Dzisiaj w Brukseli zakończy się dwudniowe spotkanie poświęcone budżetowi UE po 2020 r. Najwięcej do powiedzenia mają na nim: przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker, jego zastępca Jyrki Katainen, komisarze ds. budżetu Günther Oettinger oraz rozwoju regionalnego Corina Creţu, a także wysocy rangą przedstawiciele Komisji. Do tego ministrowie z krajów europejskich (z Polski wiceszef dyplomacji Konrad Szymański) oraz ekonomiści.

Konferencja ma „zapewnić wkład do przygotowań następnej wieloletniej perspektywy finansowej”. Negocjacje zaczynają się już teraz, bo nie będą proste. Wiele wskazuje na to, że wydatków będzie więcej, a pieniędzy – mniej. Sam brexit uszczupli unijną kasę o ok. 10 mld euro rocznie. W tych okolicznościach pewne jest to, że do Polski popłynie mniej pieniędzy.

Zły klimat do rozmów

Warszawa w trakcie negocjacji będzie w trudnej sytuacji z dwóch powodów. Pierwszy jest ekonomiczny: wzrost gospodarczy spowodował, że doganiamy Europę. Między 2006 a 2015 r. dystans do średniej unijnej mierzony w PKB na mieszkańca według parytetu siły nabywczej zmalał o 18 pkt proc., z 51 do 69 proc. Prawie połowa tego wyniku to zasługa polityki spójności. A dzięki obecnej perspektywie pod koniec dekady mamy szansę osiągnąć PKB per capita na poziomie 78 proc. średniej.

Przedstawiciele KE argumentują, że całej Europie Środkowej i Wschodniej wiedzie się gospodarczo na tyle dobrze, że część środków można przekierować do bardziej potrzebujących miejsc, gdzie PKB per capita oscyluje wokół 60 proc. średniej. Także tych w zamożniejszych krajach UE, gdzie wciąż są regiony, które nie mogą się pozbierać po kryzysie. – Nie możemy zaniedbać tych części Wspólnoty, które wciąż borykają się z różnymi problemami – mówi DGP wysoki rangą przedstawiciel KE.

Liczenie euro

Pieniądze z funduszy spójności nie popłyną już więc tak szeroką strugą jak w obecnej perspektywie. O tym, że nasze władze się z tym liczą, niech świadczy podział województwa mazowieckiego na dwa regiony statystyczne. Obecnie PKB na głowę dla mieszkańca Mazowsza wynosi 109 proc. średniej UE, co stawiałoby region na przegranej pozycji w walce o wspólnotowy grosz. Po wyodrębnieniu Warszawy i otaczających powiatów reszta województwa ponownie znajdzie się poniżej średniej, co ułatwi dostęp do środków z kolejnej perspektywy.

Otwarte pozostaje pytanie o kwotę, o jaką uszczuplone zostaną środki dla Polski. W obecnej perspektywie jest to 105,8 mld euro, z czego 72,9 mld euro to polityka spójności, zaś 28,5 mld euro – rolnictwo i obszary wiejskie. W tej drugiej kategorii powinno być prościej, ponieważ rolnictwo to dopłaty, a ich największym orędownikiem jest Francja. To w naturalny sposób czyni z niej naszego sojusznika. Obrona wspólnej polityki rolnej nie powinna być zbyt trudna, chociaż pojawiają się także pomysły przesuwania środków w jej obrębie, chociażby na wsparcie rolnictwa na trudnych terenach (np. górskich).

