Znane porzekadło radzi życzliwie, aby wśród dżentelmenów nie mówić o pieniądzach. Wśród znajomych – jeśli chce się ich nadal mieć – też lepiej nie, bo to delikatny temat, a ludzka zawiść rośnie proporcjonalnie do poziomu cudzych zarobków. Taka rozmowa jest trudna do zniesienia, zwłaszcza dla gorzej sytuowanych, którzy na co dzień ledwo wiążą koniec z końcem i bliżej im do szarej strefy niż do wyższych sfer. – Żeby wydział skarbowy zainteresował się moją osobą? Nie, dziękuję! – tak na pytanie o ocenę swojego poziomu życia zareagował właściciel zakładu stolarskiego z Warszawy. Nie on jeden zresztą. Kierowca autobusu pracujący w Ostródzie, gdy zagadnąłem go na temat zamożności, aż zaśmiał mi się w twarz. – Bardziej bym się nadawał do rozmowy na temat „Jak żyć”. Wolę nie rozmawiać o wirtualnych pieniądzach ani o tym, jak jest mi „dobrze” za tysiąc sześćset złotych netto miesięcznie. Jeżdżę za kółkiem za najniższą średnią krajową, jako pasjonat. Ale mam nadzieję, że uda mi się odbić od finansowego dna. Kiedyś... – kończy z bliżej nieokreśloną nadzieją w głosie. Gdyby chciał zostać jednym na milion, musiałby potroić zarobki, a to i tak nie dałoby mu miejsca w gronie zamożnych – nawet nie w ostatnim rzędzie przy drzwiach. Według raportu KPMG „Rynek dóbr luksusowych w Polsce” z 2014 r. na awans z ligi średniaków do ekstraklasy majętnych mogą liczyć ci, którzy miesiąc w miesiąc zastają na swoim koncie kwotę minimum 5 tys. zł netto. Dwa lata temu już nie ubogich, a jeszcze nie bogatych naliczono 878 tys., w tym roku – przeszło milion. Czy to elita zarobkowa? Dla około 70 proc. Polaków, którzy nie zarabiają nawet średniej krajowej, z pewnością tak. Trudno się dziwić komuś, kto nie dosięga do przeciętnego wynagrodzenia (w ostatnim kwartale tego roku to 4251 zł brutto), że kogoś, kto zarabia ponadprzeciętnie (minimum zamożności wyliczono na 7100 zł brutto), uważa ów za byt „wirtualny” – pozostając w poetyce ostródzkiego kierowcy. Dla niego to niepojęte – jak kurs autobusem na księżyc. Tych, którzy rzekomo zarabiają pieniądze nie z tej ziemi, nie trzeba jednak szukać tak daleko.

Pieniądze nigdy się nie kończą

Dominik Marczuk z Gdańska nie lubi oszczędzać. Nie lubi i nie umie. Bo nie musi. Jest programistą, a programiści, jak wiadomo, żyją w trochę innym świecie. A właściwie na styku światów – wirtualnego i rzeczywistego. W tym pierwszym pracują, w tym drugim wydają zarobione pieniądze, choć kierowca autobusu, stolarz czy zawsze obecna w debacie o wynagrodzeniach słynna kasjerka z Biedronki mogą mieć wrażenie, że nie tylko praca programisty jest czymś zupełnie abstrakcyjnym, ale i jego wynagrodzenie jest odrealnione. Bo Marczuk w finansowej gonitwie granicę pięciu tysięcy pokonuje z dużym zapasem. Próg, do którego innym trudno dobiec albo o który łatwo im się potknąć, on dawno ma za sobą. – Po zapłaceniu podatku i odprowadzeniu ZUS-u zostaje mi 13 tys. na czysto. Trochę mniej w lutym, bo luty jest najkrótszym miesiącem w roku, a jako że nie mam umowy o pracę, firma, której wystawiam fakturę, płaci mi od przepracowanego dnia – mówi bez ogródek. Nie robi tajemnicy z tego, ile zarabia. No, może trochę przed rodzicami, którym nie zwierza się, że co tydzień jada na mieście. Rodzice od zawsze racjonalizują wydatki, notują, ile zapłacili za to, za tamto. Dominik aż tak drobiazgowy nie jest. – Nie kontroluję stanu konta. Mam kartę kredytową z dużym limitem. Wyciągam i płacę. Nawet jak skończą mi się pieniądze, to za miesiąc będą nowe – przyznaje. Nie nazywa się osobą zamożną, raczej dobrze sytuowaną.

