Rozpoczęła pani adresowaną do urzędników kampanię „Prosto i kropka”. Co ma się dzięki niej zmienić?

Chcemy zacząć pisać przystępnym językiem. Prostym. Przyjęłam za cel, aby z każdego, nawet najniższego szczebla administracji wychodziły zrozumiałe pisma, aby każdy szczebel administracji tworzył zrozumiałe przepisy prawa. Chcemy też, aby taki język stosowały Krajowa Administracja Skarbowa i ZUS.

Co to będzie oznaczać dla zwykłego petenta?

Każde pismo, które dostanie, ma być proste, jasne i czytelne. Bez skomplikowanych przepisów prawa, bez niepotrzebnej – jak ja to nazywam – dworskości, bez fragmentów, które dla nikogo nie są zrozumiałe. Chcemy wyeliminować wielostronne odpowiedzi, w których roi się od niepotrzebnych słów i w których nie ma zwięzłego merytorycznego wyjaśnienia.

Wyda pani polecenie służbowe i urzędnicy nagle się zmienią?

Nie, na pewno to tak nie zadziała. Rozpoczynam od szefów urzędów – chcę, aby rozpoczęli od siebie, aby ich pisma były czytelne i klarowne. Chcę, aby w kontakcie z podwładnymi potrafili własnym przykładem pokazać, na czym polega prosta i zrozumiała komunikacja.

Ale pani chyba nie pisze pism, tylko pani pracownicy?

Ale ja je podpisuję, więc zawsze czytam przed podpisaniem. Kiedy rozpoczynałam prace nad tym projektem, odpowiadałam w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów (KPRM) za departament kontaktu z klientami. I gdy czytałam odpowiedzi urzędników, zrozumiałam, dlaczego ludzie tak ich oceniają. Wiele z tych pism było całkowicie niezrozumiałych. Nic z nich nie wynikało. A przecież istotne jest to, aby w odpowiedzi napisać, jak rozwiązać dany problem i gdzie konkretnie się zwrócić. Nie wolno pozostawić obywatela samemu sobie. Dlatego też rozbudowaliśmy portal Obywatel.gov.pl, na którym można sprawdzić, na jakim etapie są wnioski wysłane do urzędu. Dzięki temu każdy z nas może w dowolnym momencie skontrolować, co urzędnicy robią w naszej sprawie.

A zna pani taką piosenkę „Ale to już było…”?

Znam doskonale i znam też kolejną jej frazę, „(…) i nie wróci więcej (…)” – to ten fragment jest moim mottem dla walki z nieprzychylną obywatelowi komunikacją. Zamykamy etap nieczytelnych, niezrozumiałych i wielostronnych odpowiedzi. To było – i nie wróci więcej.

Ten portal uruchamiała ekipa premier Ewy Kopacz. Była też akcja skierowana do urzędników o pisaniu pism urzędowych w sposób prosty. Nazywała się „Pisać po ludzku”. Powielacie pomysły. Dla obywatela nic z tego nie wynika.

Każdą akcję, której celem są ułatwienia na linii obywatel – urząd, uważam za ważną. Nadal jako administracja, jako urzędnicy, nie komunikujemy się w sposób prosty i skuteczny. A to oznacza, że kampania „Prosto i kropka” jest potrzebna. Trzeba zmieniać sposób myślenia, urzędniczą mentalność. Dla wielu „bez zbędnej zwłoki” wciąż oznacza termin do 30 dni, a dla mnie „bez zbędnej zwłoki” to jest naprawdę bez zbędnej zwłoki.

Znam urzędników, którzy pod koniec 30-dniowego terminu zwoływali wewnętrzną konferencję, zgłaszali uwagi do projektu i prosili o jego ponowne przysłanie. I dzięki temu robiło się już 60 dni.

Wciąż mamy do czynienia z takimi praktykami. Z tym również walczę.

Co pani zrobiła, aby zmienić mentalność urzędników w podległych departamentach? Wie pani, jak oni wyglądają, bo o imiona nie śmiem pytać?

