statystyki

Tkaczyk: Nieprany sweter Clooneya, czyli dlaczego wolimy kupować rzeczy z historiami

autor: Dorota Kalinowska22.12.2017, 07:10; Aktualizacja: 22.12.2017, 08:49
Za bardziej wartościowe uznajemy rzeczy unikatowe i trudniejsze do zdobycia – sweter, w którym George Clooney odpoczywał po rozdaniu Oscarów, będzie więcej wart niż ten, w którym kosił trawnik.

Za bardziej wartościowe uznajemy rzeczy unikatowe i trudniejsze do zdobycia – sweter, w którym George Clooney odpoczywał po rozdaniu Oscarów, będzie więcej wart niż ten, w którym kosił trawnik.źródło: ShutterStock

Nowość budzi zainteresowanie tylko raz. Robimy reklamę na mchu, spoko. Bo jak ktoś to robi po raz pierwszy, to jest to niesamowite. Ale jeśli po raz piąty lub dziesiąty – wtedy już nie działa - mówi w wywiadzie dla DGP Paweł Tkaczyk, mówca publiczny i doradca ds. marketingu, brandingu i social media.

Kurz w puszce, zużyte testy ciążowe, a nawet sesje przytulania – jest coś, czego jeszcze nie wystawiono na sprzedaż?

Zdaje się, że wszystko już było. Widziałem nawet do kupienia wyżute gumy Britney Spears czy Baracka Obamy. Ale można też trafić na kubek, z którego pił mleko Justin Bieber, co też specjalnie mnie nie zaskakuje.

A jak pan to sobie tłumaczy?

Jestem wielkim wyznawcą prawa popytu i podaży, czyli jeśli ktoś chce kupić, to znajdzie się ktoś, kto daną rzecz sprzeda. Po drugie, nawet jeśli przedmioty będą mieć zerową wartość, to mogą stać się cenne za sprawą opowieści o nich.

Czyli płacimy za historie, a nie za rzeczy takie, jakimi one są?!

Absolutnie tak. Jest taki eksperyment, opisany w książce „Significant Objects” (Znaczące rzeczy). Rob Walker, dziennikarz „New York Timesa”, oraz Josh Glenn, autor bestsellerowej książki „Taking Things Seriously”, kupili na pchlich targach i garażowych wyprzedażach 200 przedmiotów, głównie bibelotów. Czego tam nie było: popielniczki, świnki-skarbonki, piłeczki golfowe... Płacili dokładnie tyle, ile chcieli sprzedający. Średnio za każdą z tych rzeczy dali 1,5 dol., czyli łącznie była to inwestycja rzędu 300 dol. Po czym rozdali te przedmioty swoim znajomym, ale tylko takim, którzy parają się opowiadaniem historii. Wśród nich byli pisarze, poeci, dziennikarze, copywriterzy. I poprosili ich o napisanie historii otrzymanego obiektu. „Nie wolno kłamać, ale można używać słów typu: prawdopodobnie, tak sądzę” – zastrzegali. Po czym wystawili te przedmioty plus opowieści o nich na aukcjach w sieci. Pozwolili ludziom płacić tyle, ile chcą, wnioskując – poniekąd słusznie – że różnica pomiędzy tym, co zapłacą za przedmiot z opowieścią, a tym, ile oni sami za niego dali, będzie ceną samej opowieści.

Ile zarobili?

8 tys. dol., co daje zwrot z inwestycji na poziomie 3200 proc., o ile dobrze liczę. Tyle dokładnie są warte historie.

Tyle że to wcale nie wyjaśnia zainteresowania np. trumnami dla psów w kształcie budy. Jaki tutaj mechanizm działa?

To nic innego jak myślenie magiczne, związane z nadawaniem przedmiotom, ludziom czy zwierzętom cech, których te nie posiadają. Sentymenty i rytuały – przecież chowając pupila, zachowujemy się tak, jakbyśmy żegnali się z żoną, dzieckiem – mają w tym przypadku ogromną wartość. Ale to niejedyne przejawy myślenia magicznego, bo może nim być nim też np. fizyczna odległość.


Pozostało jeszcze 75% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny

Polecane

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Dowiedz się więcej

Galerie

Polecane