Miraż idei socjalnych i liberalnych polega na tym, że na rynku pracy istnieją z jednej strony chronione umowy o pracę, dające umiarkowaną stabilność i ubezpieczenia, a z drugiej strony umowy śmieciowe – na czas określony, umowy o dzieło i umowy-zlecenia – które stosowane są często do podobnych zajęć jak do umowy o pracę, ale nie dają żadnej ochrony i zapewniają minimalne ubezpieczenie. Dualizm rynku pracy istnieje w wielu europejskich krajach. W latach 90. i na początku XXI w. była to próba odpowiedzi na potrzebę uelastycznienia rynku przy jednoczesnym obłaskawianiu związków zawodowych. Jednak dualizm ten jest wątpliwy moralnie oraz przynosi szkody gospodarcze, co potwierdza wiele badań ekonomicznych. A w Polsce występuje on na wyjątkowo dużą skalę – odsetek umów czasowych mamy najwyższy w Unii Europejskiej.

Problem absolutnie nie leży w istnieniu elastycznych kontraktów pracowych, lecz w tym, że są one mocno nadużywane poza obszarami, dla których zostały stworzone. Bardzo wiele osób pracuje na umowach śmieciowych, bo musi.

Zacznijmy od zastrzeżeń ekonomicznych wobec dualizmu rynku pracy. Po pierwsze, wymuszona praca na kontraktach czasowych obniża zaangażowanie pracownika. Badania prowadzone w Japonii wskazały, że spadek produktywności z tego tytułu może wynosić aż 75 proc.! Po drugie, obniżają się bodźce do inwestowania pracodawcy w pracownika, kontrakt pracowy staje się bowiem umową na okresową dostawę usługi, a nie tworzeniem środowiska do rozwoju umiejętności i aspiracji pracownika. Można oczywiście argumentować, że nikt nie zakazuje pracodawcy inwestowania również w osobę zatrudnioną na czas określony, ale niestety badania MFW pokazują, że tak się dzieje relatywnie rzadko – bodźce mają znaczenie. Po trzecie, w czasie kryzysu pracodawcy bardzo szybko zwalniają osoby zatrudnione na niechronionych umowach – to prowadzi do szybkiego wzrostu bezrobocia i ograniczenia popytu. Pewna ochrona miejsc pracy może działać jako bufor przeciw nieskoordynowanym działaniom firm, które nie wynikają z fundamentalnej potrzeby restrukturyzacji, ale z przejściowego strachu. Po czwarte wreszcie, możliwość odprowadzania bardzo niskich składek na ubezpieczenia społeczne w oczywisty sposób zaprzecza zasadzie powszechności systemu ubezpieczeń społecznych, a to pozwala obniżyć koszty tych ubezpieczeń.

Przeciwko dualizmowi rynku pracy można też wysunąć argumenty natury moralnej. Proces tworzenia prawa musi odzwierciedlać jakieś wartości, które są istotne dla danego społeczeństwa. Jeżeli zakazuje się pracy w Boże Narodzenie, to nie ze względu na kalkulacje tylko ekonomiczne, ale przede wszystkim ze względów kulturowych – takich przykładów można podać bardzo wiele. Stabilność zatrudnienia, przynajmniej na minimalnym poziomie, jest zaś ważną cechą rynku pracy, odzwierciedlającą wagę, jaką ludzie przywiązują do stabilności w życiu. Najbardziej liberalni komentatorzy chcieliby, żeby każdy człowiek był przedsiębiorcą – nastawionym na ryzyko innowatorem gotowym żyć w warunkach dużej zmienności. Najbardziej socjalni analitycy chcieliby wrócić do starych czasów, kiedy człowiek pół życia pracował w jednej firmie. Tymczasem między tymi rozwiązaniami istnieje cała paleta możliwości, która zaspokaja potrzebę stabilizacji przy jednoczesnym zapewnieniu elastyczności.

Co zatem należałoby zrobić? Szukaniu rozwiązań ograniczających możliwość stosowania umów śmieciowych powinny towarzyszyć działania prowadzące do obniżenia kosztów zatrudniania, żeby uniknąć ogólnego wzrostu kosztów pracy. To zaś wymagałoby znalezienia oszczędności w wydatkach Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Ponadto trzeba zwiększyć elastyczność umów o pracę dla osób młodych i z mniejszym doświadczeniem, ponieważ pracodawcy ponoszą dość duże ryzyko, zatrudniając takie osoby. Generalnie, jeżeli podejmuje się kroki w kierunku usztywnienia pewnych procesów gospodarczych, należałoby jednocześnie podjąć kroki ułatwiające firmom dostosowanie się do nowych warunków.

Ograniczenie dualizmu rynku pracy nie jest bowiem walką pracowników przeciwko pracodawcom – jest działaniem, które ma zwiększyć ogólny poziom efektywności i dobrobytu w gospodarce.

Ignacy Morawski, główny ekonomista Polskiego Banku Przedsiębiorczości