Emerytura nie powinna zależeć tylko od PESEL, od daty urodzenia, ale także od życia zawodowego. Dlatego uważamy, że musi istnieć możliwość uzyskania świadczenia po 40 latach pracy – mówi nam Jan Guz, szef OPZZ. Solidarność nie chce na razie precyzować, jaki staż zaproponuje, ale także jest za tym, by umożliwiał on – niezależnie od wieku – uzyskanie emerytury. Porozumienie w tej sprawie związek podpisał jeszcze w trakcie kampanii wyborczej z Andrzejem Dudą, wówczas kandydatem na prezydenta.

Zarówno Solidarność, jak i OPZZ będą chciały poruszyć temat podczas spotkania Rady Dialogu Społecznego, która zastępuje dawną komisję trójstronną skupiającą przedstawicieli rządu, pracodawców i pracowników. Termin pierwszego posiedzenia RDS jest właśnie ustalany.

Co stracimy, obniżając wiek emerytalny

Co stracimy, obniżając wiek emerytalny

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Jeśli postulaty związków zostaną wysłuchane, to niektórzy pracownicy mogliby kończyć pracę jeszcze wcześniej niż przed 2013 r., czyli przed podwyższeniem wieku emerytalnego (z 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn do – stopniowo – 67 lat). Przy wymogu czterdziestoletniego stażu osoba, która zaczęła pracę w wieku 18 lat, mogłaby otrzymać świadczenie, już mając 58 lat. Dla kobiet to ponad 2,5, a dla mężczyzn ponad 7,5 roku wcześniej niż obecnie.

– Staż dopingowałby ludzi, by wzięli pod uwagę, że praca na dziwnych nieoskładkowanych kontraktach nie buduje ich przyszłości emerytalnej – podkreśla rzecznik Solidarności Marek Lewandowski.

Prace nad ustawą obniżającą wiek emerytalny prowadzone są w Kancelarii Prezydenta. Andrzej Duda i rząd proponują odwrócenie zmiany wprowadzonej w 2012 r. przez PO i PSL i obniżenie wieku emerytalnego do 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn. O wpisaniu stażu jako warunku pozwalającego pobierać świadczenie na razie nie było mowy. – Nie można jednak wykluczyć zmian w procesie konsultacji projektu – twierdzi Zdzisław Sokal, doradca prezydenta do spraw gospodarczych.

Związki żądają emerytury za staż

Zdaniem Solidarności więcej składek to w przyszłości wyższe emerytury. – Bez wpłat na fundusz emerytalny wiek emerytalny jest kwestią drugo- czy trzecioplanową. Można pracować i 100 lat, ale jeśli się nie odprowadza składek, to nie ma szans na nic więcej poza emeryturą minimalną. Zawsze wskazywaliśmy, że problemem funduszu emerytalnego jest kwestia wpływów, a nie wieku czy innych warunków – wyjaśnia Marek Lewandowski, rzecznik „S”.

Stąd jako alternatywę do podwyższania wieku emerytalnego związek proponuje poszerzenie oskładkowania pracy. Już poprzedni rząd zdecydował, że od stycznia 2016 r. umowy-zlecenia będą oskładkowane do poziomu minimalnego wynagrodzenia. „Solidarność” uważa to za krok w dobrym kierunku, ale za mały. Związkowcy będą chcieli rozmawiać w ramach Rady Dialogu Społecznego także o pełnym oskładkowaniu umów-zleceń. Ich zdaniem takie działania to lepszy sposób na rozwiązanie deficytu w Funduszu Ubezpieczeń Społecznych niż podnoszenie wieku emerytalnego. Wymusza to bowiem płacenie wyższych składek, co zwiększa przyszłe świadczenia i zmniejsza deficyt w FUS.