Szkoda, że pan nie zapyta. Szkoda również, że nie zapytał pan o to moich pracowników – zarówno dzisiejszych, jak i każdego zespołu, którym zarządzałam. Ja na co dzień spotykam się ze wszystkimi, realizujemy zadania projektowo, a nie na zasadzie szczebla hierarchii. Drzwi do mojego gabinetu są otwarte, a dostęp do mnie ma każdy pracownik, nie tylko dyrektor.

Nie wierzę, że szeregowy urzędnik przyjdzie do pani porozmawiać o projekcie, który wspólnie realizujecie.

Dlaczego miałby nie przyjść? Jeśli realizujemy wspólnie dane działanie, to jakie ma znaczenie nazwa stanowiska? Staram się otaczać ekspertami i każdego traktuję jak fachowca. Każdy jest ważny i potrzebny. Nie moglibyśmy realizować tych wszystkich projektów bez zaangażowania każdej osoby w moim zespole.

Ale w innych resortach to chyba po staremu?

To się zmienia. Tak pracują na przykład w Ministerstwie Finansów. Zmiany następują też w terenie. Kiedyś urząd skarbowy inaczej traktował petenta, teraz coraz częściej traktuje go po partnersku.

Czyli jak przychodzi przedsiębiorca, to przybija piątkę z urzędnikiem?

To nie chodzi o przybijanie piątki, ale o w pełni profesjonalne relacje – a te wymagają doskonałej komunikacji. Te relacje zmieniły się na plus dla przedsiębiorców.

Cieszy się pani z odmrożenia kwoty bazowej dla urzędników?

Bardzo. Jestem zdania, że tych, którzy są najlepsi, z zaangażowaniem i sukcesami wspierają obywateli, dobrze wykonują obowiązki, należy doceniać.

Rozumiem, że pani ich docenia? Proszę więc zdradzić, na jakie nagrody mogą liczyć?

Wynagrodzenia wszędzie – w administracji i poza nią – powinny promować najlepszych i najbardziej zaangażowanych. Pamiętajmy, że dla pracowników istotne są również rozwój i możliwość awansu.

To ile średnio w tym roku otrzymali pani urzędnicy?

To nie jest kwestia tego, ile otrzymali moi urzędnicy, tylko szerszego spojrzenia. Musimy nauczyć się należycie doceniać dobrą pracę, a szukać oszczędności tam, gdzie jest ona wykonywana nieprawidłowo. Pamiętajmy, że od 2009 r. kwota bazowa w służbie cywilnej była zamrożona i wynosiła 1874 zł, a teraz wzrośnie do 1916 zł. Pracownicy służby cywilnej w inspektoratach terenowych i weterynarii zarabiają na poziomie płacy minimalnej, podczas gdy ten sam ekspert na rynku zarabia o wiele więcej. Udało się nam w ostatnich latach zwiększyć poziom wynagrodzeń, uruchomiliśmy inicjatywy związane z przedsiębiorczością, zmniejszyliśmy bezrobocie. W wielu miejscach musimy radzić sobie z problemem zatrzymania najlepszych pracowników w urzędzie.

Czyli na rynku zarabiają tyle, ile średnio się zarabia w pani urzędzie – ok. 8 tys. zł.

Ale to są średnie, które nie oddają realnych zarobków i to jest krzywdzące.

A pani jak jest nagradzana za dobrą pracę?

Mogę tworzyć i realizować powierzone mi obowiązki. To jest moja nagroda od premiera. Przyszłam do polityki z rynku i nie po to, aby zarabiać pieniądze. Traktuję to jako służbę.

Przychodzi taki moment w życiu, że człowiek nie chce być obojętny na sprawy, obok których funkcjonuje.

Teraz pani przemęczy się z 12 tys. zł brutto, a potem wróci do biznesu z takimi kontaktami, że w kilka miesięcy odbije sobie te niskie zarobki.

Nie podchodzę tak do tego. Doświadczenie zawodowe i rozwój są dla mnie niezwykle istotne.

A kontakty nie?

Też są ważne – jeśli w ten sposób mogę coś zrobić dla kraju.

