Aha, i jeszcze ludzi, którzy kochają biegać, robić przysiady i zajadać się jarmużem. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że grupy te nie przegapią żadnej okazji, by obrzucić się we wpisach tym, do usuwania resztek czego służy papier „Mola”. A najbardziej agresywni są miłośnicy kotków i piesków.

Jest jeszcze trzecia rzecz, która nie podoba mi się w FB – fakt, że dla wielu ludzi staje się on podstawowym źródłem wiedzy. „Co polecacie na komary?”, „Gdzie kupię w niedzielę goudę?”, „Co to jest Grenlandia”, „Mamo, podasz mi papier?”. I tak w kółko. Niektórym nie chce się już nawet odpalić Google’a i wstukać hasła w wyszukiwarkę – uważają, że świat zaczyna się i kończy na Facebooku. A to nieprawda. Jest jeszcze Instagram. I choć konto na nim mam już dwa lata, to dopiero niedawno zacząłem nieco intensywniej z niego korzystać. Dlaczego? Bo wszystko, co można na nim znaleźć, to zdjęcia i króciutkie filmy. Jedne gorsze, drugie lepsze, a niektóre naprawdę świetne. Co jednak najważniejsze – wszystkie autorskie i tylko tych ludzi, których sam mam ochotę obserwować. Nie chcecie czytać o polityce? Nie ma problemu. Chcecie pooglądać fajne samochody – proszę bardzo. Interesują was piękne krajobrazy? Już się robi! Wolicie okrągłe Brazylijki? Oto one! A wszystko to, bo komuś chciało się wyciągnąć z kieszeni smartfona i cyknąć ciekawe zdjęcie. Podoba mi się to, więc sam zacząłem częściej pstrykać foty – głównie samochodom, którymi jeżdżę. I dzieciom, które ciągle plączą się pod nogami, w związku z czym trudno jest mi zrobić fotę autu tak, żeby akurat nie było ich na niej widać.

Instagram jest naprawdę spoko. Z jednym wyjątkiem – instastory, czyli 24-godzinnych relacji, zamieszczanych najczęściej w postaci filmików. Niektórzy nie potrafią zjeść kanapki z pasztetową i tego nie uwiecznić. Mlecz, który wyrósł w skrzynce na ich balkonie, jest wystarczającym powodem, żeby podzielić się tą radosną nowiną ze światem przy pomocy dwunastu filmików. I jeszcze te rozmazane, dwusekundowe, nic niemówiące ujęcia sojowej latte, drzew w parku albo miasta w środku nocy kręcone jakimś Boomerangiem.

„O, ta herbata z cytryną wygląda tak ładnie, że muszę ją pokazać na Insta i powiedzieć o niej parę słów”. „Patrzcie, zaczynam lunch. Mamy tu jarmuż, makaron ryżowy i kotlety z cieciorki. Mniaaaaaaam!”. Żeby nie było, że generalizuję – niektóre relacje są fajne. Z przyjemnością oglądam np. te o podróżach czy samochodach. Bo z nich czegoś pożytecznego się dowiaduję – np. gdzie warto udać się na wakacje albo czym się przejechać. Nie zmienia to faktu, że wiele osób odczuwa dziwną potrzebę dzielenia się swoim prywatnym życiem z całym światem. I niestety, czasami przybiera to żałosną, niestrawną formę filmików, na domiar złego tak fatalnych pod względem jakości, jakby kręcone były żelazkiem.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

A przecież można pokazać światu, że się wam powodzi i jesteście bardzo zadowoleni z życia zupełnie inaczej. Z klasą, na poziomie, ale jednocześnie z przytupem. Jak? Wystarczy, że kupicie sobie jakieś auto, w którym będzie was bardzo dobrze widać. Na przykład Porsche 718 Boxstera GTS albo 911 4 GTS cabriolet. Zacznijmy od tego pierwszego.