Kolejny powód jest polityczny. Konflikt z KE spowodował, że osłabła nasza siła polityczna w UE. To może mieć wpływ na zdolność w zawieraniu sojuszy, także dotyczących rozdziału pieniędzy. Tym bardziej że pojawiają się pomysły, aby uzależnić wypłaty wspólnotowych środków od przestrzegania zasad praworządności. No i jest jeszcze kwestia, na ile środki dla Polski zostaną uszczuplone przez nowe pozycje w budżecie, takie jak wsparcie polityki migracyjnej, obronnej czy osobne środki dla strefy euro. Odpowiedzialny za budżet Oettinger proponuje, aby każdy nowy wydatek finansować według zasady 80:20, czyli w 80 proc. z cięć w dotychczasowych wydatkach, a w 20 proc. z nowych wpływów. Ostateczne rozwiązania wykują się w toku negocjacji.

Część dziury po brexicie trzeba będzie uzupełnić przez zwiększenie wpływów do budżetu UE. W grę wchodzi podniesienie składek członkowskich, a także wyposażenie Wspólnoty w dodatkowe źródła dochodu, takie jak podatek od transakcji finansowych czy specjalna danina naliczana od emisji dwutlenku węgla, tudzież paliw, co rozważał jakiś czas temu specjalny panel pod przewodnictwem byłego premiera Włoch Maria Montiego.

Kompromis musi zostać osiągnięty w ciągu dwóch lat, co tylko pozornie wydaje się odległą perspektywą. Negocjacje nad obecnym budżetem (2013–2020) zajęły kilkanaście miesięcy, a trwały w bardziej sprzyjających warunkach (nikt jeszcze nie słyszał o brexicie). Czas nagli, a harmonogram prac jest ambitny. W lutym podczas nieformalnego szczytu liderzy państw UE mają podjąć decyzje co do priorytetów, jakimi będzie podporządkowana nowa perspektywa. Prace nad tym, komu, ile i według jakich zasad, zaczną się później. Pierwsze poważne sprawozdanie z postępów ma być zaś gotowe na szczyt Rady Europejskiej w grudniu.

Jak ważny jest wynik rokowań, niech świadczy przygotowane przez ekspertów z Ministerstwa Rozwoju opracowanie na temat wpływu perspektywy finansowej 2007–2013 na rozwój Polski. W poprzedniej perspektywie wydaliśmy przeszło 290 mld zł, a więc dostawaliśmy finansowanie sięgające niemal 2 proc. PKB rocznie. Dzięki temu w latach 2007–2015 osiągnęliśmy największy skumulowany wzrost PKB w UE (38 proc.), gdy średnia dla całej Wspólnoty wyniosła 6,4 proc. Eksperci MR szacują, że prawie 1/4 naszego wzrostu to efekt przedsięwzięć współfinansowanych z funduszy UE. W czasie kryzysu był to jeden z elementów, który obronił nas przed recesją.

Paliwo gospodarki

Efekty unijnej kasy widać szczególnie w inwestycjach. Nakłady brutto na środki trwałe podczas dzielenia poprzedniej perspektywy finansowej zwiększyły się o 35 proc. Najwięcej wydatków inwestycyjnych dotyczyło infrastruktury i bezpośredniego wsparcia dla firm. Wpływ ten był najsilniejszy w latach 2012–2015, kiedy nakłady były wyższe o ok. 27 proc. w porównaniu z sytuacją, w której polityka spójności nie byłaby realizowana.

Do tego dochodzi sytuacja na rynku pracy. O ile w 2007 r. Polska miała jeden z najniższych wskaźników zatrudnienia w UE, to do 2015 r. odnotowała największy obok Malty wzrost – o 7,7 pkt proc. Liczbę miejsc pracy powstałych dzięki inwestycjom wspo´łfinansowanym z budżetu UE resort rozwoju szacuje na prawie 900 tys. O tyle samo spadła liczba bezrobotnych. Na unijnej kroplówce skorzystała również kasa państwa. W wyniku napływu s´rodko´w z UE niższy był deficyt sektora finansów publicznych, co z kolei przełożyło się na niższy dług publiczny w relacji do PKB. Pozytywnie na wielkość naszego zadłużenia wpłynęło też umocnienie złotego, któremu sprzyjał napływ unijnych euro.