Taki styl życia zupełnie obcy jest Justynie Lesiuk, księgowej z Płocka, która na progu zamożności siedzi okrakiem, raz przewieszając nogi na jedną stronę, raz na drugą. – Od pięciu lat prowadzę własne biuro rachunkowe, ale dopiero mniej więcej od trzech wypłacam sobie pensję, bo wolałam zatrudnić pracowników niż sama brać wynagrodzenie i tyrać po nocach – nie ukrywa. W ubiegłym roku jej średnia pensja wynosiła na czysto 7,5 tys. zł. W obecnym Justyna znalazła się pod kreską zamożności, bo zarabiała dwa razy mniej – 3,7 tys. To wszystko dlatego, że doinwestowała biuro; musiała kupić nowe komputery, meble, wydać na reklamę, zatrudnić trzy pracownice. Jej bezpiecznikiem finansowym jest mąż. – Gdyby nie dochody męża, żyłabym na dużo niższym poziomie. Gdybym miała się utrzymać tylko ze swojej działalności, na pewno nie mogłabym się określić osobą zamożną. A tak – mogę.

Krzysztof – młody chemik z Warszawy – od pół roku pracuje w laboratorium jakości dostaw surowców i wyrobu gotowego jednej z firm kosmetycznych. Ma na rękę trzy i pół tysiąca – o półtora za mało, aby mówić o sobie, że jest zamożny. – Ale gdybym pracował w innym mieście niż Warszawa, to przy tych zarobkach mógłbym tak o sobie powiedzieć – od razu zastrzega. Nie jest wybredny, bo być nie może. Pół roku temu skończył studia, więc życie zawodowe dopiero przed nim. Razem z kolegą wynajmuje nieduże mieszkanie, toteż pieniędzy mu wystarcza, choć nie na tyle, aby jak Dominik, stołować się co tydzień w restauracji. – Żyję oszczędnie – konkluduje.

To tak samo jak Monika – telemarketer z Kujawsko-Pomorskiego. Za pół roku skończy studia inżynierskie i rozejrzy się za pracą z prawdziwego zdarzenia. Raczej z dala od rodzinnych stron, bo w dziesięciotysięcznej miejscowości trudno o dobrze płatną pracę. Do tej pory stażowała to na kasie w sklepie, to w drukarni, teraz dzwoni z domu do klientów i sprzedaje im ubezpieczenia. Śmieje się, gdy mówi o zarobkach. Jest i tak nieźle, bo obecnie ma na rękę około tysiąca czterystu, a jeszcze do niedawna zarabiała sześć złotych na godzinę, czyli prawie dwa razy mniej. – Narzeczony ma na czysto dwa tysiące, czyli w sumie mamy nieco ponad trzy. Po studiach poszukamy lepszej pracy. Nie czujemy się zamożni, raczej ograniczeni przez studia, które zabierają nam weekendy i zżerają dużo kasy – narzeka Monika.

Lekarza o zarobki trochę niestosownie pytać. Toteż Barbara Łęczycka – kardiolog z pięcioletnim stażem – nie mówi wprost, ile zarabia. Tylko, że pracuje na trzech frontach – w dwóch przychodniach oraz utrzymuje się z jeszcze innego źródła dochodu. Mówi o sobie przedsiębiorcza, pracowita, ale nie zamożna. – Zamożność nie powinna być definiowana jakąś konkretną liczbą, to daleko idące uogólnienie. W Warszawie ten próg będzie zupełnie inny niż w Siedlcach, bo koszty życia są zupełnie inne – skądinąd słusznie zauważa młoda lekarka.

Nasz próg zamożności łatwiej więc wyliczyć niż nadać mu ekonomiczny sens.

Zamożność zamożności nie równa. Nie tylko dlatego, że żyjąc na obrzeżach dużych miast, pięć tysięcy starcza na dłużej i można za nie kupić więcej. Kwota ta zapewni dostatnią egzystencję singlowi czy godziwe warunki bezdzietnej parze, ale jako łączny dochód w rodzinie wielodzietnej już niekoniecznie. – Kryterium dochodowe w wielu sytuacjach nijak ma się do tego, na co mogę sobie pozwolić, na co mi starcza, a na co nie. Jeśli mi wystarcza na wszystko, czego potrzebuję, czego nie potrzebuję i jeszcze co miesiąc zostaje – wtedy jestem zamożny – twierdzi psycholog biznesu prof. Agata Gąsiorowska z Uniwersytetu SWPS Wrocław.