Staż za minimalną

Widać różnice między związkami w podejściu do definicji stażu. „Solidarność” utożsamia go z okresem składkowym, a więc ze wszystkimi odprowadzonymi składkami od wynagrodzeń. To spójne z koncepcją wymuszania opłacania składek. OPZZ dopuszcza pewne wyłomy w tej zasadzie. Zdaniem szefa tej organizacji Jana Guza do stażu, który byłby podstawą do wcześniejszego przejścia na emeryturę, doliczane powinny być inne okresy, za które niegdyś nie odprowadzano składek, a czyni się to dziś. – Chodzi np. o urlop wychowawczy, ale też służbę wojskową – podkreśla Guz. Takie rozwiązania w przypadku wielu kobiet i mężczyzn obniżyłyby faktyczny wiek przejścia na emeryturę o kolejny rok lub więcej. OPZZ chce jednak zawrzeć tu pewien bezpiecznik. Prawo do skorzystania z takiej emerytury wynikającej z osiągnięcia odpowiedniego stażu przed osiągnięciem wieku emerytalnego miałyby osoby, których odłożona już składka pozwala na przyznanie co najmniej minimalnego świadczenia.

Kłopot przed emeryturą

Kolejny argument związkowców za obniżeniem wieku i wprowadzeniem stażu to słabe przygotowanie polskiego rynku do pracy osób starszych. Rząd Donalda Tuska wprowadził wydłużenie wieku emerytalnego od 2013 r. Miały temu towarzyszyć działania wspierające obecność osób w wieku przedemerytalnym na rynku pracy. Poziom zatrudnienia w grupie 55–64 lat wprawdzie wzrósł w Polsce do ponad 40 proc., ale średnia unijna przekracza 50 proc. Stąd pomysł zmian prawnych mających pomagać w aktywnym starzeniu się. Taką propozycję ma OPZZ. – Chodzi o bardziej elastyczne podejście do zatrudniania seniorów, by nie byli wyrzucani z pracy. I aby zachęty do tego mieli i pracodawca, i pracownik, np. mniejsze składki na ZUS, dłuższe urlopy – relacjonuje Jan Guz .

Gdyby propozycje związków weszły w życie i możliwe byłoby przejście na emeryturę wcześniej niż w wieku 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn (czyli zgodnie z propozycją prezydenta Andrzeja Dudy i stanem prawnym sprzed 2013 r.), to negatywne skutki dla finansów publicznych będą wyższe niż w przypadku prostego odwrócenia reformy sprzed kilku lat. A tylko ono w 2016 r. może kosztować około 4 mld zł – to szacunki na podstawie uzasadnienia do ustawy wydłużającej wiek emerytalny.

Wprowadzenie stażu spowodowałoby, że sporo mężczyzn, którzy dziś przechodzą w stan spoczynku w wieku 65 lat i 8 miesięcy, robiłoby to szybciej. W zeszłym roku na emeryturę przeszło 75 tys. mężczyzn. Gdyby jedna trzecia z nich zgłosiła się o świadczenie o rok wcześniej, to FUS potrzebowałby dodatkowych 600 mln zł rocznie.

Propozycje związków oznaczają także znacząco niższe świadczenia. Przejście na emeryturę np. w wieku 58 zamiast 65 lat oznacza, że ubezpieczony zgromadzi mniejszy kapitał, a zgromadzona składka będzie waloryzowana siedem lat krócej. Dodatkowo wyliczona emerytura będzie dzielona przez znacznie większą liczbę miesięcy. Efekt: świadczenie będzie o ponad połowę niższe niż przy zakończeniu pracy w wieku 65 lat.

Rozmowy o szczegółach propozycji związków ruszą, gdy na stole znajdzie się projekt ustawy obniżającej wiek emerytalny. Prezydencki minister Andrzej Dera mówił wczoraj w RMF FM, że nastąpi to wkrótce. Doradca gospodarczy prezydenta Zdzisław Sokal powiedział nam, że w tej sprawie Kancelaria Prezydenta ma się konsultować z rządem. Jak zaznaczył, najważniejsze, by decyzje w tej sprawie były przemyślane.

Minister Henryk Kowalczyk, szef Komitetu Stałego Rady Ministrów, zdradził nam z kolei, że intencją rządu jest przywrócenie stanu sprzed reformy. Wprowadzenie stażu jego zdaniem byłoby kłopotliwe, bo nie wszyscy byliby go w stanie udokumentować. 