Porozmawiajmy o mianowaniach. Nie martwi pani to, że mimo wyższych limitów po raz kolejny nie są one wypełniane?

Martwi, i to bardzo.

Z czego to wynika?

Jedną z głównych przyczyn jest zbyt niski dodatek z tego tytułu. Obecnie wynosi niespełna 800 zł. Musimy go zwiększyć.

Ale jeśli ktoś będzie na stałe związany z administracją, to może dojść do najwyższego stopnia, a wtedy dostaje ponad 4 tys. zł miesięcznego dodatku.

Proszę jednak pamiętać, że 4 tys. zł dotyczy najwyższej klasy ekspertów. Urzędnicy mianowani mają poświadczone państwowym egzaminem kwalifikacje, a takie osoby wciąż są kuszone przez rynek. Problemem jest też to, że osoby zdolne wolą odejść z urzędu do korporacji niż ubiegać się o awans.

Odchodzą nie tylko urzędnicy mianowani...

Mamy rekordowy poziom odejść z całego korpusu, na poziomie 11,1 proc.

Może odchodzą, bo przez likwidację konkursów urzędnik mianowany nie ma szans na awans na dyrektora?

Jeśli jest dobrym fachowcem, zawsze ma możliwość takiego awansu. I często awansuje.

Ilu więc ma pani w zespole dyrektorów, którzy są urzędnikami mianowanymi?

Dopiero jedna osoba zdobyła mianowanie i myślę o awansie zawodowym dla niej.

A pani dyrektorzy są spośród pracowników służby cywilnej czy spoza korpusu?

Są i jedni, i drudzy. Doceniam kompetencje i wybieram najlepszych.

Pamiętam, gdy z ramienia PSL grzmiała pani, że PiS dokonuje zamachu na służbę cywilną, likwidując konkurs dla dyrektorów. Zmieniła pani nie tylko barwy, ale i zdanie?

Dobór profesjonalnej kadry jest dla mnie cenny. A bez tych zmian trudniej byłoby mi zarządzać projektowo. Trudno mi odpowiadać za kompetencje innych dyrektorów z powołania, ale za swoich mogę ręczyć.

Czyli przekonała się pani do tego rozwiązania?

Tak. Lubię budować silny zespół, a powołanie daje mi możliwość ściągania fachowców z rynku. Jeśli menedżer odpowiada za wynik pracy zespołu, to musi mieć wpływ na jego dobór.

A jak z pozyskiwaniem fachowców na inne stanowiska?

Wciąż mamy wakaty. Często na ogłoszenie o naborze przychodzi kilka osób niespełniających kryteriów. Wielu pracowników odchodzi do firm. Dlatego urzędnicy powinni więcej zarabiać.

O ile?

Nie chcę wchodzić w kompetencje ministra finansów, ale mam nadzieję, że w przyszłym roku będą też podwyżki dla budżetówki.

Kiedy doczekamy się ujednolicenia pragmatyk służbowych i kodeksu urzędniczego?

Chcę taki projekt przygotować, aby urzędnicy mogli swobodnie przechodzić z samorządu do administracji rządowej i odwrotnie. Trzeba też zlikwidować ustawę z 1982 r. o pracownikach urzędów państwowych, która jest archaiczna. Trzeba kodeks urzędniczy dostosować do obecnych realiów, takich jak możliwość załatwiania spraw za pomocą poczty elektronicznej, komunikatorów, mediów społecznościowych.

Kiedy będzie ten kodeks?

Muszę do tego rozwiązania przekonać premiera, ale wiem, że ma podobny pogląd.

A później przy okazji zmian zwolnić ludzi zatrudnianych za rządów opozycji?

Nie. Trzeba zaznaczyć, że nie będzie wtedy żadnych zwolnień.

Ale jeśli ta pragmatyka ma być na wzór służby cywilnej, to trzeba zlikwidować konkursy na kierownicze stanowiska w samorządach.

Przypuszczam, że tak. Warto jednak zostawić taką możliwość, że każdy włodarz może jednak ten konkurs ogłosić.