Jaki luksus za pięć tysięcy plus

Wedle powyższej definicji zamożność zapewnia stan finansowego spokoju – nie luksusu, który sprawia, że nie nadążamy wydawać zarabianych pieniędzy, ani nie bezpieczeństwa, które w meczu naszych kosztów z przychodami przyznaje remis ze wskazaniem na przychody. Osoba zamożna ma zatem trzy powody do zadowolenia – nie musi się martwić o zaspokojenie podstawowych potrzeb, ma prawo spełnić swoje zachcianki i jeszcze udaje jej się odłożyć trochę grosza tudzież przeznaczyć go na nieprzewidziane wydatki. Zobaczmy, jak ta teoria sprawdza się w praktyce.

Nieco ponad jedna trzecia zarobków Krzysztofa idzie na wynajem mieszkania. Do tego dochodzą pozostałe koszty utrzymania, a reszta zostaje na przyjemne z pożytecznym. – Zakup ubrań, książek, wyjście do kina, na imprezę. Bez szczypania się, że jak kupię buty, to nie starczy na bluzkę – wylicza. Krzysztof twierdzi, że stać by go było na wynajem kawalerki w pojedynkę, chociaż wtedy to połowę, a nie jedną trzecią musiałby przeznaczyć na mieszkanie. A tak tę różnicę może zaoszczędzić. Czyli żyje godnie, jest na plusie i ten plus mu rośnie.

Księgowa z Płocka swoje i męża dochody wkłada do jednego garnka, z którego utrzymuje się cała czteroosobowa rodzina – oni dwoje i dwie córki. Jej wynagrodzenie waha się w zależności od wydatków na biuro. Na szczęście mąż ma dobrą pensję. – Żyjemy na przyzwoitym poziomie. Stać nas na prywatnego dentystę dla dzieci czy na rodzinny urlop. W tym roku byliśmy za granicą, ale na wyjazd musieliśmy odłożyć. Twardo stąpamy po ziemi, więc gdybyśmy na wakacje za granicę nie pojechali, wielka tragedia by się nie stała. Wystarcza nam, choć nie mamy kokosów – zapewnia Lesiuk. Czy żyje wyrzeczeniami? Na tle koleżanek, które ciężko odchorowują tydzień bez wizyty u kosmetyczki, na pewno tak, lecz ma na to pragmatyczne wytłumaczenie – liftingu potrzebuje biuro, nie jego właścicielka.

U 32-letniej lekarki kryteria zamożności są dużo bardziej zniuansowane niż u pozostałych. Barbara drobiazgowo wymienia katalog dóbr, które osoba „pięć tysięcy plus” może sobie – jej zdaniem – zapewnić. To luksus zakupu mieszkania powyżej 80 mkw., samochodu wyższej klasy, weekendowych wypadów do restauracji czy wyjazdów całą rodziną na wakacje za granicę dwa razy do roku. Brzmi ekstrawagancko, ale w tym pakiecie dla zamożnych Łęczycka widzi też świadczenia, które nie powinny leżeć w koszyku ponadprzeciętnych usług. A są tam – i dziś, zamiast powszednieć, niestety, drożeją. – Osobę zamożną stać na posłanie dwójki dzieci do przedszkola albo szkoły wraz z opłaceniem zajęć dodatkowych. Emerytura oraz leczenie też nie jest zmartwieniem, ponieważ daje się na to zaoszczędzić we własnym zakresie – uważa lekarka i czuć przygnębienie w jej głosie. Nie chce się jednak przyznać, jednoznacznie określić, czy widzi siebie w gronie lepiej zarabiających, choć spełnia zdefiniowane warunki zamożności i tego akurat nie kryje. – Nieprzewidziane wydatki nie rujnują mojego budżetu – ucina. Ale tylko dlatego, że dywersyfikuje zarobki, bo z gołego etatu nawet na waciki byłoby uzbierać trudno.

