statystyki

Jak "prezesowskie" związki zawodowe w Polsce służą interesom szefów

autor: Łukasz Guza05.12.2015, 08:30
zwolnienie, praca

Podejrzenie, domysły, tajemnica poliszynela – to określenia najbardziej pasujące do zjawiska „prezesowskich” związków. źródło: ShutterStock

Nazywa się je „żółtymi” lub „prezesowskimi” . Formalnie to zwykłe organizacje pracownicze, ale w praktyce służą interesom szefa, a nie zatrudnionych.

reklama


reklama


Do sali posiedzeń Sądu Najwyższego wchodzą pielęgniarki z powiatowego szpitala. Za chwilę dowiedzą się, czy pracodawca będzie musiał płacić im wyższe pensje. Trzy lata temu zarząd placówki medycznej zaproponował pracownikom zmianę regulaminu wynagradzania, ale pięć funkcjonujących tam związków zawodowych zaopiniowało ją negatywnie. Jednolite stanowisko organizacji zakładowych blokowało zmianę. Do czasu gdy szósty związek, powstały najpóźniej i skupiający pracowników administracyjnych, zgodził się na modyfikację. To rozwiązało ręce pracodawcy, bo zgodnie z przepisami, jeśli związki nie są jednomyślne, sam podejmuje on decyzję w kwestii regulaminu. Szpital wprowadził zmiany, pielęgniarki straciły nawet po kilka tysięcy złotych rocznie. Teraz ich dobro leży w rękach ostatecznej instancji. Ale Sąd Najwyższy nie pozostawia im złudzeń – stanowisko związków nie było jednolite, więc szpital mógł samodzielnie zmienić zasady wynagradzania.

Po opuszczeniu sali na sądowym korytarzu staram się porozmawiać z pielęgniarkami. Odmawiają, twierdząc, że pracodawca zabronił im ujawniać jakiekolwiek informacje o swoim miejscu pracy. W kolejce do szatni słyszę rozmowę dwóch osób, które były obecne na sali: – Przecież ten sąd nawet nie zająknął się na temat uczciwości tego szóstego związku. Gdzie tu sprawiedliwość?

Na sali rzeczywiście ani razu nie padło określenie „żółty” albo „prezesowski” związek. Czyli powołany z inicjatywy pracodawcy lub zawładnięty przez pracowników działających w jego interesie po to, aby uniemożliwiać przyjmowanie jednolitego stanowiska przez organizacje zakładowe. Ich zgodna opinia blokuje samodzielne (najczęściej niekorzystne dla podwładnych) decyzje szefa w kwestiach dotyczących zatrudnienia. Zatem w myśl zasady „dziel i rządź” wystarczy mieć „swój” związek i przełamać jednolite stanowisko związkowców, aby móc zmieniać nie tylko warunki wynagradzania, ale też zasady wykonywania pracy w firmie (np. godziny jej rozpoczynania i kończenia) lub wykorzystania środków z funduszu socjalnego.

– Otrzymujemy wiele sygnałów od organizacji zakładowych podejrzewających, że inny związek działający w firmie ma właśnie taki charakter. Firmy sięgają po to rozwiązanie, bo przynosi im korzyści. Przypominam sobie rozmowę z jednym z prawników, który specjalizuje się w usługach dla pracodawców. W ironiczny sposób domagał się nagrody od związkowych centrali za to, że zainicjował powstanie wielu organizacji zakładowych. Oczywiście tych „żółtych” – wskazuje Paweł Śmigielski, dyrektor wydziału prawno-interwencyjnego OPZZ.

Szef wie, co dla ciebie dobre

Podejrzenie, domysły, tajemnica poliszynela – to określenia najbardziej pasujące do zjawiska „prezesowskich” związków. W praktyce niemożliwe jest bowiem udowodnienie, że dana organizacja nie działa na korzyść załogi, lecz pracodawcy. Musiałby to ujawnić sam związkowiec, który porozumiał się z pracodawcą, a to nie leży przecież w jego interesie. – Dodatkowo działa mechanizm psychologiczny: im dłużej dani reprezentanci załogi działają na zasadzie „prezesowskiej” organizacji, tym bardziej są przekonani, że postępują słusznie, a podjęcie współpracy z szefem to jedyny sposób na wywalczenie jakichkolwiek korzyści – wyjaśnia prof. Wiesława Kozek, kierownik Zakładu Socjologii Pracy i Organizacji w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego.

W rezultacie trudno jest oszacować skalę tego zjawiska w Polsce. Nikt otwarcie nie stawia konkretnym organizacjom związkowym zarzutu działania na niekorzyść zatrudnionych. Jedynie na pracowniczych forach internetowych można odnaleźć informacje, że o taką działalność są lub były podejrzewane związki funkcjonujące np. w dużej sieci supermarketów budowlanych, sieci marketów spożywczych oraz u zagranicznego armatora zatrudniającego polskich marynarzy. Zdarzają się przypadki, gdy swoje organizacje zakładają menedżerowie, w tym nawet członkowie zarządu danej firmy – skoro świadczą pracę na rzecz przedsiębiorstwa, to mają prawo do własnej reprezentacji. Tak jak szeregowi pracownicy.