Możecie być pewni, że zanim ludzie zobaczą was w Boxsterze, to najpierw was usłyszą. Możliwe nawet, że będziecie wtedy jeszcze w innym województwie, bo sportowy wydech tego auta jest tak donośny, że potrafi rozpędzić chmury. Co prawda 2,5-litrowy silnik GTS-a ma tylko cztery cylindry, ale Niemcy zadbali o to, by nie stracił wyjątkowego charakteru – bardzo chętnie kręci się do ponad 7 tys. obrotów, a każdy z 365 koni ma ADHD. Pierwsza setka pojawia się na liczniku po 4,3 sekundy, a maksymalna prędkość wynosi 290 km/h.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

To jednak tylko liczby, które może dają jakieś pojęcie o tym, jak szybki jest Boxster GTS, ale kompletnie nie obrazują tego, jak jeździ. A robi to obłędnie. Silnik umieszczono tuż za waszymi plecami, a raczej pośladkami, dzięki czemu auto ma idealny rozkład masy i niski środek ciężkości. W praktyce oznacza to tyle, że prowadzi się jak gokart – jest stabilne, zwarte i przewidywalne. Kierunek jazdy zmienia szybko jak ważka, trzyma się drogi jak kleszcz, a wyprowadzony z równowagi zamiata ogonem jak szczeniaczek labradora. Tyle że o ile nad psim ogonem nie jesteście w stanie zapanować, o tyle Boxstera w poślizgu można prowadzić samymi myślami. Samochód podpowiada wam, co macie robić, a resztę załatwia wasza intuicja. I jeśli jej zaufacie, nie zdejmiecie nogi z gazu, tylko wdepniecie ją jeszcze głębiej, to dym z opon i łunę endorfin, jakie wydzielił wasz organizm, widać będzie z kosmosu.

Przyznaję, że kiedyś kompletnie nie rozumiałem tego auta – było dla mnie za małe, za twarde, za głośne, zbyt prowokujące, niepraktyczne, nieco wulgarne. Dziś za to wszystko je uwielbiam. Porsche 718 Boxster GTS jest w świecie samochodów tym, czym Corvous Racer 540 w świecie Boeingów, Airbusów i Embraerów. I bardzo dobrze, że ma tylko dwa miejsca – z czystym sumieniem mogłem odmówić dzieciom zabrania ich na pokład, pojechać w jakieś ładne miejsce i zrobić zdjęcia wyłącznie autu. I wszystko byłoby fajnie, gdyby było fotogeniczne. Niestety nie jest. O ile linia boczna i przód nie budzą kontrowersji, to tył jest zgrabny jak zad małego nosorożca. Nie podobają mi się ani ciemne lampy, ani żałośnie prezentujący się malutki spojler.

magazyn dgp 17.08.19

magazyn dgp 17.08.19

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Dla odmiany model 911 4 GTS cabriolet, do którego przesiadałem się prosto z 718, wygląda obłędnie z każdej strony. I jest jeszcze szybszy – 450 koni, 306 km/h i tylko 3,7 sekundy do setki. Można chcieć czegoś więcej? Tak. Poprzednie 911 GTS było wolnossące i dzięki temu wyjątkowe. Nowe ma turbosprężarkę i jego czar prysnął. Gdy się nim przejechałem, poczułem się trochę jak mały chłopiec, który odkrył, że tata nie wyciąga monety zza jego ucha, tylko ukrywa ją w rękawie. Rozczarowany. Nie zmienia to faktu, że nowy GTS jeździ świetnie, a dla większości klientów Porsche obecność turbosprężarki nie będzie miała kompletnie żadnego znaczenia. Być może uznają to nawet za zaletę. A najpewniej nawet nie będą wiedzieli, o co chodzi. Bo tak naprawdę 911 cabrio kupuje się po to, żeby robić jej zdjęcia, filmiki i wrzucać je na Insta, pokazując tym samym światu, jak bardzo zadowoleni z życia jesteśmy. Boxster jest dużo brzydszy, więc jego fotki nie wyjdą tak dobrze. A w rzeczywistości nawet nie będziecie mieli czasu ich zrobić. Nawet nie przyjdzie wam to do głowy. Bo o ile w przypadku 911 cabrio chodzi głównie o pokazywanie ludziom, jak przyjemne życie się prowadzi, o tyle w przypadku Boxstera chodzi o czerpanie przyjemności z życia. Po prostu można mieć porsche albo jeździć porsche. I ja wybieram tę drugą opcję.