Monika ma chociaż tę satysfakcję, że nie żyje na koszt rodziców, w przeciwieństwie do wielu znajomych. Ale każdą złotówkę dokładnie ogląda, zanim zdecyduje się ją wydać. Na szczęście mieszka tymczasowo u siostry, która wyjechała za granicę, więc koszty wynajmu są symboliczne – same rachunki plus opieka nad domem. Nic nie odkłada – wszystko ładuje w studia, a to, co zostaje, wydatkuje na bieżąco na symboliczne akcesoria do nowego domu. Bo jak skończy naukę, poszuka nowej pracy i pójdzie na swoje.

I tylko programista Dominik nie liczy się z pieniędzmi i nie liczy pieniędzy. Nie dzieli potrzeb, nie nazywa ich, nie odkłada na potem. – Idę do sklepu, biorę to, co mi jest potrzebne, a nie to, co akurat jest w promocji. Wybieram to, co lubię, a nie to, co muszę – opowiada. Jeśli chce przeczytać książkę, kupuje zamiast wypożyczać z biblioteki; nawet stu dwudziestu złotych mu nie szkoda. Jeśli chce się napić piwa – pije, ale nie jak większość pierwsze z brzegu, lecz specjalnie ważone – po dychę za butelkę. O cotygodniowych obiadach w knajpie już mówił – z tego się robią summa summarum przynajmniej cztery stówy. – Zarabiam więcej, to więcej konsumuję. Płacę wyższe podatki, mam wysoką ratę mieszkaniową równą miesięcznym zarobkom mojej mamy. Wziąłem samochód w leasing i kupiłem mieszkanie nad Bałtykiem, w dobrej lokalizacji, kilometr do plaży. Ale nie jadam na śniadanie kanapek z kawiorem – krzywi się Dominik. I choć nie ma obiektywnych przeciwwskazań, by zaliczać go w poczet zamożnych, protestuje przeciwko robieniu z niego telewizyjnego krezusa. – Nie doszedłem do poziomu, którym chwalą się celebryci.

Nie da się nie chcieć mieć więcej

KPMG podzieliło Polaków wedle stanu posiadania na zamożnych, bardzo zamożnych i bogatych. Zamożni – to już wiemy – startują z pułapu 7,1 tys. zł brutto. W granicach 10–20 tys. zł plasują się bardzo zamożni, a powyżej 20 tys. zł zarabiają bogaci. Tę z pozoru cienką granicę między zamożnym a bogatym Łęczycka widzi jako grubą kreskę dzielącą pragmatyzm od rozpasania. – Zamożność rozumiem w sposób użyteczny, poprzez możliwość zaspokajania potrzeb. A bogactwo kojarzy mi się ze zbytkiem, czyli stanem posiadania znacznie odbiegającym od reszty społeczeństwa. Do tej grupy zaliczam 1 proc. najlepiej zarabiających – szacuje lekarka. Z raportu „Rynek dóbr luksusowych w Polsce” wynika, że na stan posiadania bogatych składa się gospodyni domowa albo sprzątaczka (53 proc. bogatych regularnie korzysta z jej usług), ogrodnik dbający o roślinność przed domem (32 proc.), trener osobisty (27 proc.), rzadziej strzegący bezpieczeństwa prywatny bodyguard (12 proc.) czy stylista pomagający dobrać odpowiednią garderobę (11 proc.).

Nie tylko Dominik unika jak ognia nazywania siebie bogaczem. Podobną awersję ma większość świetnie zarabiających. Choć to awersja przebrana w ostrożność. I ma wielkie oczy jak strach przed nienawiścią upudrowaną dla niepoznaki na zazdrość żywioną przez uboższych do bogatszych. Ta wrogość ma wielowiekową historię, więc to nic nowego, że pasożytuje na wypielęgnowanych resentymentach. – Biedny czy bogaty – te pojęcia zwykle nie budzą pozytywnych konotacji. I wywołują stereotypowe skojarzenia, takie jak to: „Biedny, ale uczciwy”. A bogaty kojarzy się z kimś niesympatycznym i wyniosłym. W pewnym stopniu potwierdzają to wyniki badań, wedle których ludzie o wyższym statusie ekonomicznym częściej łamią przepisy drogowe, kłamią, postępują nieetycznie. Żyją w poczuciu, że wolno im więcej, bo mają więcej pieniędzy. Prawdopodobnie dlatego nie lubimy odnosić do siebie kategorii biedny-bogaty, bo te wszystkie złe skojarzenia musielibyśmy przypisać sobie. A zamożny to eufemizm – nie gruby, ale puszysty – wyjaśnia prof. Gąsiorowska.

