W niedzielę w referendum Szwajcarzy zdecydowali, że chcą odejścia od energetyki atomowej, ograniczenia zużycia paliw kopalnych i rozwoju odnawialnych źródeł energii (OZE). Zamknięcie swoich elektrowni atomowych wcześniej zadeklarowali Niemcy. Jaki byłby wynik takiego referendum w Polsce? Żeby je przeprowadzić, musielibyśmy przede wszystkim w ogóle mieć energetykę jądrową, by chcieć od niej odejść. A referendum na temat reaktora badawczego „Maria” w Świerku nie ma chyba większego sensu...

Żonglowanie tematem polskiego atomu staje się powoli nudne. Od kilku miesięcy trudno, mimo najszczerszych chęci, zrozumieć Ministerstwo Energii. Najpierw szef resortu Krzysztof Tchórzewski mówi, że nie będziemy budować, potem jednak doprecyzowuje, że nie z budżetowych pieniędzy, bo 50–60 mld zł na 3000 MW atomówki z kasy państwa to jednak za dużo. Potem rola rzeczonej atomówki kurczy się do kilku ogólników w planie Morawieckiego, czyli Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju. A ostatnio słyszymy, że ostateczne decyzje w tej sprawie zapadną przed końcem roku. A skoro ich nie ma, to zapowiadane do końca tego półrocza określenie modelu finansowania siłowni jądrowej nie jest już konieczne... Dla porządku przypomnę, że nie mamy jeszcze wybranej lokalizacji. Z kolei styczniowe badania opinii społecznej prowadzone przez resort energii pokazały, że aż 61 proc. badanych nie ma nic przeciwko takiej inwestycji. Warto zauważyć, że dziś już praktycznie cała Polska jest w zasięgu reaktorów. Tyle że znajdujących się u naszych sąsiadów. Więc gdyby coś się stało, to i tak odczulibyśmy skutki. A korzyści z atomu sami nie mamy żadnych. Bo my mamy węgiel.

Mamy i mieć będziemy, ponieważ dwutlenek węgla, którego ten surowiec jest największym emitentem (brunatny na pierwszym miejscu, kamienny na drugim) jest potrzebny, „by nasze topole cieszyły jak najdłużej nasze oczy”. Nie, to nie są cytaty z ASZdziennika, ani nawet słowa największego w Polsce miłośnika drzew – prof. Jana Szyszki, ministra środowiska. Tak konieczność spalania węgla uzasadniał niedawno w Katowicach Krzysztof Tchórzewski, zapowiadając, że Polska od węgla odejść nie zamierza, bo jest on gwarantem naszego bezpieczeństwa energetycznego. Udział węgla w miksie energetycznym zmniejszymy jednak z obecnych ok. 84 proc. do ok. 50 proc., do 2050r . wydając na przekształcenie energetyki na mniej węglową 200 mld zł.

A skoro już jesteśmy przy 2050 r., którego ma sięgnąć najnowszy dokument poświęcony polityce energetycznej – to mam dobrą wiadomość: on będzie. I to w tym roku. Załącznikami będą dwa dokumenty – program dla sektora węgla kamiennego (miał być gotowy według rządowych zapowiedzi do końca 2016 r.) oraz dla sektora węgla brunatnego. To zapowiedź – również z Katowic – wiceministra energii Grzegorza Tobiszowskiego. Czas na to najwyższy, zwłaszcza że na konieczność przygotowania takiego programu i modyfikacji naszego miksu energetycznego uwagę zwróciła nam ostatnio Międzynarodowa Agencja Energetyczna w jednym ze swoich raportów.

Dlaczego piszę o paranoi? Ano dlatego, że nasz największy producent energii elektrycznej (a za chwilę i cieplnej), czyli PGE, zapowiedział, że decyzję o tym, czy zainwestować w atom, czy jednak w nowe złoża węgla brunatnego podejmie... po 202 0 r . Biorąc pod uwagę, że mamy rok 2017, w którym mamy określać naszą długofalową strategię energetyczną oraz program dla sektora węgla brunatnego – można się zgubić.

Rozumiem, że PGE pozostawia sobie możliwość wyboru, nawet w swojej strategii, bo np. budowy siłowni jądrowej sama nie udźwignie, ale z węglem brunatnym zaczynają się jednak schody. Należący do Zygmunta Solorza-Żaka Zespół Elektrowni Pątnów–Adamów–Konin (ZE PAK), w skład którego wchodzą kopalnie węgla brunatnego Adamów i Konin, zamyka do końca tego roku oba zakłady. Elektrownia Adamów nie spełnia unijnych norm, kopalni kończy się złoże (choć kilka milionów ton tam zostaje). Kopalnia Konin ma spore kłopoty z pozwoleniem na budowę nowej odkrywki Ościsłowo, bez której za dwa–trzy lata może zabraknąć paliwa dla bloków w Pątnowie. Z kolei PGE kończy się odkrywka w Bełchatowie i musi zdecydować, czy otworzy sąsiednie pole Złoczew (za czym lobbuje obecny rząd i specjalny parlamentarny zespół ds. inwestycji analizujący sytuację pod kątem bezpieczeństwa energetycznego kraju, z Antonim Macierewiczem na czele), czy powalczy o zachodnią Polskę i pole Gubin (nieoficjalnie PGE wolałaby to miejsce). Sęk w tym, że Złoczew jest ponad 60 km od istniejącej elektrowni Bełchatów i transport węgla brunatnego na taką odległość jest średnio opłacalny, bo paliwo traci swe właściwości po drodze. Można by zbudować nowe bloki obok odkrywki, ale skoro tak, to może lepiej zrobić to w okolicach Gubina, gdzie węgla jest więcej i ma lepsze parametry.

Nie jest więc zaskoczeniem, że w ubiegłym tygodniu związki zawodowe skupiające górników z tego sektora zażądały wznowienia prac branżowego zespołu trójstronnego i jak najszybszej publikacji strategii dla sektora.

Nie zapominajmy o węglu kamiennym, bo czujemy na plecach oddech Komisji Europejskiej. W listopadzie dała nam zielone światło na wydanie 8 mld zł z budżetu państwa na zamykanie do 201 8 r . nierentownych kopalń. Idzie nam to opornie, ale trzeba przyznać, że tu rząd PiS naprawdę stara się działać. A łatwo nie ma, bo jak tylko ciut się branża odbiła od dna, to związkowcy zażądali podwyżek. Kłopot jest jednak taki, że przegraliśmy głosowanie w sprawie konkluzji BAT, czyli najlepszych technik spalania. Nowe limity ograniczają m.in. emisję dwutlenków siarki czy tlenków azotu. Przepisy biją zarówno w elektrownie, jak i w ciepłownie, ale też w... kopalnie. Nasze bowiem wydobywają mniej niskosiarkowego węgla, niż będziemy potrzebować. A to paradoksalnie może doprowadzić do zwiększenia importu. Skąd? Przede wszystkim z Rosji.

Minister energii powiedział, że zużywamy więcej prądu, bo nas na to stać, bo mamy „Rodzinę 500 plus”. Ten program może stać się zbyt kosztowny, jeśli nie zapanujemy nad problemami energetyki. Wyłączenia prądu sprzyjają prokreacji, a co będzie, jeśli demograficzny boom przerośnie możliwości budżetu?