No dobra. Pobawiliście się już troszkę w szeryfów, odegraliście rolę obrońcy uciemiężonych, pogroziliście palcem Brukseli, a teraz czas udowodnić, że naprawdę nie boicie się poważnych wyzwań. Czas zreformować Pocztę Polską!

Zakazać handlu w niedziele każdy potrafi. Wy zróbcie coś, co nie powiodło się nikomu – sprawcie, żeby do adresatów docierały przesyłki, a nie awiza. Jeśli się nie uda, spróbujcie chociaż zawalczyć o to, by człowiek – jak już pójdzie z tym awizem do placówki – nie spędzał w niej tyle czasu, co w kolejce na operację jaskry. Jestem przekonany, że jeśli komuś uda się ucywilizować pocztę, to już nic nie będzie dla niego trudne. Poważną reformę służby zdrowia machnie w dwa dni, a całe państwowe górnictwo postawi na nogi w pół godziny. Ale tak się nie stanie. Nikt nie tknie poczty nawet małym palcem u nogi. W jej placówkach już zawsze będzie czuć zapach PRL wymieszany z zapachem rabarbarowego ciasta siostry Anastazji. A wiecie dlaczego? Bo brakuje nam podstawowej cechy umożliwiającej osiąganie trudnych celów – determinacji. Jeżeli chcemy dokonać niemożliwego w błyskawicznym tempie, to powinniśmy zatrudnić Koreańczyków.

Mówię to jako człowiek, który wysiadł przed chwilą z najnowszej Kii Ceed, a jednocześnie dość dobrze pamięta Kię Cerato sprzed zaledwie 10–12 lat. Taki okres w przypadku motoryzacji europejskiej to drobny kroczek. Ale w przypadku koreańskiej to skok w siedmiomilowych butach. Zacznijmy od tego, że jeszcze w latach 90. Kia była postrzegana jako tania, kompletnie nic nieznacząca marka z Dalekiego Wschodu. Pod względem prestiżu umieszczano ją między papierem toaletowym a kostką toaletową. Jakością jej auta nieznacznie odbiegały od kartonu po butach, który rozmiękł na deszczu, a prowadziły się jak taczki z gruzem. Jednym zdaniem, Kia była wówczas tanią alternatywą dla… sam nie wiem czego. Roweru Wigry 3? Bo na pewno nie dla jakiegokolwiek pełnowartościowego samochodu ze Starego Kontynentu czy Japonii.

MAGAZYN DGP 15.06.18

MAGAZYN DGP 15.06.18

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Jednak choć Koreańczycy ponosili porażkę za porażką, to się nie zrażali. Tylko powtarzali: „Jeszcze wam pokażemy!”. I ciężko pracowali. Najpierw podpatrywali konkurencję, potem zaczęli podkupywać jej pracowników (m.in. z BMW i Volkswagena). W Niemczech otworzyli centrum badań i rozwoju, na Słowacji wybudowali fabrykę. W błyskawicznym tempie przepoczwarzali się z larwy w motyla. Jeszcze nie takiego barwnego i przyciągającego wzrok, lecz wszyscy, bez wyjątków, byli pod wrażeniem. I powtarzali: „Ależ ci Koreańczycy szybko się od nas uczą!”. A za chwilę będą mówić: „Już wszystkiego się nauczyli. Czas uczyć się od nich”.

Szczerze mówiąc, na zdjęciach nowy Ceed kompletnie mi się nie podobał. Stracił na oryginalności, zadziorności, miejsce dynamicznych łuków zajęły eleganckie i modne kanty, a jako całość samochód stał się bardzo europejski. Jak Opel Astra. Albo Ford Focus. Ale to tylko dowodzi, że Kia już nie boi się bezpośredniego zestawiania ze znacznie bardziej doświadczonymi markami. Nie czuje się już Kopciuszkiem. Założyła na nogę pasujący pantofelek i za chwilę wymierzy nim kopniaka konkurencji.