Marczuk uważa, że pieniądze go nie zepsuły. Przeszedł długą drogę od filologa przez handlowca do programisty z epizodem emigracji zarobkowej w Hiszpanii. Własną działalność założył, uciekając przed bezrobociem i przez pierwsze lata dokładał do interesu. Może dlatego nie pasuje do stereotypu gburowatego burżuja. – Nie staram się udowodnić znajomym, że jestem w lepszej sytuacji, bo więcej zarabiam. Nie muszę się dowartościowywać w ten sposób. Moi znajomi z branży też nie widzą niczego nadzwyczajnego w stanie swojego posiadania. Tego, co mamy, dorobiliśmy się ciężką pracą swoich rąk i mózgownic. Żeby więcej zarobić, musiałem się przekwalifikować. Przez sześć lat prowadzenia działalności zmieniałem pracodawców, zdobywałem doświadczenie, skakałem między specjalizacjami. To nie był ślepy traf, nie dorobiłem się na cwaniactwie – podkreśla Dominik, który drogę do zamożności utorował sobie dzięki pieniądzom zaoszczędzonym na studia podyplomowe.

Tu dotykamy sedna sprawy. Do bogacenia się popychają nas aspiracje, a te chodzą pod rękę z naszymi marzeniami, nazywanymi przyziemnie planowaniem. Zamożny chciałby więc stać się bardziej zamożnym, a bardziej zamożny – bogatym. Ubogi również projektuje sobie przyszłość, ale z tą istotną różnicą, że ma więcej szczebli do pokonania i najpierw zaspokaja głód, a dopiero później je dla przyjemności. Wszystkich łączy jedno – to o nich jest przebój Rolling Stonesów „(I Can’t Get No) Satisfaction”. – Przestajemy się cieszyć, że mamy więcej. Więcej staje się normą, a my wcale nie czujemy się zamożni, tylko wyznaczamy sobie coraz bardziej odległe materialne cele, na które ciągle brakuje nam pieniędzy – konstatacja Gąsiorowskiej idealnie pasuje jako podpis pod obrazkiem myszy napędzającej kołowrotek. To coś na kształt wyścigu szczurów, choć w tym biegu każdy ściga się sam i goni własne marzenia.

Moi rozmówcy to osoby jeszcze przed czterdziestką, a jeśli ją przekroczyli, to nieznacznie. Czyli są w okresie najbardziej dynamicznym życiowo. Podnoszą kwalifikacje zawodowe, zmieniają pracę, biorą kredyty, zakładają rodziny – ich potrzeby nieustannie rosną. Trudno, żeby przestali chcieć coś osiągać, do czegoś dążyć, trzymać aspiracje na wodzy, a w raz zdobytej pozycji materialnej zastygnąć na resztę życia. To wbrew młodej naturze. Kto nie stoi w miejscu, ten idzie po swoje. Każdy krok to postęp, a postęp to większa wiedza, lepsza praca, wyższa płaca. Krzysztof nie ukrywa, że najpierw czeka na umowę na czas nieokreślony, później na awans, a z awansem – na podwyżkę. Te trzy i pół na rękę na razie go satysfakcjonuje, ale to tak na dobry początek. Chce zostać głównym technologiem na linii produkcyjnej, bo taki technolog zarabia siedem-osiem tysięcy netto. Daje sobie pięć lat. – Jeśli mi się nie uda, wtedy pomyślę nad zmianą zawodu, bo studia chemiczne kosztowały sporo wyrzeczeń. Moje obecne zarobki nie rekompensują trudów nauki – mówi otwarcie.

O rekompensacie – ale dużo wyższej – marzy też Justyna, która w zawodzie księgowej przepracowała prawie dwadzieścia lat. – Chciałabym zarabiać dwadzieścia tysięcy na rękę. Nie po to, aby przejeść te pieniądze. Dużo czasu i energii poświęciłam na rozkręcenie biura, na pracę, na samodoskonalenie. Taka kwota byłaby adekwatna do włożonego wysiłku.