500+ wpłynie na inne świadczenia, ale nie na podatek

Środki uzyskane z wypłat dodatków wychowawczych będą uwzględniane przy wyliczaniu kryterium dochodowego dla innych świadczeń z pomocy społecznej – potwierdził w rozmowie z DGP minister Henryk Kowalczyk, szef Stałego Komitetu Rady Ministrów. O pracach nad taką wersją zasad wypłacania 500 zł na dziecko mówią też nieoficjalnie urzędnicy resortu rodziny.

Wzięcie pod uwagę dodatków wychowawczych przy wyliczaniu kryteriów dochodowych dla innych świadczeń oznacza mniejsze wypłaty tych ostatnich. Pisaliśmy o tym szczegółowo wczoraj. Ci, którzy dziś pobierają np. zasiłki z pomocy społecznej, będą jednak mogli skorzystać z programu dodatków wychowawczych w pełnym zakresie, czyli otrzymać 500 zł już na pierwsze dziecko. Bo obecne kryteria dochodowe uprawniające do takiej pomocy są niższe niż planowany próg uprawniający do dodatków wychowawczych na wszystkie dzieci w gospodarstwie domowym. Dla przykładu kryterium dochodowe dla świadczenia rodzinnego wynosi 674 zł na osobę w rodzinie (764 zł dla rodzin z dziećmi niepełnosprawnymi), w listopadzie przyszłego roku progi zostaną ponownie podniesione, do 754 zł i 844 zł. Tymczasem w przypadku dodatku wychowawczego próg dochodowy ma wynosić 800 zł dochodu na osobę.

Według wyliczeń Centrum Analiz Ekonomicznych CenEA w wyniku pobierania dodatków wychowawczych niższe inne świadczenia socjalne otrzyma 350 tys. rodzin. CenEA podkreśla, że na programie „Rodzina 500 plus” nie straci nikt (w każdej rodzinie dochód wzrośnie), ale w przypadku obecnie korzystających np. z dodatków mieszkaniowych czy pomocy społecznej korzyść ta będzie ograniczona. Analitycy policzyli, że będzie tak w przypadku 140 tys. rodzin z jednym dzieckiem, ok. 120 tys. gospodarstw domowych z dwójką dzieci oraz w przypadku 90 tys. rodzin z trojgiem dzieci.

Minister Henryk Kowalczyk podkreśla, że dochód z wypłat 500 zł na dziecko nie będzie powiększał dochodu do opodatkowania. Bez wprowadzenia takiej reguły część beneficjentów mogłaby wpadać w drugi próg podatkowy i płacić przez to wyższy, 30-proc. podatek. Minister deklaruje też, że bez zmian zostają zasady przyznawania ulg na dzieci w PIT. Nie będzie też żadnych dodatkowych obostrzeń, które zmierzałyby w kierunku wyeliminowania z programu „Rodzina 500 plus” osób o najwyższych dochodach. Najbogatsze gospodarstwa domowe zyskają na nim relatywnie najmniej – według wyliczeń CenEA zwiększy im to miesięczny dochód o 1,8 proc. Dla porównania w najuboższych rodzinach dochód zwiększy się o niemal jedną trzecią. 

OPINIA

prof. Leokadia Oręziak Szkoła Główna Handlowa

prof. Leokadia Oręziak Szkoła Główna Handlowa

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Każda tego typu propozycja powinna być poprzedzona gruntowną analizą. Potrzebujemy informacji, jak w systemie wprowadzonym w 1999 r. będzie kształtowała się wielkość świadczeń. Pojawiają się wyliczenia, zgodnie z którymi na przykład wielu świadczeniobiorców będzie otrzymywało dopłaty z budżetu, by w ogóle uzyskać emeryturę minimalną. Dobrze by było mieć pewność, czy system zdefiniowanej składki w ogóle jest w stanie zapewnić wielkość emerytur na przyzwoitym poziomie. Bo jeśli nie, to zamiast wprowadzać w nim kolejne modyfikacje, trzeba by było odpowiedzieć sobie na kluczowe pytanie: czy nie lepiej wrócić do systemu zdefiniowanego świadczenia. Ale to też nie może się odbyć bez przygotowania, trzeba by to było poprzedzić dokładnymi symulacjami uwzględniającymi zmiany demograficzne, na rynku pracy i tempa wzrostu gospodarczego.