Jeździłem wersją z zupełnie nowym silnikiem 1,4 T-GDi o mocy 140 koni. Bardzo podobnym do osławionego 1,4 TSI z grupy Volkswagena, montowanym choćby w Golfie. Przypadek? Nie wydaje mi się, szczególnie że oba motory mają bardzo podobną charakterystykę i idealnie nadają się do kompaktowego auta. Ten w Kii wydaje mi się jedynie nieco bardziej kulturalny i mniej hałaśliwy. To zasługa fenomenalnego wyciszenia, być może nawet najlepszego w tym segmencie. Tak dobrego, że cholernie słychać szum toczących się opon. Wyobraźcie sobie, że zakładacie swoje ulubione, superwygodne buty i wpada do nich kamyczek – właśnie tak bardzo irytują opony w Ceedzie. Możliwe jednak, że jeszcze się nie dotarły, bo przejechały zaledwie 1000 km.

Skoro przy oponach jesteśmy, to możemy zająć się zawieszeniem i układem kierowniczym. Powinniście wiedzieć, że do ich zaprojektowania Kia zatrudniła Alberta Biermanna, człowieka, który wcześniej dbał o te rzeczy w BMW. Czy teraz uwierzycie, jeżeli napiszę, że Ceed jest jednym z najlepiej prowadzących się kompaktów na rynku? Owszem kierowcy, którzy oczekują od auta miękkości na poziomie tapczanu w salonie, nie będą zadowoleni, ale miłośnicy sportowej charakterystyki zachwycą się sposobem, w jaki to auto się prowadzi, jak wchodzi w zakręty, jak dalece przesunięte ma granice podsterowności. Szczerze? Myślę, że spokojnie można by pod jego maskę wrzucić motor o mocy 250 koni i żaden z podzespołów nie miałby problemów z przeniesieniem jej na asfalt. Po cichu liczę, że chłopaki z Korei udowodnią, że mają cojones, i wypuszczą na rynek własną interpretację Golfa GTI.

Estetyka deski rozdzielczej nie budzi zastrzeżeń, choć nie jestem miłośnikiem wystających ekranów nawigacji. Wygląda to trochę tak, jakby przy projektowaniu auta o niej zapomniano, a przypomniano sobie tuż przed rozpoczęciem masowej produkcji: „Chłopaki! Nie wrzuciliśmy mapy, radia i multimediów! Dawać tu szybko tableta od Samsunga!”. Za to intuicyjność obsługi wszystkich urządzeń pokładowych jest wzorowa, jakość wykonania fantastyczna, a materiałów więcej niż bardzo dobra – całą deskę rozdzielczą pokryto miękkim materiałem imitującym trochę obszycie skórą, większość plastików sprawia wrażenie bardzo porządnych. Miejsca jest mnóstwo w każdym kierunku, fotel można obniżyć tak bardzo, że siedzi się prawie na asfalcie, i zaprojektowano go z myślą o Europejczykach, a nie – co w przeszłości było problemem wielu marek z Azji – hobbitach. Wszystko reguluje się w bardzo szerokim zakresie i muszę przyznać, że ostatni raz tak idealną pozycję za kierownicą mogłem zająć w kompakcie, gdy jechałem Golfem. Niemieckie auto ma jedynie lepiej zaprojektowany podłokietnik. Ten w Kii nie ma żadnej regulacji i jest dość mały. Wiem, że większości z was kompletnie to nie obchodzi, ale akurat dla mnie to rzecz z rodzaju must have w aucie.

Dawno, naprawdę bardzo dawno nie byłem pod tak dużym wrażeniem popularnego auta kompaktowego. Możliwe jednak, że ma to związek z tym, że wsiadając do Ceeda, nie spodziewałem się niczego nadzwyczajnego, a on z każdym kilometrem zaskakiwał mnie coraz bardziej. To tak, jakbym wszedł na pocztę, gdzie nie byłoby ani kolejki, ani siostry Anastazji spoglądającej na mnie z okładki książki kucharskiej, za to obsługiwałaby mnie sympatyczna, uśmiechnięta młoda dziewczyna. W dodatku dokładnie wiedziałaby, gdzie leży polecony do mnie, więc nie musiałbym czekać pół godziny, aż przetrzepie całe pocztowe zaplecze, aby na końcu i tak powiedzieć: „Nie ma. Zgubił się”. Ta, na pewno. Sam się zgubił…