Również w – wydawałoby się ewidentnym – przypadku wspomnianego szpitala, który zmienił pracownikom regulamin wynagradzania, niełatwo jest wykazać, że związek zrzeszający pracowników administracyjnych zadziałał wyłącznie na korzyść pracodawcy, a nie zatrudnionych. W odpowiedzi na pytanie DGP wspomniana organizacja związkowa zaprzeczyła, aby to dyrektor placówki inicjował jej powstanie. Powołano ją – zdaniem samych związkowców – aby zadbać o interesy tych zatrudnionych w szpitalu, którzy nie wykonują zawodów stricte medycznych (lekarza lub pielęgniarki). Dlaczego w takim razie pozytywnie ocenili propozycję obniżenia wynagrodzenia? – Bo zmiana nie była niekorzystna dla wszystkich grup pracowników. Poza tym pielęgniarki, które na zmianie straciły, wcześniej wywalczyły sobie podwyżkę wynagrodzenia – odpowiedział związek.


Pozostało jeszcze 79% treści

PROMOCJA
Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc już od 33,00 złZamów abonament

Przeczytaj artykuł
Koszt SMS-a 2,46 złZapłać sms-emMasz już kod?
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję

Polecane

reklama

  • znam temat(2015-12-06 17:42) Odpowiedz 20

    W kopalni Sośnica większość stanowią żółte związki.

  • XXYYZZ(2015-12-05 10:05) Odpowiedz 20

    Z powszechnej praktyki wiadomo, ze DO SĄDU NIE IDZIE SIĘ PO SPRAWIEDLIWOŚĆ, A JEDYNIE PO WYROK. ZZ w Polsce zatraciły swój ideowy i statutowy charakter. Wiele z nich służy jedynie etatowym związkowcom i markowaniu swoich zadań. Są upartyjnione i na smyczy pracodawców. I nie jest to demagogia, a obserwowana rzeczywistość! Strategia związkowych liderów polega na pokrzykiwaniu, bezskutecznych zadymach i nie narażaniu się za bardzo szefom i zarządom pracodawców. Nielogiczne są wysokie/wielokrotne pensje pracownicze liderów ZZ, kilka, kilkanaście lub więcej związków jednej branży zawodowej. W tej sytuacji prezesi związkowi zrobią WSZYSTKO, żeby utrzymać etaty, a wielość ZZ będzie walczyć między sobą o racje i wpływy, zapominając o celu powstawania związku. Podmiot czyli PRACOWNIK, wykorzystywany, krzywdzony, okłamywany i manipulowany jest nieświadomy gry zakulisowej pomiędzy baronami i pracodawcami. Nic się nie zmieni dopóty, dopóki związki nie będą naprawdę niezależne - DOSŁOWNIE! Poza terenem zakładów pracy, utrzymywane TYLKO z pozyskiwanych składek, a pensje liderów będą równe ich ostatniej pensji, kiedy byli czynni zawodowo. Nie będzie patologii, a empatia i świadomość społecznej roli pozwoli pracownikom uwierzyć w sprawiedliwość, a nie wyroki!

    Pokaż odpowiedzi (1)
  • Czesław Tułacz(2015-12-31 15:20) Odpowiedz 00

    Opisane przez Pana redaktora zdarzenie jest typowe , charakterystyczne chociaż prymitywne. Także komentarz - no cóż również bezsprzeczny.. Natomiast skoro są to bolesna jak i dolegliwe działania - bacząc z perspektywy pracowników , ważniejszą kwestią jest ich szczegółowa zarówno diagnoza jak i narzędzia do uniemożliwiania takim praktykom. A tokowe są !!!!. Piszę to nie z autopsji a prawie czterdziestoletniego doświadczenia , obok pracy zawodowej, pomocą służąc pracownikom w dochodzeniu swoich praw, i to wyłącznie w oparciu o funkcjonujące prawo, tak przed zmianą ustrojową jak i po. Przy okazji uwaga; przed zmianą można było skutecznie dochodzić praw zapisanych w normach prawa pracy- wyjątek, jeśli nie dotykały wysokich poziomów polityki sic. Obecnie wydawałoby się , iż powinno być lepiej od czasu słynnej wypowiedzi nad bramą stoczni lidera strajku, iż mamy NSZZ -we. Akurat ten pan, albo się mylił albo wiedział co mówi. Jedno jest dziś pewne , że kłamał świadomie. Przykład tutaj podany jest znakomitym dowodem. Problem jest jednak o wiele szerszy, niż występujący w murach zakładowych, i to jest problem, który należałoby mocno "podkręcić". U piszącego te słowa jest materiału na parę tygodni dla Dziennika. Zatem o ile szanowny Pan Redaktor zechciałby poświęcić ciekawym problemom i dowodom o wiele poszerzającym horyzont przedmiotu opisanego wcześniej, jestem do dyspozycji. Z inspiracji pracowników i artykułu jak wyżej podejmę kolejną próbę w kolejnym medium kierując zaproszenie na kawę , celem zapoznania się z ciekawszymi problemami relacji pracownik a resztą wyboistych dróg w dochodzeniu obowiązujących praw pracowniczych w obecnej i przeszłej rzeczywistości. Do tej pory się to nie udawało, może tym razem ...???. tym bardziej, iż mamy do czynienia z pismem kompetentnym w tym przedmiocie. Zaręczam, iż można i to sporo, potrzeba jedynie odrobiny chęci no i poszukiwania rozwiązań, bo samo ubolewanie nie pomaga, może szkodzić, a nade wszystko ku radości krętaczom. Pozdrawiam załamanych

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Dowiedz się więcej

Prawo na co dzień

Galerie

Polecane

reklama