I Monika ma w głowie wymarzoną sumę, za którą kupi swoje marzenia. Obliczyli z narzeczonym, że do pełni szczęścia brakuje im minimum po cztery tysiące netto miesięcznie – na głowę. Na jak długo tyle wystarczy – na razie nie chce zbyt daleko wybiegać w przyszłość. Twierdzi, że nie potrzebuje więcej, bo zarabiać więcej, to przecież więcej pracować, a ona chciałaby urodzić dziecko, może dwoje i poświęcić się rodzinie, czyli mieć czas dla najbliższych. Jak najwięcej czasu. Ale w jej modelu zamożności idealna pensja wcale nie wynosi „cztery”, lecz „minimum cztery”, co pozwala w przyszłości zalicytować wyżej, tak wysoko, ile się da. Wszak szczytu góry nie zdobędzie się, stojąc u jej podnóża.

Barbara uważa, że pracuje znacznie więcej niż statystyczny Polak. Ale wie, że taka postawa lekarzowi popłaca i profitem będzie zysk z inwestycji w siebie. To tylko kwestia czasu. – W zawodzie lekarza rozwój kariery jest powolny i linearny, dodatkowo startuje się z niskiego pułapu finansowego. Wraz ze stażem pracy warunki finansowe poprawiają się. Po zrobieniu specjalizacji istnieje także możliwość otwarcia własnego gabinetu, co w istocie otwiera drogę do satysfakcjonujących zarobków – brzmi pocieszająco. Jakich? Ano takich, które zapewnią ten duży dom, lepszy samochód, urlop zagraniczny...

Bogaty, a nie ma skąd brać

Gdy pytam Justynę, Barbarę, Monikę, Dominika i Krzysztofa nie o zamożność, ale o to, czy czują się finansowo niezależni, odpowiedzi nie są takie oczywiste. Studentka, chemik i programista odpowiadają twierdząco, chociaż Monika zarabia dwa i pół razy mniej niż Krzysztof, a gdyby zsumować ich miesięczne pobory, to i tak nie uzbiera się połowa pensji Dominika. Można mieć mniej, a być niezależnym – panem lub panią sytuacji. Przecież Krzysztofa stać na utrzymanie w Warszawie, Monice wystarcza od pierwszego do pierwszego bez zaciągania grzecznościowego kredytu u rodziców – mało tego, sama im pomaga. Z kolei Barbara, mimo przyzwoitych zarobków, nie czuje komfortu niezależności. – Prawdziwa niezależność finansowa to dla mnie przychód pasywny, czyli taki, który nie wynika bezpośrednio z pracy. W takim rozumieniu nie jestem niezależna finansowo. Natomiast mam poczucie pewnej niezależności wynikające z posiadanych umiejętności i wiedzy, które rozwijam i w nie inwestuję, by być jak najbardziej konkurencyjną w swoim zawodzie – tłumaczy Łęczycka. Justyna natomiast niezależność stawia w jednym szeregu z bezpieczeństwem oraz stabilnością zawodową i tu odczuwa największy deficyt. – Czuję strach przed tym, że pewnego pięknego dnia któryś z pracowników odejdzie z biura i pociągnie za sobą moich klientów.

Zamożność to dla ekonomistów grubość portfela, dla psychologów – stan umysłu wynikający z dobrego samopoczucia, że mamy wystarczająco, żeby nie narzekać. Pewne jest jedno – że to minimum zamożności w postaci pięciu tysięcy co miesiąc łatwiej zarobić, ale trudniej wydać. Justyna właśnie zaczyna leczenie ortodontyczne córki, za które zapłaci cztery tysiące. – Nie stać mnie jednorazowo na taki wydatek. Musiałam odkładać i myślę, że przeciętny Polak zarabiający piątkę też musiałby uzbierać.

Marczukowi marzy się zakup automatycznego kociołka do warzenia piwa za trzy-cztery tysiące. To hobby, na które oczywiście go stać, ale pod warunkiem że nauczy się racjonalnie gospodarować pieniędzmi, a nie czyścić co miesiąc konto do zera. Ale sen z powiek spędza mu co innego. Mieszkanie, które niedawno kupił, nadaje się do remontu, a on nie policzył dobrze kosztów. Potrzebuje około pięćdziesięciu tysięcy, tylko nie ma skąd wziąć. Ale kto bogatego zrozumie...

Do bogacenia się popychają nas aspiracje, a te chodzą pod rękę z naszymi marzeniami. Zamożny chciałby więc stać się bardziej zamożnym, a bardziej zamożny – bogatym. – Przestajemy się cieszyć, że mamy więcej. Więcej staje się normą, a my wyznaczamy sobie coraz bardziej odległe materialne cele, na które ciągle brakuje nam pieniędzy