To, co można powiedzieć już dziś: proponowany warunek przy nabywaniu uprawnienia do emerytury – czyli 40-letni okres składkowy – tak naprawdę może być trudny do spełnienia dla wielu osób. Co np. z matkami niepracującymi zawodowo, tylko wychowującymi dzieci? Niezwykle trudną sprawą, którą też się trzeba zająć, jest rozwiązanie problemu drugiego filaru. Trzeba jakoś zdjąć z nas ten ciężar. Zdjęcie z OFE zakazu reklamy może spowodować, że w przyszłym roku, w czasie tzw. okienka, do funduszy zapisze się więcej osób. A to oznacza, że do OFE będą trafiały nowe składki, co uważam za marnotrawstwo publicznych pieniędzy. Druga sprawa – potrzebujemy analiz i oceny prawnej, co zrobić z tym, czym OFE już dysponują. Nie możemy dopuścić do tego, by zgromadzone środki przepadły w wyniku jakiegoś kryzysu, krachu na giełdzie. Przejęcie tego nie może być gwałtowne, to powinien być proces rozłożony w czasie, by zapewnić bezpieczeństwo wszystkim, rynkowi kapitałowemu także. Z pewnością jednak nie mamy pieniędzy na OFE. Utrzymywanie tego systemu generuje dalsze zadłużanie państwa i trzeba to sobie wyraźnie powiedzieć.

OPINIA

prof. Marek Góra Szkoła Główna Handlowa

prof. Marek Góra Szkoła Główna Handlowa

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Propozycja wprowadzenia niezależnego kryterium uprawniającego do przejścia na emeryturę w postaci określonego stażu pracy to nieporozumienie. Jeżeli będziemy żyli w przekonaniu, że przejście na emeryturę to uwolnienie od ciężkiej pracy, to wpadniemy w pułapkę. Nie na tym polegają ubezpieczenia społeczne. One są po to, by wesprzeć osoby, które nie mogą już pracować i w ten sposób zdobywać środków do życia, bo są stare. Obniżenie wieku emerytalnego i wprowadzenie stażu pracy jako niezależnego warunku nabycia prawa do świadczeń byłoby krokiem w kierunku obniżenia bezpieczeństwa systemu. To groźne, bo w takim przypadku nie dostrzega się fundamentalnej prawdy, że emerytura nie jest nagrodą. To nie może być tak, że jak ktoś przepracował 40 lat, to mu się należy szybciej emerytura.

Mam nadzieję, że nie ma powrotu do systemu zdefiniowanego świadczenia, czyli do stanu sprzed reformy 1999 r. To by prowadziło do poważnych problemów finansowych przekładających się na sytuację całego społeczeństwa. Postulaty powrotu do tamtego systemu biorą się zapewne z braku wiedzy, jak on wtedy działał i jakie były jego skutki. On był na równi pochyłej, zmierzał w kierunku katastrofy. Proste nawet kalkulacje nie pozostawiają tu wątpliwości. Symulacje prowadzone przed wprowadzeniem reformy w 1999 r. pokazywały, że przed 2010 r. składka musiałaby wynosić już ok. 60 proc. wynagrodzenia, żeby to się wszystko jakoś bilansowało. To oznaczałoby poważne obniżenie i tak niewysokich płac netto. Można sobie wyobrazić, jaka wtedy byłaby presja na płace młodych i to co, dziś widzimy – uciekanie w szarą strefę, emigrację czy w umowy śmieciowe, mielibyśmy ze zwielokrotnioną siłą. Mam nadzieję, że ci, którzy mówią o powrocie do starego systemu, do zdefiniowanego świadczenia, policzą tego skutki, zanim rozkręcą machinę propagandową.

System emerytalny nie potrzebuje na razie więcej zmian. Potrzebuje stabilizacji oraz rozszerzenia na całe społeczeństwo. Poza tym należy go zostawić w spokoju, żeby zaczęło się odbudowywać zaufanie do niego, które w ostatnich latach zostało mocno przez polityków nadwyrężone.