Przykro mi bardzo, ale wam nie pomogę. Za to mógłbym napisać odrębny felieton o grillowanych ośmiorniczkach, kalmarach i prosecco, które serwowano tego wieczoru.

Przyznaję bez bicia – atmosfera blogersko-influencerskiej imprezy udzieliła się i mnie. Ale gdy następnego ranka obudziłem się z lekkim bólem głowy, a następnie uśmierzyłem go kieliszkiem wybornej cavy, dotarło do mnie, że niedługo już nikt nie będzie dawał mi aut do testowania. Głównie z tego powodu, że nie mam włosów, tatuaży i trenera personalnego, a na Inście dorobiłem się ledwie 293 obserwujących. W dwa lata. Jestem więc influencerem w takim samym stopniu, w jakim mój pies żyrafą. Tymczasem to właśnie „autorytety” sprzedają dziś wszystko – buty, biżuterię, zegarki, kosmetyki, telewizory, maszynki do golenia, środki do czyszczenia kuchenek i gładź szpachlową. A teraz dołączać zaczynają do tego samochody. Serio. Znam człowieka, który nie ma nawet prawa jazdy, ale jedna z dużych marek zapłaciła mu sporo kasy za to, że zrobił sobie kilka fotek z ich najnowszym modelem i wrzucił je do sieci.

Wszystko to pcha mnie w kierunku teorii, że w dzisiejszych czasach auta są jak ubrania. Nie oczekujemy od nich w zasadzie niczego, poza tym żeby były modne, ładne, dobrze skrojone i porządnie uszyte. To efekt tego, że rywalizacja na motoryzacyjnym rynku jest dziś mocno wyrównana i trudno wskazać definitywnych zwycięzców w kategoriach takich jak osiągi, zużycie paliwa, praktyczność, niezawodność, bezpieczeństwo itp. Dlatego zaczęliśmy po prostu kupować oczami – to, co nam się podoba, a nie to, co wygrywa jednym punktem porównanie w „Auto Świecie”.

Jednak czasami któremuś z producentów udaje się zbudować coś naprawdę wyjątkowego. Tak jest nie tylko w przypadku ProCeeda, lecz także volvo XC40, którym przejechałem przez ostatni tydzień 1,8 tys. km. Zacznijmy od tego, że dawno nie było tak kanciastego volvo w dobrym tego słowa znaczeniu. Choć nadwozie jest oryginalne i utrzymane w stylistyce innych modeli marki, to jednocześnie ma pudełkowaty kształt, co zaowocowało większą ilością miejsca we wnętrzu niż w przypadku XC60. Jest go mnóstwo w każdym kierunku, także na tylnej kanapie. Sprężyste zawieszenie, wyciszenie wnętrza i ogólny komfort powodują, że nawet przejechanie ciurkiem 1000 km nie stanowi problemu. Choć pod maską miałem do dyspozycji zaledwie 156 koni z trzech cylindrów i tylko 1,5 litra pojemności, to autentycznie odniosłem wrażenie, że to doskonały wybór do tego auta. Jedyne, czego mi brakowało, to momentu przy niższych obrotach i automatycznej skrzyni biegów (ma się pojawić w ofercie później). Ale już dynamika nie pozostawiała niczego do życzenia (9,4 s do setki), podobnie jak zużycie paliwa – średnio 8 litrów przy normalnej jeździe to naprawdę niezły wynik jak na 1,7-tonowego crossovera. I to wszystko za niecałe 130 tys. zł. Albo 150 tys. zł w bardzo bogatej wersji Inscription.

Humor psuła mi nieustannie tylko jedna rzecz – materiały wykończeniowe, jakie kompletnie nie przystają do Volvo. Plastik, z którego wykonano środkowy tunel, powstał chyba z przerobienia wszystkiego, co Szwedzi znaleźli na pobliskim wysypisku. Wykładzina, jaką obito boczne drzwi, w markecie kosztuje 19,90 za metr kwadratowy, a wiele elementów wnętrza ma fatalną fakturę.

Podsumowując: XC40 T3 to odpowiednik modnych, casualowych pantofli. Są ładne, wygodne, idealne na co dzień i bardzo praktyczne. Uwielbiacie w nich chodzić. Jesteście zatem skłonni wybaczyć producentowi, że środek zrobił ze skaju, a podeszwę z najtańszej chińskiej gumy. Grunt, że wierzch jest z prawdziwej skóry, pięta was nie obciera i nie trzeba ich sznurować. XC40 T3 to po prostu mokasyny.