– Rozpocząłem prace analityczne nad ewentualnym połączeniem PKN Orlen, Lotosu i PGNiG, nie chcę przesądzać, w jakiej formie i konfiguracji mogłoby dojść do tego połączenia. To będzie przedmiotem dalszych analiz. Na razie chcemy w ciągu kilku, kilkunastu tygodni, najpóźniej do końca pierwszego kwartału, określić wstępnie, czy takie połączenie miałoby sens – zakomunikował wczoraj minister skarbu Dawid Jackiewicz.

Inwestorzy zareagowali nerwowo na ten komunikat – kursy akcji wszystkich trzech spółek zapikowały. Wprawdzie pomysł łączenia Lotosu i Orlenu nie jest nowy, to jednak powrót do tej koncepcji był dla giełdowych graczy sporym zaskoczeniem. Gdy emocje opadły, kursy się ustabilizowały, a w przypadku Orlenu nawet zaczęły rosnąć – na koniec dnia akcje płockiego koncernu były o 2,3 proc. droższe niż na piątkowym zamknięciu. Kosztowały 64,64 zł. Z drugiej strony walory PGNiG traciły 3,6 proc. Cena spadła do 4,58 zł.

Co przyniosłaby taka fuzja? Powstałby duży podmiot o rynkowej wartości – biorąc pod uwagę obecną wartość spółek – 60 mld zł. W kraju byłby to absolutny lider. W skali międzynarodowej jednak – już niekoniecznie. Kapitalizacja Gazpromu to ok. 50 mld, ale dolarów. A warto przypomnieć, że rosyjski gigant przez ostatnie siedem lat stracił na wartości ponad 300 mld dolarów. Podobnie wyceniany jest Rosnieft. Dla największych światowych graczy, jak np. Royal Dutch Shell (prawie 200 mld dol.) czy BP (ok. 120 mld dol.) polski megakoncern nie stanowiłby żadnej konkurencji.

– To interesujący pomysł, ale dobrze, że rząd zaczyna od analizy, a nie od razu podejmuje decyzje – ocenia rządowe zapowiedzi Tomasz Chmal, ekspert ds. energetycznych, partner w kancelarii White & Case. Jego zdaniem są argumenty za takim połączeniem: powstałby duży podmiot, który mógłby sobie pozwolić na znacznie większe inwestycje niż każda z firm z osobna, to zaś mogłoby oznaczać możliwość zakupu większych złóż surowców. – Z tego punktu widzenia ważne jest również połączenie różnych kompetencji wydobywczych tych trzech firm – podkreśla ekspert.

– Z biznesowego punktu widzenia połączenie Orlenu i Lotosu ma sens – przyznaje Wojciech Kozłowski, analityk domu maklerskiego Ipopema. – Koncerny nie musiałyby już walczyć o udziały w rynku poprzez niskie marże, możliwa byłaby też sprzedaż części sieci stacji biznesowych, jest sporo możliwości synergii do uzyskania – twierdzi analityk.

Dodaje, że w tym kontekście nieco zaskakujące może się wydawać dołączenie do tej nowej struktury PGNiG. To jednak, jego zdaniem, wynika z deklarowanych intencji działań resortu – a mianowicie obrony przed ewentualnym wrogim przejęciem. – Najbardziej zagrożony takim przejęciem mógłby być PKN Orlen, gdzie Skarb Państwa ma stosunkowo niewielkie udziały – twierdzi Kozłowski. Połączenie Orlenu (27 proc. udziałów Skarbu Państwa) z Lotosem (53 proc., ale to spółka o dużo mniejszej kapitalizacji) mogłoby nie wystarczyć, dopiero fuzja z PGNiG, które jest państwowe w ponad 70 proc., mogłoby, jego zdaniem, dać rządowi kontrolę nad koncernem.

Czy fuzji nie zablokowałyby UOKiK lub Komisja Europejska? – Nie wydaje mi się, by był to fundamentalny problem. Na konkurencję trzeba patrzeć z perspektywy nie tylko lokalnej. Jeżdżę po Polsce i widzę, że w zachodnich województwach polskie rafinerie muszą rywalizować z paliwem z Niemiec, we wschodnich – z Rosji – twierdzi Tomasz Chmal.

Może pojawić się wiele innych kwestii – polityczno-ambicjonalnych. – Wiele razy rozważano już połączenie Orlenu i Lotosu. I zaraz wybuchały spory, kto komu będzie podlegał, gdzie będzie siedziba koncernu – twierdzi ekspert. Podkreśla, że przy analizowaniu wad i zalet rozważanej przez rząd fuzji powinno się brać pod uwagę nie tylko bilanse firm, lecz także skutki dla gospodarki. ©?

90 proc. taki udział w hurtowym rynku paliw w Polsce miałby planowany przez rząd koncern

45 tys. tylu pracowników zatrudniają Orlen, Lotos i PGNiG

170 mld zł takie przychody miały na koniec 2014 r. trzy firmy, które miałyby wejść w skład „megakoncernu” paliwowego

KGHM: dobra i zła wiadomość

Minister skarbu Dawid Jackiewicz zapowiedział, że od przyszłego roku obciążenia podatkowe dla KGHM spadną. Inwestorzy przyjęli to z ulgą, ale szef resortu skarbu zaraz popsuł im nastroje zapowiedzią dywersyfikacji działalności miedziowego giganta.

– Pracujemy nad tym, aby od 2017 r. podatek miedziowy został albo zniesiony, albo znacznie ograniczony, albo też została zmieniona jego formuła z korzyścią dla KGHM – stwierdził wczoraj Jackiewicz. To byłby przełom, bo zarząd koncernu z Herbertem Wirthem na czele od wielu miesięcy lobbuje za zniesieniem tego podatku. Nieprzypadkowo – wycena spółki na skutek spadających cen miedzi leci od miesięcy na łeb, na szyję: dziś spółka warta jest nieco ponad 12,5 mld zł, czyli tyle, ile koncern wydał na chilijską inwestycję Sierra Gorda.

Ta inwestycja skądinąd też budzi wątpliwości resortu skarbu i będzie przedmiotem audytu nowej rady nadzorczej, która zostanie wybrana 18 stycznia. – Oczekuję od rady przeglądu zagranicznych projektów inwestycyjnych przeprowadzonych przez zarząd KGHM, w tym zwłaszcza w Chile, na ile była zasadna, gdyż mamy pewne wątpliwości – powiedział minister.

Mimo to KGHM będzie wchodził w nowe projekty. – Oczekujemy przedstawienia planu dywersyfikacji działalności spółki, aby nie była ona narażona na spadające ceny miedzi – mówi Jackiewicz. – Kiedyś KGHM był zaangażowany w telekomunikację, dziś przy tak niskich cenach miedzi widać, że tego typu zaangażowanie by się przydało – stwierdził Jackiewicz pytany przez dziennikarzy, w którą stronę miałaby iść taka dywersyfikacja.

– Z punktu widzenia inwestorów lepiej by było, gdyby KGHM skoncentrował się na swojej podstawowej działalności. Tym bardziej że są obawy, iż pod pojęciem dywersyfikacji działalności KGHM może się kryć zaangażowanie tego koncernu w energetykę, a za jej pośrednictwem w górnictwo węglowe. A to zostałoby, delikatnie mówiąc, wstrzemięźliwie przyjęte przez inwestorów – ocenia Maciej Wiewiórski, analityk DM BOŚ.

Zapowiedzi o dywersyfikacji zniwelowały zatem optymizm o złagodzeniu podatku. Efekt? Akcje KGHM straciły na wartości 2,9 proc. Kosztowały 53 zł.