Micheal O’Leary, prezes irlandzkich linii Ryanair, usilnie walczy o to, żeby o nim i jego firmie było głośno. Na konferencje prasowe w Polsce przychodzi czasem w biało-czerwonych perukach, wdziewa koszulki w naszych barwach narodowych, pozuje z wielkim modelem samolotu. Jest też liderem w zgłaszaniu ekscentrycznych pomysłów, np. „stojących” miejsc, które pozwoliłyby zabrać na pokład więcej pasażerów. Dość skutecznie udało mu się urzeczywistnić ideę biletów za złotówkę czy 1 euro. Ale tym razem rozgłosu wolałby chyba uniknąć.

O’Leary do tej pory efektywnie zarządzał firmą. Stała się ona hegemonem wśród tanich linii lotniczych. Rocznie przewozi ponad 100 mln pasażerów. Co roku zwiększa zyski. Od kwietnia 2016 do marca 2017 r. linia zarobiła 1,32 mld euro. Mimo to Ryanair stał się niedawno negatywnym bohaterem mediów.

Wszystko przez odwoływanie w ostatnich dniach licznych lotów. Każdego dnia w całej siatce kasowanych jest 40–50 rejsów. Dotyczy to także lotów z Polski, m.in. z lotnisk w Krakowie, Modlinie czy z warszawskiego Okęcia – w najbliższych tygodniach z rozkładu może ich wypaść nawet koło setki. Taka sytuacja ma potrwać do 31 października, czyli do końca sezonu letniego. Aktualizowaną na bieżąco listę skasowanych rejsów można znaleźć na stronie przewoźnika. Problemy mogą dotknąć łącznie kilkuset tysięcy podróżnych.

Jaka jest przyczyna? W oficjalnych wypowiedziach Michael O’Leary twierdzi, że ich powodem są źle zaplanowane urlopy pilotów we wrześniu i w październiku. – Ten cały bałagan jest naszą własną winą. Szczerze przepraszamy wszystkich klientów za jakiekolwiek kłopoty i niedogodności, z jakimi musieli borykać się w ten weekend z powodu tej sytuacji – stwierdził O’Leary. Jednocześnie tłumaczy, że to nie są jakieś gigantyczne kłopoty, bo dotyczą zaledwie 2 proc. lotów jego linii, choć w sumie będzie to ok. 2 tys. rejsów.

Wśród specjalistów od lotnictwa cywilnego nie brak jednak głosów, że powody masowego kasowania lotów mogą być całkiem inne. To w dużej mierze odejścia pilotów Ryanaira do konkurencji, przede wszystkim do innej, ekspansywnej taniej linii – Norwegian. W ostatnim czasie miało ich tam przejść ponad stu. Co ciekawe, Irlandczycy zamierzali zawiązać bliższą współpracę z Norwegami. Przewoźnik z północy Europy jest wprawdzie trzy razy mniejszy, ale w ostatnim czasie rozwija połączenia dalekiego zasięgu do USA i Azji. Michael O’Leary liczył na współpracę polegającą na tym, że Ryanair będzie dowoził Norwegianowi ogromną liczbę podróżnych, wybierających się w dalszą podróż poza Europę.

Ze współpracy nic jednak nie wyszło. Na początku września Michael O’Leary w rozmowie z branżowym serwisem Travel Weekly nieoczekiwanie stwierdził, że „trudno negocjować z kimś, kto może nie przetrwać zimy”, bo „kończy im się gotówka”. Mówi się, że właśnie po tej wypowiedzi Skandynawowie w ramach zemsty mieli zaoferować pracę przynajmniej kilkudziesięciu pilotom niedoszłego partnera biznesowego. Oczywiście proponując im znacznie lepsze warunki pracy. Nie jest tajemnicą, że oszczędzający na wszystkim Ryanair także dla personelu nie jest zbyt szczodry.

Czy to chwilowe problemy, czy mogą być zwiastunem większych kłopotów taniego przewoźnika? – Mamy tu najprawdopodobniej do czynienia ze splotem różnych okoliczności, m.in. z odejściem większej liczby pilotów do konkurencji i z kumulacją urlopów. To skończyło się takim tąpnięciem. Dość szybko rynek pracy pilotów powinien wrócić do równowagi. Dziura zostanie załatana i Ryanair powinien wyjść z tych kłopotów – mówi Sebastian Gościniarek, ekspert rynku lotniczego, założyciel i partner w BBSG Baca Gościniarek i Wspólnicy Doradztwo Gospodarcze.

Jego zdaniem w dalszym ciągu postępować będzie konsolidacja przewoźników i zawiązywanie różnych sojuszy. Ryanair jako jeden z największych graczy będzie nadal chciał wzmocnić swoją pozycję. Niedawno złożył m.in. wstępną propozycję przejęcia deficytowej Alitalii. Na razie nie wiadomo, na ile poważny jest to plan.

OPINIA

Pasażer ma prawo

Zgodnie z unijnym rozporządzeniem, gdy lot jest odwołany, pasażer może domagać się zwrotu kosztów biletu lub przekierowania na inny lot. Jeśli odwołanie dotyczy lotu, który miał nastąpić w ciągu najbliższych dwóch tygodni, pasażer ma prawo do odszkodowania w wysokości 250 euro dla lotów na dystansie do 1500 km, 400 euro na dystansie do 3500 km i 600 euro na dłuższych. Jeśli odwołano lot wcześniej niż dwa tygodnie przed jego terminem, nadal można występować o odszkodowanie, ale nie na podstawie ww. rozporządzenia, co powoduje, że jego uzyskanie staje się trudniejsze. Linie lotnicze zwyczajowo rekompensują klientom dobrowolnie tego typu zmiany. Rekompensata nie przysługuje, jeśli lot został odwołany z przyczyn wyjątkowych, niezależnych od przewoźnika.

Kwestie te reguluje art. 5 rozporządzenia (WE) nr 261/2004 Parlamentu Europejskiego i Rady z 11 lutego 2004 r.